Samorząd terytorialny w unijnej perspektywie 2014-2020

Dług publiczny którym minister finansów chce obarczyć samorządy terytorialne, stawia pod znakiem zapytania ich aktywną grę o środki finansowe w przyszłej perspektywie unijnej. Co czeka polski samorząd w latach 2014-2020? Odpowiedzieć niełatwo tym bardziej, że kryzys eurozony na południu Europy pokazuje jak dalece Niemcy i Francuzi przeholowali w swych planach. Spróbuję zaledwie zarysować tło, kontekst, i zaproponować modus operandi, abstrahując od patologicznej konstrukcji systemu.

Bruksela to stolica. Stolica Królestwa Belgii oraz siedziba instytucji Unii Europejskiej, NATO, nominalna stolica Flandrii (faktyczną jest Antwerpia) i autonomiczny region stołeczny składający się z 19 gmin. Miasto wbrew pozorom i czynionym wysiłkom pozostaje prowincjonalnym, bez porównania z Londynem, Paryżem, Amsterdamem, do których można dostać się w dwie godziny szybką koleją z dworca Bruxelles-Midi.

-

-

90 procent populacji mówi po francusku, ale miasto jest dwujęzyczne. Realnie rządzą Flamandowie którzy opanowali rynek pracy, rynek nieruchomości i policję. To stary kupiecki naród, który onegdaj dominująco wpływał na politykę Hanzy poprzez Brugię, a pod Courtrai wyrżnął rycerstwo Filipa IV Pięknego.
Belgia rozpada się. To nie tylko Flamandowie którzy utrzymują ten kraj. To również Walonowie, którzy czują poparcie Paryża. Status miasta może w niedalekiej przyszłości zmienić się. I Luksemburg, i Wiedeń – czekają.

Bruksela to około 300 biur regionalnych (samorządowych) z państw członkowskich oraz kilkanaście tysięcy lobbystów zarejestrowanych lub pracujących „na dziko” w imieniu grup branżowych, korporacji, organizacji pozarządowych, oraz dziennikarze ze swoimi sympatiami i antypatiami.

Co roku ma tam miejsce ponad 10 tys. różnego rodzaju wydarzeń. Na terenie tzw. dzielnicy europejskiej skoncentrowanych jest kilkadziesiąt tysięcy osób: pracowników Komisji, Rady, Parlamentu (w tym kilkuset eurodeputowanych) oraz tych którzy usiłują ich nakłonić do przeforsowania swoich racji: wpłynąć na prawodawstwo unijne, pozyskać środki na projekty, uruchomić pożądane programy. Ci wszyscy gracze wchodzą ze sobą we wzajemne interakcje.
Wspólny budżet unijny

to nieco ponad 1 procent PKB państw członkowskich razem wziętych. To małe pieniądze, wziąwszy pod uwagę ambicje i cele jakie UE sobie stawia. Stąd pomysł podatku unijnego. Nie bez kozery Janusz Lewandowski nazywa Unię „budżetowym karłem”.

Fiasko Strategii Lizbońskiej, nieefektywność Polityki Spójności oraz Wspólnej Polityki Rolnej pochłaniających gros budżetu, kryzys ekonomiczny i perturbacje społeczne na zachodzie Europy sprawiają, że płatnicy netto nie pozwolą na utrzymanie dotychczasowej formuły budżetowej.
Duch czasu premiuje tzw. zieloną (ekologiczną) gospodarkę. Dla Polski samorządowej, z jej zacofaną infrastrukturą energetyczną i transportową, oznacza to bardzo poważne problemy. Im samorząd bardziej zadłużony i niezdolny do wygenerowania kwot na wkład własny do projektów, tym bardziej bezbronny wobec wyzwań jakie niesie kolejna perspektywa. Są one związane z kreowaniem w skali całej UE, społecznej gospodarki rynkowej o wysokiej konkurencyjności. To ostatnie oznacza m.in. prymat technologii ekologicznych.
Drastyczny wzrost cen za energię elektryczną jaki wiąże się z pakietem klimatyczno-energetycznym już od 2013 roku, nie pozostawia w tej mierze żadnych złudzeń. Ekoreligianci cały czas forsują obostrzenia. 24 maja br. Komisja ds. Środowiska PE przegłosowała redukcję emisji CO2 z dotychczasowych 20 do 30 procent, do roku 2020. Ich nie interesują konsekwencje społeczno-gospodarcze w czterdziestomilionowej, uzależnionej od węgla, Polsce.

Podstawą współfinansowania

projektów unijnych w perspektywie 2014-2020 mają być programy sektorowe. W obecnej perspektywie (2007-2013) to np. 7 Program Ramowy (badania naukowe, 54 mld euro) czy Life Plus (ochrona środowiska bez infrastruktury, ponad 2 mld). Doświadczenie wykazuje, że są to pieniądze bardzo trudne. 7 PR jest na razie nieosiągalny bez partnerstwa z Niemcami, Francuzami, Brytyjczykami. Life Plus (poprzednio Life) to w Polsce od roku 2002 zaledwie kilka przedsięwzięć.
Zarówno szczupłość unijnych środków finansowych jak i ostra konkurencja ze strony innych samorządów sprawiają, że działania polskiego samorządu w Brukseli muszą opierać się na dwóch zasadach: precyzji w formułowaniu potrzeb oraz aktywności w międzyregionalnych sieciach tematycznych z którymi rozmawia Komisja Europejska. To one są narzędziem ograniczonego, wszakże, wpływu, oraz kanałem użytecznej informacji. O ile kultura polityczna pozwala, można w pewnym zakresie liczyć na eurodeputowanych. Rola Europarlamentu w procesie stanowienia prawa unijnego istotnie wzrosła w Traktacie Lizbońskim.
Samorząd z biednego państwa unitarnego średniej wielkości nie jest w stanie działać samodzielnie. Musi „sieciować” i szukać partnerów do gry z którymi łączy go wspólny interes. Z czasem może pokusić się o inicjatywę zorganizowania sieci o takim czy innym mianowniku programowym, który znajdzie odzwierciedlenie w kompetencjach tej czy innej dyrekcji generalnej (DG) Komisji Europejskiej. Dobra sieć to taka, która ma stałego lidera z tzw. starych państw UE. Np. ECRN to sieć regionów przemysłu chemicznego. Liderem jest Saksonia-Anhalt (Magdeburg). Z kolei RUR@CT to sieć regionów europejskich na rzecz innowacyjności obszarów wiejskich. Liderem jest francuski region Limousin (Limoges).

Można sobie wyobrazić, że pięć województw Polski wschodniej (podkarpackie, świętokrzyskie, lubelskie, podlaskie i warmińsko-mazurskie), zamiast planować postulaty pod adresem Rady Europejskiej, co jest następnie przyczyną interpelacji poselskich jako działanie potencjalnie niebezpieczne dla unitarnego charakteru państwa (tzw. Forum Brukselskie Domu Polski Wschodniej w Brukseli), wchodzi in gremio do RUR@CT i mają one swój wpływ na środki finansowe UE kierowane na obszary wiejskie, które w Polsce wschodniej dominują.

Można sobie również wyobrazić sytuację, w której kilka miast o specyficznym, jednorodnym charakterze (np. ośrodki postCOP-owskie), będąc w jednej sieci, może poważnie zaważyć na jej działaniach i wpłynąć na prawodawstwo unijne w takim czy innym aspekcie. Inicjatywa w tym względzie bardzo się opłaca – rośnie znaczenie takich miast na arenie europejskiej. W konsekwencji, tak kreowany wizerunek korzystnie wpływa na kapitał miasta. Jest to realne narzędzie promocji.

Dyrekcje generalne Komisji Europejskiej

ogłaszają raz do roku lub częściej, w oparciu o roczny plan działania, wezwanie do składania wniosków (ang. call for proposal, franc. appel á proposition). Po to, aby przygotować dobry wniosek, trzeba śledzić prace DG, trzeba mieć świadomość trendów jakie dominują, oraz – co wiemy już od lat – środki na wkład własny i zespół ludzi którzy potrafią niekiedy w dość krótkim czasie przygotować wniosek, a następnie go rozliczyć.

Regiony i municypalia głównie z Europy zachodniej, z natury rzeczy lepiej przygotowane do gry o unijne pieniądze, lepiej poinformowane, rozsyłają za pośrednictwem swoich biur brukselskich tzw. partner search, szukając partnerów do projektów.

Trendy o których mowa, trudno ze stosownym wyprzedzeniem rozpoznać przy pomocy internetu. Trzeba być na miejscu i spotykać się z miarodajnymi eurokratami. Bywać na niezliczonych konferencjach, seminariach, pracować w grupach roboczych sieci międzyregionalnych, wsłuchiwać się w obrady komisji Europarlamentu, itp, itd. Krótko: trzymać rękę na pulsie. To oznacza koszty, na które polscy samorządowcy są bardzo wyczuleni, a które w porównaniu z kwotami jakie na brukselskie biura łożą samorządy z państw zachodnioeuropejskich, nie mówiąc już o lobbingu branż i korporacji, wydają się śmieszne. Pracownik biura w Brukseli pod żadnym pozorem nie może się zachowywać jak urzędnik, który schlebia swoim przełożonym, zgodnie z bizantyjskim zwyczajem. Zadaniem biura jest przekazywać informację z całym, nieprzyjemnym często kontekstem, oraz brać czynny udział w pracach przeróżnych gremiów, forsując pożądany punkt widzenia.

W gruncie rzeczy wszystko zależy od intencji samorządu: czy mentalnie i finansowo stać go na realne funkcjonowanie w kontekście unijnym, na politykę długofalową, na aktywność w sieciach i budowanie na tej podstawie relacji bilateralnych, czy też nie, i ogranicza on aktywność w Brukseli do „krzątaniny organizacyjnej” oraz tzw. promocji, najczęściej nie wychodzącej poza utarty schemat. Ta świadomość oznacza również konkretną pozycję zarówno w budżecie rocznym samorządu, jak i w strategii rozwoju.

Ale przecież interesy polskich samorządów w kontekście międzynarodowym nie kończą się na Brukseli z jej klientyzmem. Jeśli samorząd wojewódzki lub stowarzyszenie samorządów terytorialnych nie jest w stanie wygenerować środków własnych na projekty unijne w ramach programów jakie rysują się w perspektywie 2014-2020, jeśli nie potrafi zdobyć się na kreowanie trendów (zarówno w kraju jak i na forach unijnych) w celu uruchomienia pożądanego programu, to za porównywalne pieniądze niezbędne do utrzymania biura w Brukseli, można uruchomić jednoosobową misję gospodarczą w zaprzyjaźnionym regionie Europy zachodniej. To samo można zrobić na wschodzie, gdzie np. Finowie uprawiają w sąsiednim Sankt Petersburgu – rosyjskim centrum naukowo-technologicznym – skrojoną na własną miarę, „wokulszczyznę”. Europa nie kończy się na brukselskich gabinetach, a świat nie kończy się na Europie.
Marek Bednarz

bem@autograf.pl

Autor był w latach 2007-2009 dyrektorem Biura Regionalnego Województwa Podkarpackiego w Brukseli.

Już nie można komentować tego artykułu.