Do nikąd czy do zwycięstwa?
Na początku było zwycięstwo. I to jakie! To tak jakby kilka razy pod rząd trafić szóstkę w toto-lotku. Większość w Sejmie, większość w Senacie, wygrana o urząd Prezydenta RP. Nie dało się jednak rządzić samodzielnie. Nasz ustrój i system wyborczy w zasadzie wyklucza rządy jednopartyjne. Nie szkodzi. Po wielu korowodach Prawo i Sprawiedliwość – bo o nim mowa – zawarło koalicję z Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną. W ten sposób powstała maszynka do glosowania w parlamencie i powstała możliwość realizacji po kolei wszystkich szumnych zapowiedzi wyborczych (ach, czegóż tam nie było!).
Trzeba było tylko chcieć. Lider PiS Jarosław Kaczyński obrał jednak inną drogę. Skoncentrował się w zasadzie na trzech sprawach: walką z nieistniejącym komunizmem, polityce zrażania sobie Rosji (trzeba przyznać, bardzo skutecznej), wreszcie na walce z własnymi koalicjantami. I zwyciężył zarówno partię Romana Giertycha, jak i ugrupowanie Andrzeja Leppera. Za to też zebrał oklaski nawet od przeciwników politycznych. W rezultacie rozpisano przedterminowe wybory. No i po herbacie! PO zastąpiło PiS w rządzeniu.
Pytania o wiarygodność

-
Teraz trzeba udowodnić, czym PiS tak naprawdę różni się od PO, a zadanie to wcale niełatwe. Teoretycznie partia J. Kaczyńskiego opowiada się za Polską solidarną, a jej główny przeciwnik liberalną. Ale tak naprawdę, co zrobił PiS, by uruchomić politykę społeczną czy choćby socjalną? Zaledwie – i to pod bardzo silnym naciskiem Giertycha – wprowadzono tzw. becikowe. Wypada chyba zgodzić się z jednym z politologów, że „solidarne państwo PiS-u było dla swoich, podobnie jak przepojone miłością państwo PO też jest dla swoich”.
Elektorat ugrupowania Kaczyńskiego stanowią w dużej mierze uniosceptycy. Lider i jego akolici bardzo starannie zabiegali o tę część głosujących. Tymczasem Lech Kaczyński nie tylko przegrał batalię o pozycję Polski w Brukseli, ale podpisał Traktat Lizboński, bez mrugnięcia okiem.
Przed atakującymi i ponaglającymi go „unitami” lękliwie zasłaniał się oczekiwaniem na wynik ponownego referendum w Irlandii. „To nie my, to oni” – zdawał się mówić prezydent. Zmarnował przy tym dwie kapitalne okazje. Pierwszą stanowił dramatyczny opór prezydenta Czech – Vaclava Klausa, co nasuwało logiczne wyjście – przymierze choćby w tej sprawie. Lecz L. Kaczyński nic w tym kierunku nie uczynił. Zmarnował też drugą – wręcz historyczną okazję – jaką stwarzało orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego RFN w Karlsruhe. Dopóki Sejm nie wprowadzi postanowień na wzór niemiecki, nie podpiszę Traktatu – mógł orzec. Ani Konstytucja, ani żadna ustawa nie określa terminu podpisania ratyfikowanej umowy.
Natomiast Pan prezydent jakby nie widział (a może widzieć nie chciał) tej szansy. Złożony już po podpisaniu wniosek części posłów do Trybunału Konstytucyjnego o orzeczenie zgodności Traktatu z Konstytucją stanowi przysłowiową „musztardę po obiedzie”. Toteż całe gadanie PiS-u i prezydenta o patriotyzmie, suwerenności, niepodległości włóżmy między bajki. Taka to i głowa państwa, która jednym podpisem zrzeka się formalnej suwerenności swojego kraju. Trafną uwagę na ten temat wypowiedział inny politolog: „PiS nie miało interesu w poważnym sporze z Platformą Obywatelską o Traktat, zwłaszcza że był on dziełem prezydenta Kaczyńskiego”. I nie należy tu doszukiwać się sprzeczności między braćmi. To sprytna reżyseria, nie na tyle jednak, by jej nie odczytać.
Barwy sporów
Jak zwykle bywa w takich przypadkach, po przegranej następują w każdej partii dyskusje i spory o przyczyny niepomyślnego obrotu wydarzeń, a nawet bunty przeciwko dotychczasowemu kierownictwu. W efekcie nastąpiło kilka exodusów ze stronnictwa. Niestety, głównie opuścili PiS ludzie samodzielnie myślący i reprezentujący osobowość. Część z nich założyła odrębne koło poselskie Polska „Plus”, gdzie znaleźli się m.in. Ludwik Dorn, Jan Libicki, Kazimierz M. Ujazdowski i Jerzy Polaczek. Koło liczy 9 posłów, a więc wcale nie tak mało. Ale sprawujący niepodzielną, wręcz dyktatorską władzę J. Kaczyński niewiele się tym przejmuje. Być może mają rację ci, który twierdzą, że szef partii pozbywa się ludzi myślących i samodzielnych, by nie zagrozili jego pozycji. Skądinąd chętnie przeczytałbym analizę psychosocjologiczną, dlaczego w Polsce dominuje wodzowski model partii i to w narodzie aż nazbyt przywiązanym do demokracji czy też tzw. demokracji. Bo przecież pod tym względem Kaczyński nie stanowi żadnego wyjątku w dzisiejszej Polsce.
Tak czy inaczej walka o przywództwo – na razie cicha, by uniknąć karzącej ręki prezesa – rozpoczęła się. Po odejściu głównych dysydentów toczą się walki zastępcze. Do takich należy konflikt między Zbigniewem Ziobro (poszedł „w europosły”, więc spór stracił na znaczeniu) a Adamem Bielanem i Michałem Kamińskim. Do grupy tej zaliczany jest również Jacek Kurski, wspierający Ziobrę, choć nie jest z nim ściśle związany. Przedmiot sporu pozornie nosi charakter błahy. Szło o kształtowanie wizerunku PiS-u. Po kampaniach wyborczych nastąpił spór między nimi, komu przypisać zasługę zwycięstwa (2005 r.) i komu winę za przegraną (2007 r.).
Ziobro należy do polityków samodzielnych i popularnych dzięki swojej uporczywej walce z przestępczością, gdy zajmował urząd Ministra Sprawiedliwości, ponadto dobrze prezentował się w mediach. Z kolei Kamiński i Bielan należą do tzw. spin doctors. Niemniej to Ziobro jest typowany przez niektóre media na następcę J. Kaczyńskiego, a nie jego przeciwnicy.
Podchody dysydentów i pod dysydentów
Rozłam łatwo zorganizować, trudniej potem uporać się z wejściem do poważnej polityki. Doświadczają tego dysydenci z PiS. Ale i dysydentów czasem brakuje. Toteż J. Kaczyński pod koniec listopada br. złożył im ofertę. Na spotkaniu w Raciborzu wyraził nadzieję, że niedługo uda mu się „z tymi panami spotkać”. „Mówię tylko o spotkaniu. Mam nadzieję, że się spotkamy – a czy się spotkamy, zobaczymy. Nie mogę powiedzieć, że na pewno tak będzie, ale wydaje mi się, że sytuacja do tego dojrzała”. Pytany o możliwość powrotu b. polityków PiS do partii Kaczyński uznał to za „zupełnie przedwczesne”. Jeszcze głębsze zastrzeżenie wyraził Jarosław Zieliński, członek Komitetu Politycznego PiS, mówiąc „nie ma jednak decyzji politycznej w tej sprawie”. Nie wykluczył on jednak współpracy z Prawicą Rzeczypospolitej Marka Jurka i Polską „Plus” Dorna.
Jurek przyjął ofertę nie bez zastrzeżeń: „Prawica Rzeczypospolitej jest gotowa do rozmów PiS. Oczywiście musi też być mowa o błędach popełnionych przez PiS przez ostatnie lata i o relacjach między naszymi partiami”. Uznał za realną współpracę międzypartyjną „jako dwóch odrębnych podmiotów”. Podkreślił przy tym, że mimo wszystkich zastrzeżeń co do ugrupowania Kaczyńskiego uważa ją za „partię najbliższą”. Jako ewentualne wspólne postulaty na przyszłość wymienił on: zachowania waluty narodowej, banku narodowego i polityki pieniężnej. Pytany o poparcie dla L. Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich odparł, że „byłaby to decyzja bardzo trudna”. Zarzucił on prezydentowi prowadzenie polityki dalekiej od oczekiwań jego wyborców, jak np. konstytucyjnej gwarancji życia poczętego, podpisanie Traktatu Lizbońskiego, bierność wobec praw rodziny.
Bardziej otwarty na ofertę Kaczyńskiego był Jarosław Sellin z Polski „Plus”, który widzi wiele możliwości współdziałania, jeśli pojawi się „konkretna propozycja”. Niemniej jako jeden z tematów dyskusji wymienił „zmiany wewnątrz PiS”.
„Nie ze mną te numery” – zdawał się mówić Dorn, obecnie przewodniczący Koła Polska „Plus”. Ewentualną koalicję z PiS nazwał „cwaniactwem przygłupa” i wyjaśnił: „Jestem pełen uznania dla kierowanej złą wolą politycznej zręczności pana Kaczyńskiego, żeby przedstawić mnie i kolegów z Polski „Plus” jako takich cwanych politycznych geszefciarzy, którzy udają, że zakładają nową partię, a tak naprawdę to chodzi im o to, by zagwarantować sobie etaty parlamentarne”. Ale i on ostatecznie nie zamknął drzwi do rokowań, bowiem nie wykluczył wysondowania PiS-u czy dałoby się podjąć „jakąś cywilizowaną współpracę w Sejmie”.
Na takie dicta odgryzł się Kaczyński. W Radio Kielce powiedział, że każdy, kto rozbija prawicę ten szkodzi nie tylko prawicy, ale i Polsce. Na skutek działań Dorna, Ujazdowskiego i Jurka mamy w Polsce dodatkowe trzy partie prawicy (prócz ugrupowań Dorna i Ujazdowskiego chodzi również o Polskę XXI) – skarżył się Kaczyński. Przyjął on oświadczenia ww. liderów jako „nie” dla rozmów. Ich przyznanie się do błędu uznał za warunek negocjacji.
Tajemniczy reformatorzy
Tymczasem, jak doniosła „Rzeczpospolita”, w PiS powstała frakcja o roboczej nazwie „reformatorzy”. „Partia tonie. Chcemy osunąć od prezesowania Jarosława Kaczyńskiego” – poinformował gazetę jeden z polityków PiS. Ma to się stać na wiosnę, gdy odbędzie się krajowy kongres partii. „Złożymy na nim wniosek o to, by Jarosław Kaczyński przyjął funkcję honorowego prezesa, politycznego mentora, ale zrezygnował z bezpośredniego kierowania partią” – oświadczył inny członek grupy. Lider PiS wyśmiał całe przedsięwzięcie: „Z tego co słyszałem o tej inicjatywie, to ona zasługuje na uśmiech”. Zapytany o przyjęcie roli politycznego mentora odpowiedział: „Robię to w tej chwili, więc dziękuję za propozycję kontynuacji”.
Wicemarszałek Sejmu Krzysztof Putra nie ma wątpliwości, że na najbliższym kongresie Kaczyński stanie w szranki i „na pewno wygra te wybory i będzie nadal prezesem”. Natomiast fakt dyskusji na ten temat uznał za pożyteczny, jako że PiS jest partią demokratyczną (sic!). Określił on swojego lidera jako polityka najbardziej przenikliwego w Polsce i wróżył mu długie prezesowanie. Jeszcze bardziej stanowczy okazał się Paweł Poncyliusz:: „Nie ma żadnej grupy „reformatorzy” – zapewnił. Poza tym nie wyobraża sobie Prawa i Sprawiedliwości bez Kaczyńskiego. Według niego, „gdyby dzisiaj byli kandydaci na realnych liderów, to oni by już dawno pełnili ważne i widoczne medialnie funkcje w Prawie i Sprawiedliwości”. Nadto każdy zamach na lidera partii stanowiłby koniec ugrupowania – przestrzegał Poncyliusz.
Pole do zagospodarowania
Czy to się komuś podoba czy nie, PiS pozostaje najsilniejszym stronnictwem na tzw. prawicy i w dającej się przewidzieć przyszłości takowym pozostanie. Chyba że utraci poparcie o. Rydzyka, na co się nie zanosi. Od strony ideowej i programowej PiS jednak nie wyczerpuje zapotrzebowania społecznego. Polacy o poglądach narodowych – wyznawanych świadomie lub nieświadomie – nie mają dziś swojej reprezentacji. Pozostali jednak politycy i działacze (nieskompromitowani wypowiedziami w rodzaju „Dmowskiego bym do LPR nie przyjął” z rozbitych ugrupowań narodowych. To ich prawem, więcej – obowiązkiem jest odbudowanie obozu narodowego. Zadanie to trudne z wielu względów, że wymienię tylko ogromną wrogość, wręcz zoologiczną nienawiść, do tej orientacji zarówno ze strony tzw. lewicy jak i tzw. prawicy, w tym PiS-u. Cóż to jednak za politycy, którzy nie podejmują zadań trudnych. Miejmy nadzieję, że tacy się znajdą, a może już są.
Zbigniew Lipiński
Nr 51-52 (20-27.12.2009)
Fot. pis.org.pl



