Niepotrzebne wydatki
Przed laty trafił w moje ręce „Sennik arabsko-egipski”, wydany w latach 30. ubiegłego wieku. Pozwolę sobie zacytować, zawarte w nim, trzy wybrane interpretacje obrazów sennych: Adwokat –poniesiesz straty; Anglika widzieć – strzeż się fałszywych przyjaciół; Biblioteka – niepotrzebne wydatki. W dwóch pierwszych przypadkach autorzy sennika odgadli, jak się wydaje, trafnie. Jednak rzeczywisty odpowiednik trzeciego hasła jest z pewnością wysoce niesłuszny, a w dodatku społecznie szkodliwy – zrobił natomiast karierę w Trzeciej Rzeczypospolitej: prezydenci, rządy, a szczególnie ich ministrowie kultury, członkowie samorządów, dziennikarze i publicyści oraz wszelkiego rodzaju „salonowe” elity z
„celebrytami” na czele, przyjęli za jedną ze swych głównych maksym „mądrość” z owego sennika. W ramach „osiągnięć” liberałów i neokomunistów wytępiono w krótkim czasie kilkanaście tysięcy placówek bibliotecznych, w tym – doszczętnie – biblioteki związków zawodowych i fachowe w zakładach pracy; wiele mniejszych bibliotek publicznych oraz dodatkowo – wszystkie tzw. punkty biblioteczne, zwłaszcza na wsi; nawet kilka dużych książnic z Biblioteką PAN w Warszawie, mającą ponad 400-tysięczne, cenne zbiory. Rzekomo zabrakło na nie pieniędzy, choć wyrzucano je w tym czasie garściami na inne, mniej istotne cele. Lokale po bibliotekach wynajmowano na pomieszczenia restauracji, banków, biur podróży i wielu rozmaitych „interesów”. W 40-milionowym narodzie nie znalazł się dosłownie nikt, kto tupnąłby porządnie nogą albo uderzył pięścią w stół, protestując przeciwko tym niegodziwościom. Większość środowiska bibliotekarskiego spuściła pokornie „uszy po sobie”, obawiając się zapewne gniewu rządzących Polską inicjatorów tego żałosnego rujnowania kulturowego dorobku narodu.
Z przykrością trzeba powiedzieć, że niemal do końca egzystencji PRL-u biblioteki miały się dobrze i rozwijały pomyślnie, korzystając z przyznawanych w miarę odpowiednich środków finansowych. W resorcie kultury istniał Departament Bibliotek ( w kilka lat po wojnie utworzono nawet Centralny Zarząd Bibliotek z wieloosobową obsadą), w instancjach samorządów działały referaty biblioteczne. Postulaty Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich traktowano na ogół poważnie, Państwowa ( nie, jak dziś – „Krajowa”) Rada Biblioteczna obradowała pod przewodnictwem wiceministra, kształtując nieodzowną w każdym nowoczesnym państwie politykę biblioteczną. Wszystko to nasi „wolnościowcy”, zapatrzeni wyłącznie w mamonę i sposoby jej zdobywania ( dla siebie), skutecznie rozbili i zmarnowali. Dochodziło do takich skandalicznych pomysłów, jak zastąpienie bibliotek publicznych szkolnymi (Wrocław),a zamiast nich wprowadzenie wypożyczania książek w okienkach urzędów pocztowych (pomysł jednego z wiceministrów kultury). Teraz wraca dawny, wzorowany na Sowietach projekt z lat 60., włączania bibliotek do innych instytucji – wówczas polscy komuniści byli na tyle rozsądni, że go przynajmniej częściowo zastopowali. Także i w ZSRR sprzeciwiano się mu otwarcie: w satyrycznym czasopiśmie „Krokodyl” ukazał się na pierwszej stronie rysunek, przedstawiający „ Iwana Iwanowicza” (partyjnego dygnitarza), jak zwiedza luksusowe wnętrze domu kultury. Oprowadzający go dyrektor pokazuje w roli biblioteki małą klitkę pod schodami, zasnutą pajęczyną. Na wysłużonym regale widać trochę książek, a obok nich siedzi „babuszka”, robiąca na drutach. Nie jest wykluczone, że i nas może taka rzeczywistość czekać pod rządami bezkarnych liberałów – aferałów, żądnych za wszelką cenę absolutnej władzy i dużych pieniędzy na własne potrzeby.
Z.Ż.
„Myśl Polska” nr 3-4/2010




