W poszukiwaniu dobrej, prawdziwej sztuki
Oczywiście, wszelkie poszukiwanie łączy się z błądzeniem, a błądzenie – jak „się” to mówi – to rzecz ludzka, ale ta oklepana, banalna sentencja, w świecie sztuki, mimo jej odwiecznej, z samej istoty bezkrwawej „rewolucyjności”, najtrudniej i najmniej się sprawdza, jako myśl szlachetnie rozwojowa, czego przykładów z całego dwudziestego wieku i już także z 21-go, jest bardzo wiele, tak poza Polską, jak i w Polsce.
Czas hochsztaplerów
I od razu ostrzegam: na błądzenie skazany jest raczej każdy widz, ślepo czy nieślepo zawierzający np. działaniom, od kilkunastu lat konsekwentnie wszczynanym przez warszawską Zachętę i Centrum Sztuki Współczesnej (placówki państwowe!, do których dołączyło niedawno Muzeum Sztuki Nowoczesnej, którego jeszcze de facto nie ma, ale już przyczółkowo działa na ul. Pańskiej i już), których statutowym, publicznym zadaniem powinno być poszukiwanie i ukazywanie dobrej, prawdziwej sztuki współczesnej, a nie lansowanie krajowych i zagranicznych hochsztaplerów z pogranicza sztuki (nie ma tu miejsca na przykłady i nazwiska, jest ich za dużo!).
A jeszcze, o dziwo i nie dziwo, „rozkwitła” w ostatnich latach niemała sieć „satelitarna”, nie tylko nadająca, współgrająca orkiestrowo na tej samej fali z „nową” Zachętą i CSW (obsiadłe przez nowego typu „międzynarodówkę”), ale i ogarniająca, lansująca ten sam krąg „wybrańców”, hochsztaplerów (siatka powiązanych, prywatnych i nieprywatnych galerii, bez problemu dostających tzw. granty od Ministerstwa Kultury lub inaczej trwale dotowanych za pieniądze podatników, jak np. warszawskie galerie Foksal, Raster, Fundacji Galerii Foksal, Kordegarda, Galeria XX1, Pokaz, Studio, białostocki Arsenał i inne w innych miastach). W ujętych w nawiasie galeriach rzadko można zobaczyć coś na tyle wartościowego, co by zasługiwało na miano sztuki. Np. latem 2009 r. Galeria Foksal pokazała muchy (sic!) fruwające pod szkłem w szczelnie zabudowanej gablocie, wypełniającej całą salę. Już kilkanaście lat wcześniej najsławniejszy londyński hochsztapler Damien Hirst (dopadł go ostatni kryzys, zwolnił ze swojej art-fabryczki około setki wyrobników jego „dzieł”) umieścił w hermetycznej gablocie krowi łeb z żywą muchą „owocującą” robactwem.
Kiedy wspomniałem o tym pracującej przy tej „wystawie” kobiecie, odrzekła z przekonaniem, że tutaj chodzi o coś innego. Otóż nie chodzi o nic innego, chodzi po prostu o to, że to nie ma nic, absolutnie nic wspólnego ze sztuką.
A oto reklama nadawana od listopada 2009 roku, co godzinę ciepłym głosem przez kilkanaście tygodni przez Radio Tok FM (własność spółki Agora, wydającej Gazetę Wyborczą): „Mówi Agnieszka Morawińska, dyrektor Narodowej Galerii Sztuki Zachęta w Warszawie. Serdecznie zapraszam na wystawę Zbigniewa Libery, jednego z najwybitniejszych polskich artystów współczesnych, prekursora sztuki krytycznej. Pokazujemy wszystkie, no prawie wszystkie prace artysty z okresu 30 lat. Naprawdę warto zobaczyć” (może nie jest to w pełni przytoczony komunikat, z przyczyny radiowej szybkości i niespodziewaności, trudnej do „upolowania”). Wystawie tej (jak i wszystkim innym w tej finansowanej z podatków placówce) patronują: „Gazeta Wyborcza”, „Polityka”, „Warsaw Voice”, jeszcze jakiś bank To stała, wraz z Zachętą i Centrum Sztuki Współczesnej zgrana, bankowa „paczka opiniodawców”, narzucających Polakom swoich wybrańców, hochsztaplerów, pod urobionym wezwaniem „sztuki krytycznej”.
Wystawa Z. Libery, długaśna, przechodząca z roku 2009 na rok 2010! (do końca lutego), jako aktualnie główna ekspozycja Zachęty, to kolejny dowód błądzenia tej „ministerialnej” placówki po obrzeżach sztuki. Żałosne instalacje (np. jakiś przyrząd do ćwiczeń, przy nim „wyzywająca” tekturowa figurka faceta z członkiem do kolan, tytuł: „Uniwersalny przedłużacz (expander) penisa”, a jest więcej żałosnych instalacji), video-filmiki (np. obrzydliwe „Obrzędy intymne”), jakieś fotki (każdy w domu może mieć ciekawsze), zlepki zdjęć i tekstów gazetowych… Do tego przykładowy komentarz autora: „Te obrazy to widoki na współczesną formę “nieświadomości”, krajobrazy utworzone z fragmentów nieuświadomionych zdjęć pochodzących z prasowego kosmosu informacji w „dobie reprodukcji mechanicznej”. Chyba każdy zauważy, że to czysty bełkot. Właśnie bełkot to typowy „język”, pseudointelektualny, ale w mniemaniu dobranych autorów, a jeszcze bardziej w mniemaniu ich lansjerów – dyrektorów, kustoszów, kuratorów Zachęty i Centrum Sztuki Współczesnej, tudzież klakierującej im grupce recenzentów (namolnie np. w „Dzienniku DGP” i „Gazecie Wyborczej”) – ma to być język objawiony.
Minister nic nie wie?
Oto wielka, wjazdowa i wyjazdowa (dwuskrzydłowa) brama pałacowa Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP, przez którą śmigały ongiś tam i z powrotem (nie tylko na bale, bankiety) wielkopańskie „bryczki” (to zdrajców, to patriotów), a dziś obecnie nam „panujący” minister kultury co najmniej dwa razy dziennie państwową limuzyną prześlizguje się przez tę bramę, i chyba nie widzi i nie czuje, co się pod jego ministerialnym, czyli „służbowym” nosem i okiem dzieje, za pieniądze, ściągane z narodu (od noworodka – za którego już pieluchy jest chyba podatek VAT – począwszy!).
Czy pan minister zerknął, choćby przez szyby stojącego pośrodku tejże „pałacowej” bramy budyneczku dawnej wielkopańskiej stróżówki, która zamieniła się w obecną galerię sztuki Kordegarda? Pytanie jest proste, oczywiste, bo oto np. w grudniu, do ostatniego dnia 2009 roku wypełniały ją od podłogi do sufitu i od ściany do ściany sterty desek ciętych w tartaku (i zapewnie opłaconych jako „twórczy” projekt przez ministra pieniędzmi podatników), skleconych w setki kwadratowych paneli, ułożonych jeden na drugim w prawie trzymetrowe sterty, pomiędzy którymi przeciskać się musieli widzowie (nie wiadomo, czy bardziej błądzący, czy ogłupiali, co zresztą na jedno wychodzi). Na ścianach jeszcze kilka kartoników z debilnymi bazgrołami (kura łapą lepsze zrobi, nie mówiąc o innych stworzeniach) ), które to bazgroły „zachętowa” kustoszka (z Narodowej Galerii Zachęta, wyraźnie sprawującej pieczę nad przyministerialną Kordegardą), nazywa w swoim bezsensownie nadmuchanym “teoretycznym” tekście do tej wystawy – uwaga! -„obrazami w syntetyczny sposób przedstawiającymi fragmenty eklektycznego pejzażu stolicy”!
A jeszcze te sterty desek nazywa bezczelnie „formami rzeźbiarskimi”. Stanowczo protestuję przeciwko nazywaniu takich bzdetów obrazami i rzeźbami. To urąganie sztuce. Ptasie pociąganie łapką to po prostu ptasie gryzmoły, a sterty desek są tylko stertami, które trzeba po wystawie rozebrać i wyrzucić (i znowu na koszt polskiego podatnika, za wywóz śmieci, bo nic z tym dalej nie zrobi ani galeria, ani minister kultury, ani kustoszka jego „zachętowa”, ani tym bardziej bezsensowny autor, “zainspirowany” do tej wystawy – jak sam wyznał – widokiem witryn sklepowych w Warszawie, obitych płytami z okazji zlotu antyglobalistów w 2005 roku; czyż nie wyraziłby się mocniej ten „autor”, gdyby zabił tymi deskami okna i drzwi galerii, akurat w bramie ministerstwa kultury, w której – jak to sam powiedział na otwarciu – spełniło się jego marzenie!?).
W tym samym czasie, tuż obok Ministerstwa Kultury, w sąsiednim budynku (Hotel Europejski, nowa, niezależna galeria Qadrat) mogliśmy zobaczyć również 2,5-metrowe “formy rzeźbiarskie” sięgające pod sufit, ale prawdziwie rzeźbiarskie, Piotra Rzeczkowskiego (pomnik Powstania Warszawskiego w/g jego zwycięskiego projektu powinien dziś stać przy Placu Krasińskich, a nie ten, który – jako żywo stylowo i pomnikowo socrealistyczny – postawiono po stanie wojennym, bezprawnie unieważniając zwycięski w ogólnopolskim konkursie projekt młodego rzeźbiarza, co było przecież także bezwzględną operacją podcinania skrzydeł): figury piękne, tym piękniejsze, że postaci kobiecych, cudownie, osobnie uchwyconych w ruchu, a połączonych rytmicznie w uniesionym tanecznym kręgu (nie czarownic, bo tu czujesz, że one „słyszą” muzykę, może niebios, a może grzmiący methalic, choć wydają się nieme, bo z drewna poczęte…), tworzonych w każdym detalu myślącą, to czułą, to ostrą ręką rzeźbiarza, na wskroś nowoczesnego – ale na wysokim, prawdziwym diapazonie, na którym gra się całą gamą strun, dźwięków, barw i kształtów, ziemskich i nieziemskich, acz nie koniecznie skończonych. A z płaskich deseczek stemplowanych przez Zachętę, nawet na sto pięter, nie ma, nie było i nie będzie sztuki!
A dlaczego nie będzie, niech już sobie każdy sam dośpiewa, ja tylko podpowiem, że w sztuce zawsze chodzi o trwałe dzieło, ale nie typu np.12-metrowego blaszanego kontenera wstawionego ostatnio na wystawę w Londynie w ramach „roku kultury polskiej” prezentowanej w tym mieście przez „pieszczonego” bez sensu przez Zachętę, CSW, MSN i Ministerstwo Kultury – Mirosława Bałkę. Do kwietnia 2010 r. w jakiejś pofabrycznej hali stojącej w londyńskim odludziu (placówka Modern Tate), przez jego blaszane pudło (ile ono kosztowało polskich podatników i co dalej z nim będzie, przecież Anglicy tego nie kupią, więc chyba pójdzie na złom) przechodzą w ciemności widzowie, są jeszcze zdjęcia sarenek na śniegu pod drutem kolczastym, za którym są jakieś czarne słupy i w dalszym nieostrym tle jakieś szare niższe budowle. Sugestia to oczywista, wręcz nachalna: oto holokaust, Oświęcim, zagłada Żydów. I otóż to: wystarczy, że jakkolwiek, nawet komiksowo, nie mówiąc o sięganiu do korzeni, zrobi coś ktokolwiek w tym temacie, od razu jest w kręgu ulubieńców usilnie i nachalnie promowanych bezsensownie na cały świat.
A jeszcze w tymże „Roku Kultury Polskiej” w Londynie prezentowany był i jest niejaki Paweł Althamer, który w ub. roku ubrał w złote skafandry kilkudziesięciu zbajerowanych mieszkańców warszawskiego Bródna, i wylądował z nimi m.in. w Brukseli. To mi się nawet podobało – polscy „kosmici” lądują w centrum Europy (ale przecież oni są złotówkowi, a nie złoci, to złotko to głupi fałsz). Fałszem jest także gazetowe pisanie, że ci autorzy dają spójny obraz sztuki polskiej.
Tych parę nazwisk, to tylko cząstka hołubionych i wynoszonych pod niebiosa autorów określanych “ideowo” jako fala sztuki krytycznej. Są w tej grupie nachalnie lansowanych nazwisk – oprócz Bałki, Libery, Athamera – jeszcze Żmijewski, Kozyra, Sasnal, Rajkowska, Sosnowska, Nieznalska, Budzyński i kilkunastu innych. W działającym już “przyczółku” Muzeum Sztuki Nowoczesnej, którego jeszcze de facto nie ma, bo stanie dopiero za kilka lat, już oto urabia się “kanon” nowej sztuki polskiej, pod przewodnictwem dyrektorki, pani Mytkowskiej (zastąpiła panią Rottenberg, byłą dyrektorkę Zachęty, która teraz ma w planie wystawić w Berlinie “Bitwę pod Grunwaldem” Matejki, ale wielki obraz jest mocno zniszczony i chyba nie da się go Niemcom pokazać), i otóż te właśnie nazwiska są już namolnie typowane do wypełnienia owego “kanonu” współczesnej polskiej sztuki. To oczywista uzurpacja, oczywisty fałsz, absurd. Znamienne i nieprzypadkowe było skupienie tych akurat nazwisk w jednej sali wystawowej w Centrum Sztuki Współczesnej, w ubiegłym roku.
Z penisem w tle
Oto idziesz do odbudowanego z popiołów Zamku Ujazdowskiego, stojącego na prawiślańskiej skarpie w sercu Warszawy, idziesz tam na kosztowną wystawę, za pieniądze podatników przygotowaną na całe lato 2009 roku dla Polaków i gości z całego świata. I co widzisz? Oto w głównej sali przez całe lato zwisał od sufitu do podłogi sznur z używanymi mydełkami (Mirosław Bałka), na jakiś monitorku leciał nudny, żałosny filmik autorki, znanej np. z podrygiwania obok gołych facetów z „własnym”, sztucznym penisem przypiętym do nagiego podbrzusza (wcześniejsza prezentacja w Zachęcie – Katarzyna Kozyra), jeszcze bzdety Libery, Żmijewskiego, Rajkowskiej, Sasnala i paru innych doczepianych jako „mainstream”, czyli rzekomo jakiś polski główny nurt, co jest oczywistym , hochsztaplerskim fałszem, bo wszystko to (instalacyjki, filmiki, fotki, ubogie niby-obrazki etc.) pozbawione jest podstawowych wartości związanych z prawdziwą sztuką, czyli z prawdą i pięknem. Polacy, jak i przybysze ze świata, którzy odwiedzają państwowe Centrum Sztuki Współczesnej, państwową Zachętę i od niedawna państwowy „przyczółek” Muzeum Sztuki Nowoczesnej, wynoszą nie tylko cząstkowe, ale i bardzo sfałszowane zapatrywanie na współczesną sztukę polską. I obojętnie, czy wyjeżdża dziś od nas jakiś żyjący w Paryżu potomek Balzaka, praprawnuki Picassa, Malewicza, Churchila czy kacyka Burghilla z Afryki Czarnej – każdy wyjeżdża z fałszywym poglądem o stanie dzisiejszej sztuki polskiej.
Prawdziwa sztuka żyje
Idźmy dalej, wiedząc, że miejsc z dobrą sztuką jest bardzo wiele w całej Polsce, nie tylko w centrach (W-wa, Kraków, Gdańsk, Szczecin, Wrocław, Poznań, Bydgoszcz…), ale i w Zamościu, Lublinie, Rzeszowie, Radomiu, Kozienicach, Hajnówce, Sztumie, Olsztynie, Elblągu, Lęborku, Słupsku i wielu innych miejscach w naszej naładowanej, „elektrycznej” (żaden noblista fizyki nie odkrył jeszcze tajemnicy elektryczności – sic!) ojczyźnie. To nie tylko niezależne galerie, muzea, wystawy, wernisaże, ale przede wszystkim tysięczna (-wielo!) armia samych twórców, prawdziwych, żyjących i działających, mimo biedy i wbrew niej w całym naszym „elektrycznym”, ojczyźnianym obszarze. To ocean sztuki: głębinowej, autentycznej, współczesnej, polskiej i światowej, na której wydobycie i opisanie trzeba wielu podróży po Polsce, wielu reportaży, rozmów, wywiadów, tudzież książek i albumów. W Olsztynie, 16 stycznia nowego 2010 roku, „Początek świata” ogłosił swoją wystawą (pod tym właśnie “wyzywającym” tytułem) wybitny malarz Geno Małkowski, a tuż przed świętami Bożego Narodzenia swoją pierwszą wielką, zbiorową wystawą (ponad 100 autorów!) zainaugurował działalność Polski Salon Sztuki, utworzony przez samych twórców, pod egidą Zarządu Głównego Związku Polskich Artystów Plastyków.
Ma to być stały, polski i międzynarodowy (już taki jest) ośrodek sztuki, non stop prezentujący nową, aktualną twórczość interesujących malarzy, rzeźbiarzy, grafików, i to zawsze w postaci trwałych dzieł! Takiej właśnie sztuki warto poszukiwać także w warszawskich galeriach niezależnych – jak np. w Galerii Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej (wiele najwybitniejszych nazwisk twórców współczesnych, jak i malarstwo młodych, utalentowanych autorów), w Autorskiej Galerii Sztuki Współczesnej van Golik (w końcówce ub. roku piękne wystawy malarstwa Krzysztofa Wojtarowicza, rzeźbiarza Adama K. Wieczorka, grafika Janusza Golika), w wilanowskiej Galerii SD. Coś dobrego, godnego miana prawdziwej sztuki, wypatrzyć można także w kilku salonach Domu Artysty Plastyka (galerie Okręgu Warszawskiego ZPAP). Można być pewnym, że w tych miejscach nabędzie się wartościowe dzieło.
Hugon Bukowski
Nr 13-14 (28.03-4.04.2010)




