Konsensus post-waszyngtoński. Jak kryzys wpłynął na rozwój?

Kryzys globalny który rozpoczął się w USA tym razem nie tylko wstrząsnął gospodarką światową, ale również wpłynął negatywnie na politykę światową. W swoim czasie Wielka Depresja lat 1929- 1933 dała początek przejściu od twardego monetaryzmu i polityki nieingerencji państwa do keynesowskiego regulowania popytu. Co więcej, w oczach wielu ludzi system kapitalistyczny stracił prawną legitymację, zbudowane zostały podstawy wzrostu ruchów radykalnych i antyliberalnych w całym świecie.

-

-

Dzisiaj nie obserwujemy tak otwartego odrzucania kapitalizmu nawet w świecie rozwijającym się. Na początku roku 2009, w samym szczycie globalnej paniki finansowej, Chiny i Rosja, dwa byłe mocarstwa niekapitalistyczne, wyraźnie dały do zrozumienia inwestorom rodzimym i zagranicznym, że nie mają zamiaru rezygnować z modelu kapitalistycznego. Żaden z liderów dużych krajów rozwijających się nie odstąpił od wierności zasadom wolnego handlu i globalnego systemu kapitalistycznego. Na odwrót, właśnie rozwinięte demokracje zachodnie podkreślały, jak to niebezpiecznie jest nadmiernie polegać na globalizacji rynkowej, i wzywały do większego regulowania światowego systemu finansowego.

Dlaczego obecny kryzys wywołał znacznie mniej ekstremalną reakcję w krajach rozwijających się, w porównaniu z czasami Wielkiej Depresji? Po pierwsze, w świecie rozwijającym się o kryzys oskarżają Stany Zjednoczone. Wielu w tych krajach gotowych jest zgodzić się z prezydentem Brazylii Luizem Inácio Lula da Silvą, że „kryzys ten wywołali ludzie biali o błękitnych oczach”. O ile światowy kryzys finansowy stał sprawdzianem wytrzymałości jakiegokolwiek modelu rozwoju, to właśnie modelu rynkowego, neoliberalnego, który w gospodarce wyznacza państwu rolę skromną ale akcentuje deregulowanie, własność prywatną i niskie podatki. Nieliczne kraje rozwijające się uznać można za takie, które całkowicie tę koncepcje przyjęły.

A w rzeczywistości na przestrzeni wielu lat przed kryzysem dystansowały się one od tego podejścia. Kryzys finansowy końca lat 1990-tych w Azji Wschodniej i Ameryce Łacińskiej  zdyskredytował cały szereg idei, kojarzonych z tak zwanym „konsensusem waszyngtońskim”, a zwłaszcza te z nich, które dotyczą bezpośredniej zależności od kapitału zagranicznego. Do roku 2008 wiele krajów z gospodarka rozwijającą się, zamknęło drzwi przed zagranicznymi rynkami finansowymi, gromadząc znaczące rezerwy walutowe i tworząc system regulowania własnego sektora bankowego. Tego typu polityka zapewniła ochronę przed globalną zmiennością (ang. volatility- tł) ekonomiczną. Potwierdził to robiący wrażenie wzrost odpowiednich krajów po niedawnym kryzysie: gospodarki rozwijające się demonstrowały lepsze wskaźniki wzrostu, niż kraje kapitalizmu rozwiniętego.

W ten sposób, o ile nawet amerykańska wersja kapitalizmu nie utraciła reputacji, to przynajmniej nie jest już dominującą. W ciągu najbliższych 10 lat kraje z rynkami rozwijającymi się i niskimi dochodami, raczej będą kontynuować wprowadzanie zmian w swoim podejściu do polityki gospodarczej. Porzucą elastyczność i efektywność, kojarzące się z modelem rynku wolnego, na rzecz  wewnętrznej polityki przeciwstawiania się naciskowi konkurencyjnemu i globalnym wstrząsom ekonomicznym. Troską ich stanie się nie tyle swobodny przepływ kapitału, ile minimalizacja niestabilności poprzez programy ochrony socjalnej i bardziej aktywne wsparcie przemysłu narodowego. I mniej jeszcze niż poprzednio skłonne będą one do polegania na doświadczeniu krajów rozwiniętych, całkowicie słusznie uważając, że nie tylko potęga gospodarcza, ale również intelektualna zaczyna się lokalizować bardziej równomiernie.

Fetysz finansów zagranicznych

Jedna z głównych specyfik starego, przedkryzysowego konsensusu ekonomicznego zawierała się  w tezie o tym, że kraje rozwinięte mogą liczyć na znaczącą korzyść ze wzrostu przypływu kapitału zagranicznego. Ekonomista Arvind Subramanian nazwał to „fetyszem finansów zagranicznych”. Idea, że nieograniczony ruch kapitału po całym świecie, podobnie jak i swobodny obrót towarów i usług, czyni rynki bardziej efektywnymi, generalnie odbierana była w kręgach politycznych jako oczywista. W latach 1990- tych USA oraz takie międzynarodowe instytucje finansowe, jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, popychały kredytobiorców z krajów rozwijających się do otwierania swoich rynków kapitałowych dla banków zagranicznych i do rezygnowania z kontrolowania kursu walut.

O ile korzyści z wolnego handlu potwierdzały dokumenty, to przewagi mobilności kapitału na pełną skalę już nie są tak oczywiste. Przyczyny kryją się w fundamentalnych różnicach pomiędzy sektorem finansowym i gospodarką „realną”. Wolne rynki kapitałowe rzeczywiście osiągają efektywną dystrybucję kapitału. Ale duże, powiązane wzajemnie instytucje finansowe, w odróżnieniu od firm produkcyjnych zderzają się z ryzykami, które zdolne są wywierać ogromny negatywny wpływ na pozostałą gospodarkę.

Możliwe, że jednym z paradoksalnych skutków kryzysu finansowego lat 2008- 2009 stanie się to, iż Amerykanie i Brytyjczycy uświadomią sobie ostatecznie prawdę prostą, znaną w Azji Wschodniej już przeszło 10 lat. Tę mianowicie, że otwarty rynek kapitału w połączeniu z nieregulowalnym sektorem finansowym jest bombą z opóźnionym zapłonem. Po zakończeniu kryzysu finansowego w Azji liczni amerykańscy politycy i ekonomiści ponownie zaczęli koncentrować uwagę na szybkiej liberalizacji i forsować ideę „kolejności”, tzn. liberalizacji dopiero po tym, jak stworzony zostanie potężny system regulowania z adekwatnym nadzorem bankowym. Nie zastanawiali się jednak oni nad tym, czy niektóre kraje rozwijające się zdolne są do szybkiego wdrożenia takiego systemu albo jak wyglądać będzie optymalny reżim regulowania. Przeoczyli oni więź wzajemną pomiędzy ich nową ideą a ich własnym przypadkiem, jak również zapomnieli uprzedzić o ogromnym, nieregulowalnym szarym sektorze finansowym, grożącym nadmiernym zadłużeniem, jaki pojawił się w Stanach Zjednoczonych.

W ten sposób pierwszym, oczywistym skutkiem kryzysu, stał się upadek fetyszu finansów zagranicznych. Kraje takie, jak Islandia, Irlandia i państwa Europy Wschodniej, które z dużym entuzjazmem wzięły na siebie brzemię tego fetyszyzmu, szczególnie mocno ucierpiały i czeka je bardzo trudny okres odbudowy. Podobnie, jak w przypadku Wall Street, pewny wzrost, jaki te kraje demonstrowały w latach 2002- 2007 okazał się częściowo iluzoryczny. Świadczył on o dostępności kredytów i wysokim udziale środków pożyczkowych, a nie o istnieniu solidnego fundamentu.

Troska o ochronę  socjalną

Drugi skutek kryzysu finansowego lat 2008- 2009 – to nowe przywiązanie się krajów rozwijających się do przewag rozumnej polityki socjalnej. Przed kryzysem ci, od których zależy podejmowanie decyzji politycznych, skłonni byli umniejszać wagę ubezpieczenia społecznego i programów ochrony socjalnej, preferując strategie, ukierunkowane na efektywność ekonomiczną.

Prezydent amerykański Ronald Reagan i premier Wlk. Brytanii Margaret Thatcher doszli do władzy w końcu lat 1970- tych i na początku 1980- tych na fali krytyki współczesnego państwa socjalnego. Wiele ich uwag krytycznych było w pełni uzasadnionych: państwowy aparat biurokratyczny był w wielu krajach rozdęty i nieefektywny, a w mentalności ludzi utrwaliło się liczenie na otrzymanie należnej pomocy socjalnej. Konsensus waszyngtoński wcale niekoniecznie odrzucał stosowanie polityki socjalnej, ale jego koncentracja na efektywności i dyscyplinie budżetowej prowadziła często do redukowania wydatków socjalnych.

Kryzys ujawnił  jednak niestabilność, właściwą systemom kapitalistycznym- nawet tak rozwiniętym i czołowym, jak w USA. Kapitalizm jest procesem dynamicznym, którego niewinnymi ofiarami stają się regularnie ludzie, tracący pracę albo pozbawiani źródła dochodu. W okresie kryzysu i po nim obywatele oczekiwali, ze ich rządy zapewnią im określony poziom stabilności na tle ogólnej nieokreśloności ekonomicznej. Raczej nie zapomną tej lekcji działacze polityczni w krajach rozwijających się; konsolidacja i legitymizm ich kruchych systemów demokratycznych zależeć będzie od zdolności zapewnienia wyższego poziomu ochrony socjalnej.

Rozpatrzmy reakcję  Europy kontynentalnej w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi. Dotychczas, biorąc pod uwagę kryzys w strefie euro, Europa Zachodnia mniej boleśnie przeżywała odbudowę dzięki bardziej rozwiniętemu systemowi automatycznie działających przeciw kryzysowych wydatków socjalnych, z ubezpieczeniem na wypadek bezrobocia włącznie. Na odwrót, odbudowa gospodarki bez tworzenia nowych miejsc pracy w USA czyni model amerykański, jeszcze mniej atrakcyjnym dla tych, którzy w świecie rozwijającym się podejmują decyzje strategiczne. Zwłaszcza dla tych, którzy podlegają ciśnieniu politycznemu i zmuszeni są poświęcać uwagę potrzebom klasy średniej.

Jaskrawy przykład nowego akcentowania polityki socjalnej zobaczyć można w Chinach. Reagując na szybkie starzenie się społeczeństwa, kierownictwo chińskie walczy o stworzenie nowoczesnego systemu emerytalnego, co oznacza przejście od taktyki tradycyjnej, skoncentrowanej jedynie na tworzeniu nowych miejsc pracy, do wsparcia stabilności socjalnej i politycznej. W Ameryce Łacińskiej te same problemy rozwiązywane są inaczej. Od początku nowego stulecia region skręcił na lewo, po zmęczeniu reformami liberalnymi lat 1990-tych i nowe rządy zwiększyły wydatki na cele socjalne, aby zmniejszyć biedę i nierówność. Wiele krajów, idąc śladem skutecznego przykładu Brazylii i Meksyku, wprowadziło schematy przelewów środków pieniężnych, przeznaczonych dla rodzin biednych (przy czym odbiorcy pomocy powinni wysyłać dzieci do szkoły albo spełniać inne warunki). W Brazylii i Meksyku takie podejście po raz pierwszy od wielu lat sprzyjało wyraźnej redukcji nierówności w dochodach i pomogło obronić najbiedniejsze rodziny przed niedawnym kryzysem.

Oczywiście, problem polega na tym, czy programy tego typu, adresowane do biednych (i dlatego nie wymagające znacznych nakładów finansowych) łatwo zdołają uzyskać długotrwałe wsparcie rosnącej w tym regionie klasy średniej. Oraz jak te i inne rozwijające się gospodarki, w tym Chiny, poradzą sobie z nakładami finansowymi na bardziej uniwersalne programy opieki społecznej, z ochroną zdrowia i emeryturami włącznie. Czy poradzą sobie z rozwiązaniem problemów, związanych z niedofinansowaniem uniwersalnych programów socjalnych- problemów, które stoją teraz przed Europą i Stanami Zjednoczonymi z powodu starzenia się społeczeństwa.

Ręka widoczna

Trzecim skutkiem kryzysu stał się początek nowej rundy dyskusji o polityce przemysłowej- strategii kraju dotyczącej rozwoju określonych sektorów przemysłu, tradycyjnie otrzymujących takie rodzaje wsparcia, jak tanie kredyty, subsydia bezpośrednie ale zarządzanie przez państwo bankami rozwoju. Polityka podobna uznana została za niebezpieczną i nieuzasadnioną w latach 1980-tych i 1990- tych z powodu wspierania nieefektywnych gałęzi przemysłu przy pomocy ogromnych nakładów budżetowych. Lecz kryzys i adekwatna nań reakcja niektórych krajów umocnić mogą przekonanie o tym, że kompetentni technokraci w krajach rozwijających się zdolni są do efektywnego zarządzania udziałem państwa w sektorze produkcyjnym. Na przykład Brazylia, wykorzystała finansowany przez rząd bank rozwoju, aby szybko skierować kredyty do określonych sektorów w ramach pierwotnego programu antykryzysowego, a Chiny zrobiły to samo przy pomocy banków państwowych.

Jednak ta nowa polityka przemysłowa nie jest związana z wyłanianiem zwycięzców lub urzeczywistnianiem dużych przesunięć sektorowych w produkcji. Jej zadaniem jest koordynacja rozwiązywania problemów i usuwania barier, które przeszkadzają przypływowi inwestycji prywatnych do nowych gałęzi i technologii, trudności, z którymi siły rynkowe nie mogą sobie poradzić w pojedynkę. Na przykład, w celu rozwoju innowacyjnej produkcji związanej z szyciem ubrań rządy w Afryce Zachodniej mogłyby zapewnić stałe dostawy tekstyliów albo subsydiować budowę portów, aby uniknąć kłopotów z eksportem. Tym samym, biorąc na siebie część pierwotnych ryzyk finansowych i innych i bardziej systemowo rozwijając infrastrukturę państwową, rządy pomogą inwestorom prywatnym w radzeniu sobie z dużymi nakładami przy organizowaniu produkcji i wdrażaniu innowacji w ponownie pojawiających się sektorach.

Na przestrzeni ostatnich 30 lat instytucje rozwojowe zlokalizowane w Waszyngtonie stały na stanowisku, zgodnie z którym niekompetencja rządu i korupcja stanowią dla wzrostu znacznie większe zagrożenie, niż krach rynku. Czy zmieni się ten punkt widzenia teraz, kiedy kapitalizm w stylu amerykańskim runął ze swojego piedestału? Czy weźmie górę idea, że państwo zdolne jest przejąć rolę bardziej aktywną? Odpowiedź, dla każdego z krajów rozwijających się odrębna zależy od oceny możliwości państwa i ogólnego poziomu zarządzania. Najsurowsza krytyka polityki przemysłowej zawsze dotyczyła aspektów politycznych a nie ekonomicznych, ponieważ podkreślano, że podjęcie decyzji ekonomicznych w krajach rozwijających się nie może być wolne od presji politycznej. Krytycy oświadczali, że politycy będą podtrzymywać kroki protekcjonistyczne nawet po tym, gdy wypełnią one swoje pierwotne zadanie związane z zapewnieniem gwałtownego zrywu przemysłu narodowego. Takie rodzaje polityki przemysłowej, jak zredukowanie zależności od importu i promowanie nowych gałęzi, mimo że później krytykowane były w Waszyngtonie, rzeczywiście sprzyjały osiągnięciu robiącego wrażenie poziomu wzrostu ekonomicznego w latach 1950-tych i 1960-tych w Azji Wschodniej i w Ameryce Łacińskiej. Problem jednak polegał na tym, iż rządy w krajach Ameryki Łacińskiej niezdolne były politycznie do rozszerzenia tego protekcjonizmu, dlatego, że ich przemysł nie zdołał stać się konkurencyjnym na poziomie światowym.

Dlatego technokraci w świecie rozwijającym się powinni uwzględniać aspekty polityczne swojego zamiaru przeprowadzania polityki przemysłowej. Czy istnieje biurokracja wystarczająco kompetentna i niezależna od presji politycznej? Czy wystarczy środków, aby utrzymywać taki kurs? Czy wystarczy sił do podjęcia twardych decyzji, na przykład, aby zrezygnować z decyzji politycznych, które straciły swoją efektywność? Większość pozytywnych przykładów polityki przemysłowej przypada na Azję Wschodnią, gdzie tradycyjnie istnieje potężna biurokracja technokratyczna. Kraje, które nie mają jej w spadku, powinny być bardziej ostrożne.

Zmusić  biurokrację do pracy

Rządy, które postawiły sobie za cel promocję rozwoju przemysłowego i zapewnienie ochrony socjalnej ludności, będą musiały zreformować sektor państwowy. Chodzi o to, że czwartym skutkiem kryzysu finansowego lat 2008-2009, stało się bolesne przypomnienie o tym, co się stanie, jeżeli się tego nie zrobi. W USA organy regulujące nie otrzymały wystarczającego finansowania, nie mogły przyciągnąć pracowników o wysokich kwalifikacjach i zderzały się z przeciwdziałaniem politycznym. Nic w tym dziwnego: doktryna Reagana i Thatcher zakładała, że rynki stanowią akceptowalne zastępstwo dla efektywnego rządu. Kryzys zademonstrował, że rynki nieregulowane albo źle regulowane mogą kosztować bardzo dużo.

Rządy zarówno świata rozwijającego się jak i rozwiniętego z zachwytem obserwowały zadziwiającą zdolność Chin do otrząśnięcia się z kryzysu, u podstaw której leżał twardo zarządzany, od góry do dołu postawiony na baczność mechanizm podejmowania decyzji. Umożliwia on unikanie zahamowań, charakterystycznych dla złożonego procesu demokratycznego. Skutkiem stało się to, że liderzy polityczni świata rozwijającego się wiążą teraz efektywność i możliwości z autokratycznymi systemami politycznymi. Istnieje przy tym wiele niekompetentnych reżymów autokratycznych, na tle których Chiny wyróżnia to, że stanowią one biurokrację która, przynajmniej na wyższym poziomie, zdolna jest do zarządzania i koordynacji przemyślanej polityki. Wśród krajów o niskim poziomie dochodów czyni to z Chin wyjątek.

Stworzenie i utrzymanie efektywnego sektora państwowego- to jeden z najbardziej złożonych problemów rozwoju światowego. Instytucje takie, jak Bank Światowy i brytyjski Departament Rozwoju Międzynarodowego, realizowały programy umocnienia sektora państwowego, promocji odpowiedzialnego zarządzania państwowego i walki z korupcja na przestrzeni ostatnich 15 lat, nie osiągnęły jednak szczególnych sukcesów. Fakt, że nawet regulatory finansowe w Stanach i Wielkiej Brytanii nie zdołały wykorzystać swoich pełnomocnictw, aby dotrzymać tempa szybko zmieniającym rynkom po raz kolejny udowodnił, że efektywny sektor państwowy pozostaje jako aktualne wyzwanie nawet dla krajów najbardziej rozwiniętych.

Dlaczego przy umacnianiu sektora państwowego w krajach rozwijających się udało się  uzyskać nieznaczny jedynie postęp? Problem pierwszy- biurokracja często służy rządom które, w odróżnieniu od idealnego, bezosobowego (odpersonalnionego- tł) aparatu państwowego stanowią koalicję łapówkarzy, działających w swoim osobistym interesie. Zagraniczni inwestorzy zazwyczaj nie dysponują odpowiednimi dźwigniami, aby ich zmusić do zmiany. W niektórych przypadkach jako wyjątek służą takie mechanizmy, jak proces przystąpienia do Unii Europejskiej. Problem drugi polega na tym, że instytucje efektywne powinny rozwijać się w sposób naturalny, odzwierciedlając realia polityczne, socjalne i kulturowe kraju. Rozwój na Zachodzie biurokracji odpersonalnionej (wolnej od ujemnego wpływu jednostki na proces w takiej mierze, w jakiej jest to możliwe) – tł) było produktem procesu długotrwałego i bolesnego, przy czym czynniki zewnętrzne (takie jak konieczność mobilizacji z powodu wojny) odegrały rolę znaczną przy tworzeniu silnych instytucji państwowych (na przykład słynnej biurokracji pruskiej). Instytucje takie, jak nadrzędność prawa, rzadko stają się zdatne do użytku, gdy po prostu kopiują doświadczenia zagraniczne, społeczeństwo powinno wniknąć w ich sedno. W końcu, reforma aparatu państwowego powinna odbywać się równolegle z procesem budowania narodu. Jeżeli w społeczeństwie nie występuje wyraźne uświadomienie sobie tożsamości narodowej i ogólnych interesów państwowych, to każdy pojedynczy człowiek demonstrować będzie większą przynależność do swojej grupy etnicznej, plemienia lub oddanie swoim protektorom.

Ruch ku wielobiegunowości

Po wielu latach historycy z powodzeniem będą mogli określić obecny kryzys finansowy, jako kres amerykańskiej dominacji ekonomicznej w polityce światowej. Ale tendencja zmierzania do świata wielobiegunowego pojawiła się znacznie wcześniej, a krach zachodnich rynków finansowych i ich nieśpieszna odbudowa jedynie przyspieszyły proces. Nawet przed kryzysem, instytucje międzynarodowe, utworzone po II Wojnie Światowej w celu rozwiązania problemów w sferze gospodarczej i bezpieczeństwa, znajdowały się u granic swoich możliwości i wymagały reformowania. MFW i Bank Światowy cierpiały z powodu mankamentów struktury zarządzania, która odzwierciedlała przestarzałe realia ekonomiczne. Poczynając od lat 1990-tych i dalej, w stuleciu, które nadeszło, instytucje systemu z Bretton Woods okazały się zmuszone do udostępnienia większej ilości głosów krajom z gospodarką rozwijającą się, takim jak Brazylia i Chiny. Tymczasem „Wielka siódemka”- elitarna grupa, składająca się z sześciu najbardziej znaczących ekonomicznie demokracji zachodnich i Japonii, pozostawała nieformalnym liderem światowym, gdy sprawy dotyczyły globalnej koordynacji ekonomicznej, mimo pojawienia się innych ośrodków siły.

Ostatecznie kryzys finansowy doprowadził do tego, że G7 utraciła rolę podstawowego koordynatora globalnej polityki gospodarczej i zastąpienia jej przez „Wielką dwudziestkę”. W listopadzie głowy państw G20 zebrały się w Waszyngtonie, aby wypracować globalny program pobudzania gospodarki- od tego czasu spotkanie przerosło w oficjalną instytucję międzynarodową. Ponieważ G20, w odróżnieniu od G7, włącza kraje rozwijające się, takie jak Brazylia, Chiny i Indie, tego typu rozszerzenie koordynacji ekonomicznej stanowi spóźnione uznanie istnienia nowej grupy globalnych graczy ekonomicznych.

Kryzys tchnął także nowe życie w MFW i Bank Światowy, potwierdził ich legitymizm. Przed kryzysem rodziło się wrażenie, że MFW przekształca się w strukturę przeżytą. Rynki kapitału prywatnego zapewniały krajom środki finansowe na korzystnych warunkach, nie uzależniając ich od warunków, które często towarzyszyły kredytom MFW. Fundusz z trudem finansował własną działalność i znajdował się w procesie redukcji personelu.

Sytuacja zmieniła się  w roku 2009, gdy liderzy „dwudziestki” umówili się,  że zapewnią instytucjom systemu z Bretton Woods środki dodatkowe  w rozmiarze 1 biliona dolarów, aby pomóc krajom przeżyć przyszły deficyt finansowy. Brazylia i Chiny weszły w skład donatorów specjalnych funduszy, które w rezultacie pomogły wesprzeć Grecję, Węgry, Islandię, Irlandię, Łotwę, Pakistan i Ukrainę. Zachodnie demokracje prosząc rynki rozwijające się o wzięcie na siebie roli bardziej odpowiedzialnej, przyznały pośrednio, że one same nie są już w stanie poradzić sobie w pojedynkę ze światowymi problemami ekonomicznymi. Ale to, co nazwano „ożywieniem pozostałych” (w odróżnieniu od „upadku Zachodu”- red.) dotyczy nie tylko potęgi ekonomicznej i politycznej. Na przykład, schematy udzielania pomocy pieniężnej na określonych warunkach, po raz pierwszy zostały opracowane i wprowadzone w Ameryce Łacińskiej. W ciągu ostatnich 30 lat Zachód wniósł skromny wkład do myślenia innowacyjnego w polityce przemysłowej. Aby zobaczyć w praktyce modele skuteczne, wystarczy sięgnąć po przykład krajów rozwijających się, a nie świata rozwiniętego. A gdy sprawa dotyczy organizacji międzynarodowych, głosy i idee Stanów Zjednoczonych i Europy coraz mniej dominują. Przy tym kraje z gospodarką rozwijającą się, które stały się dużymi donatorami międzynarodowych instytucji finansowych, zdobywają wagę coraz bardziej znaczącą.

Wszystko to mówi o konkretnych zmianach w programie rozwoju. Tradycyjnie program ten opracowywany był przez świat rozwinięty a następnie wprowadzany (lub, w rzeczywistości, często narzucany) w świecie rozwijającym się. USA, Europa i Japonia w dalszym ciągu pozostają bezspornymi źródłami zasobów i idei ekonomicznych, ale gospodarki rozwijające się wychodzą na tę arenę i staną się dużymi graczami. Brazylia, Chiny, Indie i RPA będą jednocześnie donatorami i odbiorcami zasobów rozwojowych i sposobów najlepszego ich wykorzystania. Znacząca część biednej ludności planety żyje na terytorium tych krajów, udało im się jednak zdobyć szacunek na arenie światowej w dziedzinie ekonomicznej, politycznej i intelektualnej. W rzeczywistości rozwój nigdy nie był czymś, co ludzie bogaci prezentują biednym, raczej ludzie biedni osiągają to samodzielnie. Najwidoczniej mocarstwa zachodnie uświadomiły sobie tę prawdę w świetle kryzysu finansowego, który wcale nie jest dla nich zakończony.

Francis Fukuyama – wiodący pracownik naukowy w Instytucie Badań Międzynarodowych Freeman Spogli przy Uniwersytecie Stanforda

Nancy Birdsall – prezes Centrum Rozwoju Globalnego (Centre for Global Development- Washington DC)

Autorzy są  redaktorami książki “Nowe idee rozwoju po kryzysie finansowym”  (Johns Hopkins University Press 2011) na podstawie której został  napisany ten esej. Opublikowane w Foreign Affairs No2/ 2011. © Council on Foreign Relations, Inc.

Tłum. B.H. Tymiński

Za: http://www.globalaffairs.ru/number/Konsensus-posle-vashingtonskogo-15189

Już nie można komentować tego artykułu.