Powrót na Dolny Śląsk (2)
Mam tylko dwa dni na zwiedzenie okolic Polanicy – wybór jest trudny, bo miejsc godnych zobaczenia jest multum. Widziałem kiedyś opracowanie na temat potencjału kulturowego poszczególnych województw w Polsce. Dolnośląskie było w samej czołówce – nasycenie zabytkami jest większe jedynie w Województwie Małopolskim. I rzeczywiście, rzut oka na mapę turystyczną Kotliny Kłodzkiej potwierdza to w całej rozciągłość – zwiedzania jest tutaj na tydzień albo dwa. Ja muszę jednak wybierać. Po krótkiej analizie decyduje się na Paczków i klasztor cystersów Henrykowie.
Odpalam swojego Volkswagena i jadę w kierunku Kłodzka. To miasto zostawiam na deser, na jutro, nawet nie wjeżdżam do centrum, bo z drogi nr 8 skręcam w prawo a potem na rondzie w lewo na drogę nr 46 prowadzącą do Nysy. Jechałem tutaj jadąc po raz pierwszy z Warszawy. Tuż za Kłodzkiem droga zaczyna stromo wznosić się w górę, ale i tak zaraz musimy hamować i stać, bo trwa gruntowny remont tej trasy. Temat dróg w Dolnośląskiem to osobny problem – narzekają wszyscy. Kiedy podczas jednej z rozmów w Polanicy mówię: „Ale przecież Dolnośląskie to jedno z najbogatszych województw w Polsce, jako jedyne, obok Mazowieckiego, płacące tzw. janosikowe”, moi partnerzy reagują ostro: „Ale my z tego nic nie mamy. Owszem, korzysta Wrocław, ale nie my. Żeby dostać się do Warszawy, potrzeba całego dnia, trzeba się wręcz przebijać”. Musze przyznać im rację – podróż z Warszawy do Kotliny Kłodzkiej to nieraz szkoła przetrwania. Dopiero po jednej takiej jeździe opracowałem trasę o 100 km dłuższą, ale za to taką, którą jednak się jedzie – na autostradę A 4, potem szybko do Katowic, tam skręt w lewo na trasę S 1 i do Siewierza. I tu jest moment decydujący – za żadne skarby nie można jechać przez Częstochowę i Tomaszów Maz., trwa tam gigantyczna budowa trasy S 8. Dlatego mój plan jest prosty – w Siewierz skręt na Zawiercie a stamtąd drogą na Jędrzejów i Kielce-Radom. Jedzie się nieraz o połowę krócej.
Polskie Carcassonne
Te rozmyślania na temat stanu polskich dróg przerywa drogowskaz nakazujący skręt z drogi nr 46 do Paczkowa. Nigdy nie byłem w tym miasteczku, ale sporo o nim czytałem, oglądałem zdjęcia. Polskie Carcassonne – tak jest reklamowane. Ponoć to najlepiej zachowany zespół murów obronnych wokół średniowiecznego miasta. Tylko dlatego tam jadę, bo jak się zdaje nic bardziej atrakcyjnego tam nie ma. Udaje mi się wjechać prawie na rynek – przez Bramę Kłodzką. Parkuję jednak tuż przed nim na ul. Narutowicza. Jeśli już mowa o nazwach ulic, to z ciekawości zawsze analizuję ten problem – można przy tej okazji z dużym prawdopodobieństwem określić barwę polityczną władz samorządowych. Jak to wypada w Paczkowie? Myślę, że koledzy z IPN nie byliby zachwyceni. Co prawda większość głównych ulic ma nazwy „neutralne”, pewnie istniejące też w PRL (Sienkiewicza, Kopernika, Wojska Polskiego, Staszica, Pocztowa, Młyńska), ale parę jest wybitnie politycznych: gen. Aleksandra Zawadzkiego, Ignacego Daszyńskiego, Robotnicza. Wniosek jest jeden – rewolucji w nazewnictwie nie było, a miastem rządzi (albo do niedawna rządziła) lewica.
Kiedy spoglądam na układ ulic i rynku odnoszę wrażenie, że widziałem takich miseczek już wiele. Kojarzy mi się najbardziej z jednym, które opisywałem rok temu w MP – z Trzebiatowem na Pomorzu Zachodnim. To jest wręcz kopia tamtego. Tylko kościół farny pw. Św. Jana Ewangelisty stoi w innym miejscu niż w Trzebiatowie, ale z punktu widzenia architektonicznego właściwie w tym samym, tylko po przeciwnej. Kościół robi rzeczywiście wrażenie swoim ogromem, problem w tym, że jest zamknięty na cztery spusty. Potem wyczytałem w informatorze, że Paczków to jednak nie tylko mury. To ponoć najsłynniejszy kościół warowny w Europie Środkowej. Zaczął być budowany w 1350 roku, a ufortyfikować go nakazał biskup Przecław z Pogorzeli w obawie przed… Turkami. N starych rycinach przedstawiających Paczków kościół góruje nad miastem nie tylko potężną sylwetką, ale i bardzo wysoką wieżą. Teraz jest ona chyba o połowę krótsza niż w wiekach średnich. Okazuje się też, że wewnątrz znajdują się rzeźby dłuta Wita Stwosza! Szkoda, że nie mogę tego zobaczyć.
Śladami husytów
Ale jednak to mury obronne są główną atrakcją. Obchodzę je od strony Bramy Kłodzkiej, w kierunku Bramy Nyskiej i dalej Wieży Wrocławskiej. Długość murów to 1200 metrów, zachowały się rzeczywiście prawie w całości. Tak jak wszędzie w tego typu przypadkach obecnie toną w zieleni. Takie małe Planty paczkowskie. Kiedy pełniły funkcje obronne nie rosło tu nic, była fosa a potem puste pole, tak żeby było łatwo dostrzec wroga i skutecznie go razić. Z tego względu te mury nie robią takiego wrażenia, jak przed wiekami. Muszę wytężać wyobraźnię, żeby widzieć w nich średniowiecze. Czy te mury obroniły miasto? Nie bardzo. Już w 1428 roku zdobyli je husyci, plądrując i paląc. Ci husyci pojawiają się w dziejach miast, wsi i klasztorów na Śląsku prawie wszędzie. Wspomnę jeszcze o tym. Przynosili śmierć i zniszczenie. Kiedyś fascynowałem się husytami – wszak walczyli z niemczyzną, a w latach 1433-1434 wsparli Polskę w wojnie z Zakonem, a ich posiłkowe wojska doszły… aż do Gdańska. Tam po raz pierwszy ci wojownicy wiedzieli morze. Pisał Jan Długosz: „Wszystko wojsko, tak konne jako i piesze, rzuciwszy się w bród morski jak tylko mogło najgłębiej, po falach wyprawiało sobie gonitwy; harcowali jedni z drugimi, i przez długi czas bawili się taką igraszką. Wielu zaś spomiędzy Czechów nalewało wodę morską w flaszki, i zaniosło ją potem do swoich, na pamiątkę tak dalekiej wyprawy”. Wcześniej, wziąwszy do niewoli obrońców krzyżackiego Tczewa, surowo ukarali swoich zaciężnych rodaków. Spalili ich na stosie za to, iż „przeciw własnemu narodowi dawali pomoc Niemcom, i przyszli do Prus najemniczym orężem wojować z królem polskim i Polakami, którzy dla wspólności języka zawsze byli Czechom przychylni”. A więc niby nasi sojusznicy, tyle że pozostawiali po sobie zgliszcza – wystarczy poczytać kronikę opactwa cystersów w Oliwie.
Czas na jakieś wydawnictwa o Paczkowie, to mnie zawsze interesuje. Wstępuję więc do księgarni na Rynku. Wewnątrz sprzedawczyni i jakiś młody jegomość perorują w najlepsze. „No wie pani, co oni wyrabiają, zamiast zakazać wjazdu samochodów na Rynek, to nic nie robią. Wybrali ich w wyborach a oni tylko o sobie myślą”. Aha, tematy codzienne, narzekanie na władze. To jest polski standard. Jak jest z rządzeniem w Paczkowie – nie mam pojęcia, bo trzeba by tu pomieszkać. Mnie interesują wydawnictwa. „Nie mamy, ale pójdzie pan do Domu Kata, tam jest punkt informacji turystycznej”. „A gdzie to jest?” – pytam. „Prosto, a potem w Wojska Polskiego do góry”. No jasne, pewnie tam dotrę bez problemu, tyle tylko, że w księgarni jednak coś powinno być. Rok temu w Trzebiatowie bez problemu kupiłem kilka wydawnictw na temat historii miasta i regionu właśnie w księgarni. Doczołguję się do tego Domu Kata. Wewnątrz panienka, owszem sympatyczna, ale tu też nic nie można kupić. Mogę tylko obejrzeć zarys historii miasta. „No to gdzie to można kupić?” – pytam. „Pójdzie pan w kierunku Wieży Wrocławskiej, tam jest w pobliżu kiosk, mogą tam mieć”. Dobra, idziemy. Przechodzę przez tę bramę zwaną Wieżą Wrocławską i moją uwagę przekuwa pomnik stojący naprzeciwko kiosku. Podchodzę i jestem mimo wszystko zaskoczony. Na obelisku wielki napis „Zwycięstwo – Wolność – 1945”, a poniżej „Wyzwolicielom – społeczeństwo Paczkowa”. Monument raczej zadbany. Jednak, jak sprawdziłem na stronie internetowej miasta, informacji o nim nie ma, jest za to o pomniku Armii Krajowej. A więc nie wiem już, czy rządzi tutaj lewica, skoro wstydzą się tego pomnika. Mniejsza o to. Pani w kiosku szuka przez chwilę interesującej mnie książki, i mówi: „Nie mam już, niech pan idzie do ratusza, tam przy wieży jest punkt sprzedaży, pewnie mają”. Jestem mimo wszystko uparty. W wieży siedzi para emerytów sprzedających bilety na taras widokowy, grają w karty. Hurra! Mają tę historię miasta – ostatni egzemplarz.
Na szlaku cystersów
Po tych poszukiwaniach nie mam już wielkiej ochoty na dalsze zwiedzanie, poza tym jest upał, czas więc na odjazd. Drogą nr 383 jadę na północ, przez Ziębice w kierunku klasztoru cystersów w Henrykowie. Prawie każdy uczeń w Polsce musi się uczyć coś o „Księdze Henrykowskiej”. Ale co to jest, i jakie ma znaczenie – wie już niewielu. Ja także muszę odświeżyć sobie pamięć. Kilka tygodni wcześniej pan Leszek Więckowski z firmy Wersus-Nauka w Ziębicach podarował mi pięknie wydany egzemplarz „Księgi Henrykowskiej”. Krótka notka encyklopedyczna: „Liber fundationis claustri sanctae Mariae Virginis in Heinrichow” (Księga założenia klasztoru świętej Marii Dziewicy w Henrykowie, także: Księga Henrykowska) – stustronicowa spisana po łacinie kronika opactwa cystersów w Henrykowie na Dolnym Śląsku. Jej autorem jest Piotr, opat klasztoru. Powstała początkowo jako spis dóbr klasztornych (w celu wyjaśnienia praw klasztoru do nich), w związku z niestabilną sytuacją (także prawną) po najeździe mongolskim w 1241”. Prócz wartości czysto informacyjnych słynie ta księga w Polsce z jednego – zapisano tam pierwsze zdanie w języku polskim. Jest to zdanie wypowiedziane przez czeskiego chłopa Boguchwała ze wsi Brukalice do żony Polki: „day ut ia pobrusa, a ti poziwai” (czyli: „Daj, ja będę mełł, a ty odpoczywaj”). Językoznawcy nie są zgodni co do tego, czy to zdanie nie jest jednak bardziej po czesku niż po polsku, jednak wówczas, w XIII wieku, języki polski czeski były bardzo spokrewnione. Możemy więc uznać, że jest to zdanie po polsku, a na pewno po słowiańsku.
Na Śląsku jest wiele zabytków praktycznie w ogóle nie związanych z polską historią. Bo od XIII-XIV wieku Śląsk zaczął się bardzo szybko niemczyć. Jednak w czasie, kiedy powstawał klasztor w Henrykowie (1222-1227), Śląsk był jeszcze na wskroś polski. I „Księga Henrykowska” jest tego dowodem. Nie chodzi tutaj tylko o to cytowane zdanie, ale także o nazwy wsi będących własnością klasztoru: Bierzyn, Miszkowice, Nowy Dwór, Brukalice, Wilamowice, Czesławice. To jest na pewno miejsce ściśle związane z naszą historią.
Jeszcze kilometr i dojadę. Ledwie dostrzegam spory parking po prawej stronie drogi, tuż przed wjazdem do wsi Henryków. Na parkingu tylko kilka samochodów. Upał niemiłosierny, szukam więc jakiegoś miejsca w cieniu – daremnie. No cóż, wóz musi postać na słońcu. Uderza mnie cisza i brak turystów. Na starej, zamkniętej bramie wjazdowej, ale nie głównej, plan klasztoru i informacja, że zwiedzanie jest możliwe tylko w soboty w godzinach 12.00 i 14.00 oraz w niedziele o 11.00, 14.00 i 16.00. Chodzi rzecz jasna o zwiedzanie wnętrz budynku dawnego klasztoru. No tak, przecież to nie jest muzeum, tylko funkcjonujący klasztor. Znajdują się tutaj następujące instytucje: Metropolitalne Wyższe Seminarium Duchowne Annus Propedeutcus w Henrykowie, Katolickie Liceum Ogólnokształcące, Ojcowie Cystersi i Dom Opieki św. Jadwigi Śląskiej. Zwiedzania wnętrz nie ma, ale wejść na teren można. Przechodzę prze bramę parkową i polną drogą, wśród cienia drzew – zbliżam się do budynku klasztoru. Po lewej, za murem, Ogród Opacki, zamknięty dla zwiedzających. Pewnie piękny, jak inne. Obszar zajmowany przez klasztor jest spory. Pewnie na początku, w wieku XIII, taki nie był. Architektura, jaka teraz dominuje to barok, po średniowieczu zostały pewnie fundamentu i część murów. A właśnie wtedy ten klasztorny ośrodek odegrał rolę największą. Bo cystersi prowadzili przede wszystkim działalność gospodarczą, będąc źródłem postępu w rolnictwie i hodowli.
Husyci i Szwedzi w klasztorze
Już po powrocie z eskapady, czytam marnie wydane, ale merytorycznie dobre opracowanie niemieckiego autora Thomasa Konietznego (Koniecznego) pt. „Klasztor Henrykowski”. Oczywiście o znaczeniu dla Polski samego klasztoru i „Księgi Henrykowskiej” – ani słowa. Ale cóż się dziwić – opracowanie powstało w 1927 roku, w 700. rocznicę przyjazdu tutaj pierwszych braci zakonnych. A w 1927 roku Śląsk był prawie w 100 procentach niemiecki. Autor pisząc więc o początkach klasztoru używa terminu „kraj śląski”, a nie np. „Śląsk, dzielnica Polski”. Nie wspomina także o pochodzeniu książąt śląskich. Wydano to właśnie opracowanie, bo ponoć literatura polska dotycząca klasztoru jest „mało znana” i „w większości nie opracowana”. No, nie do końca tak. Polska literatura na temat powstania klasztoru w Henrykowie jest wcale bogata, by wspomnieć prace J. Mularczyka, czy legendarną już biografię Henryka Brodatego autorstwa niezapomnianego prof. Benedykta Zientary („Henryk Brodaty i jego czasy”), gdzie kompetentnie wyjaśnił niuanse polsko-niemieckie na Śląsku w wieku XIII. Nie zaprezentowanie we wstępie do pracy Konietznego polskiego stanowiska jest czymś niezrozumiałym i niepokojącym. „Gazeta Ziębicka”, która wydała tę pracę poszła więc po najmniejszej linii oporu.
Wracajmy jednak do zasług cystersów. Konietzny pisze tak: „Zasługi szarych „nosicieli habitów” z Henrykowa przy zagospodarowaniu kultury Śląska są nie przemijające. Ich światowy, zasadniczy cel wiązał się właśnie w zagospodarowaniu w dużej części pokrytej lasami i bagnami naszej ojczyzny. W pocie czoła przesadzali i karczowali mnisi gęste lasy, „otwierali” tę ziemię orząc ją lemieszami i rąbali ostępy leśne oraz przygotowywali pod uprawę, uzyskując bogate plony z upraw, przemieniali pustkowia w płodne pola i wprowadzali kulturę rolną. Przez zagospodarowanie ziemi i przez własną pracę, uzyskiwali z tej ziemi jej płody i jedli ów ubogi chleb. Henryków był ogromnym punktem gospodarczym. Tu zajmowano się rolnictwem, hodowlą bydła, hodowlą owiec, ogrodnictwem i sadownictwem”. Celnie i barwnie opisane, choć fragment o „naszej ojczyźnie” brzmi tu fałszywie. Akurat w pionierskich czasach wieku XIII na pewno nie była to jeszcze „nasza [czyli niemiecka] ojczyzna”.
Dalsze dzieje klasztoru były równie burzliwe jak w czasie najazdu mongolskiego w 1241 czy później, kiedy buszowali tu husyci – spłonęły wówczas bezcenne księgi znajdujące się w klasztorze. Prawdziwą plagą była jednak wojna trzydziestoletnia (1618-1648). Okazuje się, że plądrowali i kradli nie tylko protestanci, ale i katolicy. Oddajmy raz jeszcze głos Konietznemu:
„W 1636 roku Szwedzi zrabowali zupełnie klasztor i zabrali do tego jeszcze 15 koni. W 1639 r. pojawiły się zaś wrogie oddziały z armii szwedzkiego generała Banner pod dowództwem pułkownika Stahlhantscha i także plądrowały to miejsce. Szwedzki generał Wittenberg zatrzymał się tutaj w 1645 r. z armią ok. 20 000 ludzi na nocleg przed klasztorem. 7 regimentów jeźdźców rozłożyło się w klasztorze i w okolicznych domach jak w kwaterach. Przy takiej sposobności został klasztor w niewiarygodny sposób spustoszony. Wszystkie drzwi, wszystkie sprzęty kuchenne, meble, wszystkie wrota od stodół były spalone, całe zboże posłużyło jako pasza dla koni i zostało roztrwonione. Od 1642-1646 zostały zrabowane 32 konie, zniszczone stawy rybne, spustoszone pola, stada bydła, a wszystkie „zwierzęta piórze” zabite albo zrabowane. W 1647 roku, pozwolił cesarski generał Montecuculi ze swojego wolnego korpusu ok. 500 ludziom powrócić do klasztoru, a to, co jeszcze nie było spustoszone, całkiem zniszczyć. „O jak wiele razy przychodzili tutaj wszyscy, że teraz ja nie mam ani kawałka chleba”, skarżył się opat z Henrykowa w czasie tych „szturmów” na klasztor”.
Kiedy to wszystko czytam i oglądam nad wyraz dzisiaj spokojne miejsce jakim jest Henryków i senne okoliczne wsie – nasuwa mi się taka refleksja. Nie ma miejsca w Europie, które można by określić jako całkowicie bezpieczne i szczęśliwe. Historia Europy pełna jest takich wydarzeń jak te opisane powyżej. I nie tylko polskie ziemie, jak nam się nieraz wydaje – były dotknięte wojnami, rzeziami, rabunkami i pożarami. To był los całej Europy – także tego wydawać by się mogło spokojnego miejsca na ziemi.
Jak już wspomniałem, do środka nie wszedłem, widziałem jednak coś niecoś, kiedy wezwana przez ojca zakonnego przy furcie pani – zaprowadziła mnie kiosku z książkami. Musieliśmy przejść ładnych parę metrów korytarzami klasztornymi. Kiedy po południu dzieliłem się z panem Leszkiem Więckowskim swoimi wrażeniami – stwierdził: „Panie Janku, trzeba mi było powiedzieć, ja mam tam znajomego dyrektora, weszlibyśmy, gdzie pan by chciał”. Nic straconego – na pewno tu jeszcze wrócę. Bo warto.
Jan Engelgard
Nr 31-32 (31.07-7.08.2011)







In English
по русском языке




