Engelgard: Dobry komunista, to nasz komunista

Mój przyjaciel Maciej Eckardt raczył uznać, że film „Towarzysz Generał” jest dobry, dynamiczny, przekonujący. Hmm… Jego prawo, ja jednak nadal uważam, że to gniot, i to do tego niesmaczny. Nie o tym jednak. W jednym z wpisów na swoim blogu Maciek pisze o tym, jak redaktorzy Żakowski i Mazowiecki bronili Jaruzelskiego przed zarzutem antysemityzmu i dokonania „czystki antysemickiej w armii”, co skłoniło go do konstatacji, że działają wedle zasady „dobry antysemita, to nasz antysemita”. Ja przed tym – przyznam – dziwacznym zarzutem broniłbym Jaruzelskiego w inny sposób niż Żakowski, ale niech tam…

Kadr z filmu "Towarzysz Generał"

Kadr z filmu "Towarzysz Generał"

Wydaje mi się, że wbrew piejącym na cześć gniota filmowego o Jaruzelskim, inny aspekt sprawy jest o wiele bardziej interesujący i bulwersujący. Oto integralnym antykomunistom w ogóle nie przeszkadza fakt, że na pierwszą linię ognia twórcy filmu rzucili „komuchów” co się zowie – politruka z pionu politycznego LWP, płka Lecha Kowalskiego, i szefa POP PZPR w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego prof. Pawła Wieczorkiewicza. Obaj są zresztą najbardziej zaciekli. Red. Rafał Ziemkiewicz i inni mówią – No i co z tego? O co chodzi? Przecież mają prawo do zmiany poglądów a poza tym ważne jest to, co mówią. Owszem, mają, tylko, że istnieje coś takiego jak elementarne poczucie przyzwoitości. Gdyby któryś z tej dwójki „zbuntował” się przed 1989 rokiem, to miałby prawo do wystąpienia w filmie w roli sędziego, prawo moralne. Ale nie, obaj panowie tkwili w strukturach „totalitarnego państwa”, by użyć formułki zrozumiałej dla adeptów szkoły ipn-owskiej – do końca, czyli do 1990 roku. Ich aktywność nosi więc cechy koniunkturalizmu. Piszę o tym z pewną niechęcią, bo znałem prof. Wieczorkiewicza jako wspaniałego historyka, zwolennika realizmu politycznego, opowiadającego się za przyjaznymi stosunkami z Rosją (mówił mi o tym jeszcze w drugiej połowie lat 90.), uznającego szkołę Romana Dmowskiego za najbardziej przydatną dla Polski. Jego nagłego zwrotu na przełomie lat 90. XX w. i na początku XXI w. nie rozumiałem i nie akceptowałem. W tym co zaczął wtedy robić trudno dostrzec szlachetność i obiektywizm. Jego nowi zwolennicy albo udawali, że nic nie wiedzą, że był to prawie przez całe życie „komuch”, albo rzeczywiście nie wiedzą, uznając że pan profesor bojownikiem „z komuną” był. Dla mnie nie miało znaczenia, że profesor był szefem POP PZPR, ba, wtedy, kiedy studiowałem na UW o tym nawet nie wiedziałem. Jednak obecnie, kiedy dzieją się w dziedzinie nauk historycznych (choć trudno to nazywać teraz nauką) rzeczy skandaliczne, kiedy nazwisko profesora stało się dla wielu symbolem „walki z komuną”, kiedy Sławomir Cenckiewicz pisze na narodowcach w PRL jako o „endekoesbecji” i jednocześnie uznaje Wieczorkiewicza za swojego mistrza – milczeć nie można. Za dużo tu bowiem szulerstwa i oszustwa, za dużo niegodziwości.

Płk Lech Kowalski był oficerem politycznym LWP i honor oficera nakazywałby, by nie kalać własnego gniazda, a więc w najlepszym przypadku milczeć lub zajmować się czymś innym niż wylewaniem pomyj na swojego byłego szefa. Jego postawa spotkała się z jednoznacznym potępieniem środowiska i ja się temu nie dziwię. Ale cóż, honor – to towar deficytowy.

Omawiana sprawa nie jest wyjątkowa. Mamy bowiem we współczesnej Polsce cały tabun byłych „komuchów” maszerujących w pierwszym szeregu antypeerelowskiej krucjaty. Dla poczucia własnego bezpieczeństwa, dla zaistnienia w nowej rzeczywistości, chcąc się podlizać nowym władcom dusz – mszczą się na swoich byłych szefach, na państwie, któremu służyli, na wszystkim, co wiąże się z ich życiem w tamtych czasach. Nie będę wymieniał nazwisk – znane są dobrze. Mamy byłego aktywistę TPPR – obecnie naczelnego rusofoba RP publikującego – o zgrozo – w katolickim dzienniku; mamy literata piszącego antykomunistyczne kawałki do jednego z hurrapatriotycznych tygodników, który w latach 50. donosił ; mamy speca od mediów, publicystę i wielkiego „antykomunistę”, który w latach 80. gościł w studiu TVP samego Generała Jaruzelskiego i bił przed nim czołem; mamy satyryka, który istnieje jako artysta tylko dzięki PRL, absolwenta Wyższej Szkoły Nauk Społecznych – plującego na tenże PRL, że aż miło; mamy wybitnego pisarza wydającego w PRL setki tysięcy egzemplarzy książek o epoce napoleońskiej, a obecnie uznającego się za jednego z najbardziej poszkodowanych „przez komunę” i do tego ofiarę KGB. Itd. Itp.

Jest taka scena w filmie „Aleksander”, kiedy po przegranej bitwie z Macedończykami król Presów Dariusz ucieka przez pustynię i zostaje zdradzony przez swoich dowódców, którzy go zabijają mając nadzieję, że się wkupią w łaski zwycięzcy. Jednak ten każe ich ściąć – bo okazali się zdrajcami i zabili swojego pana. My jednak żyjemy w czasach, kiedy przynoszących na tacy głowę Jaruzelskiego wita się w obozie zwycięzców z fanfarami, nagradza i daje za przykład do naśladowania. Takie to niehonorowane i paskudne czasy.

Wracając wszakże do początku – okazuje się, że „dobry komunista, to nasz komunista”. Dobrzy nie są tylko ci, którzy nie robią ze swojej gęby cholewy, nie przebierają się co kilka lat w nowe ciuchy maskujące, nie wyskakują na publiczną scenę z palcami w kształcie „V” krzycząc „Precz z komuną!”. Ja jednak – pozwolisz Maćku – zachowam większy szacunek dla tych „złych komunistów” a nie tych „dobrych”.

Jan Engelgard

Komentarze: (8)

 

  1. Adam Ś. pisze:

    Aż się boję napisać, ale Kol. JE znów trafił idealnie w punkt! Natomiast szczególnie bawi mnie to zdjęcie z rzeczonego filmu. Piłsudski w tle!!! Jakoś panowie prawicowcy i antykomuniści nie czczą 1300 ofiar (zabitych i rannych) trzech dni zamachu majowego, nie krzyczą o sprawiedliwość, nie apelują o rozliczenie. Nie przeszkadza im, że marszałek (małą literą) rozwalił narodowo-ludowy rząd idąc ręka w rękę z masonerią, lewicą PPS i KPP, o cichym poparciu żydostwa nie wspominając. Nie przeszkadzają i m późniejsze akcje “nieznanych sprawców”, morderstwo Zagórskiego, hańba Brześcia i Berezy, a także obciążające już Rydza i towarzystwo ofiary strajku chłopskiego w 1937 r. (44 zabitych). Gdzie tu logika, gdzie tu etyka? Logiki brak, a etyka jest w swej najgorszej odmianie – “etyki” sytuacyjnej. I tacy ludzie maja pretensję do rządów nad Polską, do walki o jej oblicze moralne? Mówić im o honorze, o Zasadach, kiedy nawet zwykłego chamstwa na wodzy nie potrafią utrzymać? Wolne żarty!

  2. Wojsław pisze:

    Do Jaruzelskiego można mieć zarzuty trojakiego rodzaju:
    1. W czasie stanu wojennego i później dopuszczono się wielu krzywd na Polakach, m. in.dokonano około 100 skrytobójstw politycznych.
    2. Około miliona Polaków wypchnięto z Polski na emigrację, w większości bezpowrotną – była to strata demograficzna dla Polski.
    3. Pogłębiająca się katastrofa gospodarcza.
    Natomiast sam fakt wprowadzenia stanu wojennego nie ma żdnego znaczenia.

  3. Piotr pisze:

    Autor napisał
    “My jednak żyjemy w czasach, kiedy przynoszących na tacy głowę Jaruzelskiego wita się w obozie zwycięzców z fanfarami, nagradza i daje za przykład do naśladowania. Takie to niehonorowane i paskudne czasy.”
    Powtórze pytanie red. Ziemkiewicza z dyskusji po emisji filmu: >>Od kiedy to ,krytycy generała, to jest “obóz zwycięzców”?<<

  4. Tadeusz pisze:

    @ Piotr. Propagandowo w świadomości społecznej tak gdzieś od 1981 r.

  5. Stanisław pisze:

    I kiedy tak nie możemy się nacieszyć tym „zwycięstwem demokracji” na Ukrainie – w kraju trwa festiwal generała Wojciecha Jaruzelskiego. Pretekstem do rozpoczęcia tego festiwalu, który przybiera postać jakiegoś nabożeństwa wynagradzającego, stał się film „Towarzysz generał”, przedstawiający generała Jaruzelskiego jako posłusznego wykonawcę rozkazów. Temu w zasadzie nie zaprzecza nawet sam generał Jaruzelski, bo podkreśla, że był „żołnierzem”. A co robi żołnierz? Wiadomo – wykonuje rozkazy swoich przełożonych, a tak się akurat złożyło, ze przełożeni generała Jaruzelskiego byli w Moskwie. Nie zaprzeczając w zasadzie wykonywaniu rozkazów generał Jaruzelski podkreśla jednak, że tego właśnie wymagało służenie Polsce – „takiej, jaka była”.

    Wprawdzie wrodzona skromność, całkowicie zresztą uzasadniona, nie pozwala generałowi Jaruzelskiemu na porównanie z francuskim ministrem spraw zagranicznych Talleyrandem, ale myślę, że warto takie porównanie przeprowadzić. Rzecz w tym, że Talleyrand, któremu również wiele zarzucano twierdził, że zawsze służył Francji, „niezależnie od ustroju mego państwa”. Dlatego nie wahał się zdradzić Napoleona, któremu służył jako minister, gdy tylko doszedł do wniosku, że polityka Cesarza Francuzów prowadzi Francję nie ku wielkości, a ku przepaści. W przypadku generała Jaruzelskiego takiej odwagi nie dostrzegamy. Przeciwnie – cała jego polityczna droga pokazuje, iż decydującą cechą jego osobowości było posłuszeństwo rozkazom, bez względu na to, czego dotyczyły. Taka postawa charakteryzuje służącego, charakteryzuje właśnie lokaja – i dlatego trudno odmówić słuszności Włodzimierzowi Bukowskiemu, który generała Jaruzelskiego tak właśnie określił.

    Obrońcy generała Jaruzelskiego mają pewien kłopot z usuwaniem z wojska oficerów pochodzenia żydowskiego w 1967 roku. Gwoli prawdy trzeba powiedzieć, że ten epizod w życiorysie generała., w części społeczeństwa polskiego przysparza mu sympatii, ale ma się rozumieć, nikt nie ośmieli się tego wprost powiedzieć, bo wiadomo, że niesie to ze sobą wielkie ryzyko. Ja bym jednak nie przywiązywał do tego specjalnej wagi, bo chętnie wierzę generałowi Jaruzelskiemu, że w tym usuwaniu z wojska oficerów żydowskiego pochodzenia nie było nic osobistego. Usuwał – bo tak mu kazali, a gdyby mu kazali co innego, to kto wie – może by nawet poddał się drobnemu zabiegowi chirurgicznemu?

    Nad festiwalem generała Jaruzelskiego warto zatrzymać się z jednego, niezwykle charakterystycznego powodu. Oto wielkie zaangażowanie w obronie jego dobrego imienia objawiają zarówno przodujący w pracy operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i politycznym redaktorzy Monika Olejnik i Tomasz Lis, jak i cały Salon, któremu ton nadaje oczywiście „Gazeta Wyborcza” – ale także – środowiska określające się jako „narodowe”. Widzimy, że schodzą się, zdawać by się mogło, skrajne przeciwieństwa. Skoro tak, to musi przyciągać je do siebie jakaś niezwykle potężna siła, przezwyciężająca wzajemne odpychanie.

    Żeby zdać sobie sprawę z potęgi tej siły, musimy uświadomić sobie najpierw przyczyny owego wzajemnego odpychania. Zdominowane przez reprezentantów lobby żydowskiego środowisko „Gazety Wyborczej” uważa narodowców za zakałę narodu polskiego, rodzaj tłustej plamy na ludzkości, wstydliwy zakątek, w którym lęgną się wszelkie nieprawości i obrzydliwości. Narodowcy z kolei uważają środowisko „Gazety Wyborczej”, najłagodniej rzecz ujmując, za kosmopolitów, którzy naród polski postrzegają wyłącznie jako rodzaj żerowiska i to żerowiska tymczasowego, o które nie trzeba specjalnie dbać, bo kiedy już się je wyeksploatuje, to można będzie przenieść się na jakieś inne żerowisko. Jak widzimy, obydwa te środowiska wystawiają sobie nawzajem charakterystyki najgorsze z możliwych. Mimo to jednak generał Jaruzelski potrafił zjednoczyć nawet je we wspólnym froncie.

    O co tu może chodzić? Interes Polski, ani interes narodowy w grę wchodzić tu nie może, bo skądże nagle w środowisku „Gazety Wyborczej” miałyby narodzić się takie sentymenty? O tym nie ma mowy. Czego w takim razie, broniąc generała Jaruzelskiego, broni środowisko „Gazety Wyborczej”? Broni mitu założycielskiego III Rzeczypospolitej, którą przecież zakładało w Magdalence z generałem Jaruzelskim do spółki. Skoro tedy on okazałby się szubrawcem, to i oni nie lepsi, bo się z szubrawcem umówili. Zatem nie dla niego, ale dla własnej reputacji muszą go dzisiaj okadzać, wybaczając mu nawet ten nieszczęsny „antysemicki” epizod, który każdego innego rzuciłby w piekielne czeluści. Taka jest cena, jaką środowisko to musi płacić za sprawowanie rządu dusz nad polskim narodem. To jest logiczne i to można zrozumieć. Dlaczego jednak we wspólnym froncie z lobby żydowskim generała Jaruzelskiego bronią środowiska określające się mianem narodowych – to już zrozumieć trudniej, chyba, że ten narodowy charakter, to tylko taki pseudonim.

    Stanisław Michalkiewicz

  6. Paweł pisze:

    Oj, niestety, niestety, ale wypada sie całkowicie zgodzic z p. St. Michalkiewiczem, pomimo całej mojej sympatii zarówno do Dmowskiego jak i do p. J. Engelgarda, za żadne cuda nie jestem w stanie zrozumiec jego pogladów…

  7. Wojciech pisze:

    Witam. Rad byłbym usłyszeć/przeczytać głos Pana dr Lecha Kowalskiego, byłeg oficera politycznego LWP. Jakie nim kierowały motywacje? To może być ciekawe. Wszak wielu wybitnych Polaków, działających obecnie publicznie, było aktywistami w PZPR. Wymieniać nie trzeba. To, że ktoś był oficerem politycznym oznacza tylko jedno; to, że zdobył/posiadł o wiele większe wykształcenie humanistyczne (historia, politologia, psychologia, pedagogika itp.) od oficera “zwykłego”. Znam wielu oficerów politycznych, którzy jako naukowcy w mundurach pisali znakomite prace historyczne, jeszcze zanim nastała Solidarność. Prace te nie koniecznie były “po linii i po bazie”. Wielu z nich było szykanowanych z tego powodu. Może, tego nie wiem, płk Kowalski jest jednym z nich, tych autentycznie odważnych?

  8. RomanK pisze:

    Ha..czasami, niektorzy musza uslyszec prawde, cala prawde i tylko prawde!
    To zjawisko- jakie opisuje pan Engelgard..jest nowa dekoracja nowej polskiej sceny politycznej.
    Ta odslone mozna nazwac,, nawrocenie hultajstwa na lajdactwo:-)))
    Otoz owe odwrocone lokajstwo wladcoff Polski, robi to co umie najlepien ,.,,SLUZY! za oplaty i wyslugi z nadzieja na spokojna starosc.
    Uzywane jest do tzw krzepienia “goracych serc i pustych lbow”…zeby bezproblemowo mozna bylo rznac dupsko Polakom i okrasc ich do konca nawet z depozytow zalegajacych polska ziemie, czyli ze schedy przyszlych poolen!
    Czy znajac ich role mozna wogole wspominac o honorze…watpie.
    Ludzie gorqacych serc i pustych lbow, sa gotowi wybaczyc wszystko..i dopatrzec sie wszystkiego, wszedzie -gdzie dokladnie wiadomo wszystkim,ze niczego takiego nie bylo, nie ma i nigdy nie bedzie!
    Cyt-Wielu wybitnych Polakow dzialajacych publicznie obecnie, bylo aktywistami PZPR”,,,,..pisze Wojciech …owszem.
    To najlepszy dowod, ze- byli ONI i sa, i ozostana skurwysynami i nic sie nie zmieni!
    Bo tacy sluza kazdemu..kto placi, tylko nie Polsce i nie Polakom!
    Dzieki panie Janie!

Zostaw komentarz