Regionalizacja jako instrument likwidacji państw narodowych

Uchwalona w 1998 roku ustawa o samorządzie terytorialnym w opinii jej inspiratorów miała na celu zwiększenie roli samorządności i odciążenie państwa w jego roli organizatora życia zbiorowego. Decentralizacja miała na celu odejście od modelu państwa, jaki obowiązywał przed 1989 rokiem. Cele te, z punktu widzenia czysto merytorycznego, nie są kontrowersyjne i żadna z sił politycznych ich nie kwestionowała. Problem polegał na tym, że za tymi hasłami ukryta była od samego początku idea regionalizacji, zgodnie z którą decentralizacja jest tylko instrumentem na drodze do celu zasadniczego – budowy Europy Regionów na gruzach państw narodowych.

Innym, często ukrywanym oficjalnie, celem animatorów tej ustawy było dostosowanie podziału administracyjnego Polski do podziału administracyjnego Niemiec. Prof. Witold Kulesza, autor ustawy i jej główny propagator, przekonywał, że chodzi o utworzenie województw-regionów, które „będą silne ekonomicznie i zdolne do prowadzenia samodzielnej polityki regionalnej”. Chodziło zwłaszcza o to, by stworzyć jednostki administracyjne mogące stać się partnerem dla niemieckich landów. Dla osiągnięcia tego stanu konieczne stało się zlikwidowanie struktury wojewódzkiej utworzonej w wyniku reformy administracyjnej w 1975 roku. Przywrócenie powiatów miało z kolei złagodzić następstwa tejże likwidacji, ale od samego początku było jasne, że powiaty to jedynie rozsadnik dotychczasowej struktury administracyjnej. Ponieważ celów tych nie ukrywano, cała koncepcja spotkała się z silną opozycją. Np. Adam Struzik, wówczas senator PSL, pisał: „Wprowadzenie powiatu miałoby doprowadzić w konsekwencji do państwa regionalnego. Oznaczałoby to, niezależnie od deklarowanych obecnie tendencji, ustawodawczą i ekonomiczną autonomizację regionów oraz podział kraju na kilka dużych ośrodków. Nasze historyczne doświadczenia nakazują nam większą dbałość o wzmocnienie integralności państwa polskiego ze względu na jego otoczenie polityczne”. Opinię te podzielała prof. Józefina Hrynkiewicz: „Regionalizm w Polsce nie należy do szczególnie cenionych wartości politycznych. Polska jest krajem unitarnym. W polskiej tradycji politycznej dążenie do autonomii i niezależności regionów traktowane było jako wyraz tendencji separatystycznych, przedkładania interesów patrykularnych nad ogólnonarodowe i państwowe, jako wyraz sobiepaństwa i prywaty”.

-
-

Ustawa, mimo sprzeciwu wielu środowisk, została jednak przeforsowana, choć liczba województw samorządowych uległa zwiększeniu w porównaniu z planami lobby regionalistycznego. Powstało bowiem 16, a nie 10-12 województw. Zwolennicy regionalizacji Polski dokonali pierwszego kroku na drodze do realizacji swoich celów. Warto bliżej przyjrzeć się tej koncepcji, zarówno od strony czysto ideologicznej, jak i praktycznej. Jest to tym bardziej pilne, że w Europie decydują się obecnie losy przyszłego kształtu Unii Europejskiej. Na podstawie dotychczasowej dyskusji, jak i analizując kierunek ewolucji Unii Europejskiej – można sformułować wniosek, ze lobby regionalistyczne uzyskuje z roku na rok coraz większe znaczenie i zyskuje dla swoich koncepcji coraz większe poparcie. Idea Europy Regionów ma oficjalne wsparcie rządu Republiki Federalnej Niemiec oraz Komisji Europejskiej. Nie oznacza to wszakże, że walka o kształt Europy pomiędzy zwolennikami Europy Państw a zwolennikami Europy Regionów – jest już definitywnie rozstrzygnięta na korzyść tych drugich. Tym większe znaczenie ma w tej chwili stanowisko Polski. Jasne opowiedzenie się po stronie koncepcji Europy Suwerennych Państw Narodowych jest nakazem polskiej racji stanu. Jednak w różnych wypowiedziach polityków polskich zaczęły się pojawiać w ostatnich latach głosy na rzecz Europy Federalnej, czyli Europy Regionów. Przykładem tego typu opinii są wypowiedzi ministra spraw zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza i minister Danuty Huebner. Niepokojące jest to, że wystąpienia te nie spotkały się z odpowiedzią innych polityków, w tym premiera. Zostały więc milcząco przyjęte do wiadomości, a milczenie oznacza wyrażenie zgody.

Idea regionalizmu

Regionalizm to ideologia, której zasadniczym celem jest podważenie idei państwa narodowego, ukształtowanego ostatecznie w wieku XIX. Państwo narodowe, wedle koncepcji zachodnioeuropejskiej, jest instytucją mającą na celu organizację życia zbiorowego narodów, jest narzędziem w rękach narodów. W języku politycznym na Zachodzie funkcjonuje zbitka pojęciowa państwo-naród (L`etat-nation). Oznacza ona całkowitą jedność między narodem (rozumianym tam nie jako wspólnota etniczna, lecz polityczna) a państwem. Państwo narodowe jest więc instytucją polityczną wykraczającą poza podziały narodowościowe, językowe, kulturalne, czy regionalne. Klasycznym państwem narodowym tego typu jest Francja, ukształtowana w wieku XIX w wyniku oddziaływania idei rewolucji francuskiej, ale także (od drugiej połowy XIX wieku) idei narodowej (w wieku XX najbardziej reprezentatywny jest tu gaullizm). Państwem narodowym tego typu jest także Hiszpania, obejmująca swoimi granicami krainy kiedyś samodzielne pod względem politycznym i językowym (Katalonia).

Regionaliści od samego początku głoszą tezę, że państwo narodowe jest nie tyle instytucją będąca narzędziem realizacji celów poszczególnych narodów, lecz instytucją zniewalającą te narody, narodowości i jednostki. Posługując się hasłami wolnościowymi, regionaliści głoszą postulat „wyzwolenia” ludzi spod ucisku państwa narodowego. Ma to się dokonać poprzez zbuntowanie obywateli przeciwko własnym państwom. Ten bunt związany jest ściśle z propagowaniem innej, niż narodowa, świadomości – obywatelskiej, regionalnej, etnicznej, kulturowej. W tym celu najbardziej znaczące zadanie otrzymują narodowości zamieszkujące poszczególne państwa narodowe. We Francji są to Bretończycy, Alzatczycy, Sabaudczycy, Prowansalczycy, Baskowie. W Hiszpanii są to przede wszystkim Katalończycy, a w Wielkiej Brytanii Szkoci, Walijczycy i Irlandczycy. Regionaliści dążą więc do zbuntowania narodów lub wspólnot etnicznych, które nie mają w tej chwili własnych państw, przeciwko państwom, w których zamieszkują.

Czołowy ideolog regionalizmu, Szwajcar Denis de Rougemont (1906-1985) pisał: „Przeszkodą dla powstania jakiegokolwiek związku łączącego Europę, a więc powstania wszelkiej unii federalnej, jest niewątpliwie Państwo Narodowe, takie, jakiego model stworzył Napoleon, ze względu na możliwość wojny w pełni scentralizowane (…) Co mianowicie oznacza powstanie Państwa Narodowego? Jest to poddanie całego narodu albo grupy narodów podbitych przez jeden spośród nich, absolutnej władzy państwa. Jest to zamysł, aby na jednym obszarze, zakreślonym przebiegiem wojen i nagle nazwanym „świętą ziemią ojczystą”, współistniały ze sobą rzeczywiste, zupełnie odmienne od siebie byty, których żadne powody nie skłaniają do posiadania wspólnych granic, a także języka, gospodarki, statusu obywatelskiego”. Jak widzimy, dla autora tych słów Państwo Narodowe to monstrum zniewalające jednostki i grupy etniczne. Jednak najbardziej niebezpieczne w tym toku myślenia jest coś innego – to teza, że granice współczesnych państw są nie tylko sztuczne, ale w dodatku ustanowione siłą. Teoretycznie rzecz biorąc jest w tym cząstka prawdy, ale jeśli nawet się z tym zgodzimy, to trudno zaakceptować wniosek o pilnej konieczności ich rewizji. Granice państw narodowych są wynikiem procesu historycznego, są od lat spokojne, dlatego próba zburzenia status quo terytorialnego jest niebezpieczna.

Nienawiść do instytucji Państwa Narodowego idzie tak daleko, że Rougemont odrzucał nawet ideę konfederacji tychże państw. Pisał: „Ktoś może powiedzieć, że niesłusznie wyostrzam sprzeczność pomiędzy Państwem Narodowym a federacją, sprowadzając ją do dylematu: władza albo wolność, pojmowanych jako cele zjednoczenia. Nie sądzę jednak, aby dało się utrzymać istnienie jakiejś trzeciej drogi. Nie wierzę w tę „potężną konfederację”, o której mówił generał de Gaulle, a która składałaby się z Państw Narodowych, zazdrośnie upierających się przy pretensjach do absolutnej suwerenności. Nie wierzę w takie Towarzystwo Przyjaciół składające się z mizantropów. Wierzę natomiast w konieczność dekompozycji naszych Państw Narodowych. Albo raczej w konieczność ich odrzucenia, zdemistyfikowania ich sakralności; ich granice powinny być przepuszczalne jak sito, te granice na ziemi, pod ziemią i w powietrzu powinny być zakwestionowane i przy każdej okazji należy wykazywać, jak są absurdalne”.

Odrzucenie koncepcji gen. Charlesa de Gaulle`a jest bardzo charakterystyczne dla wszystkich regionalistów – był to dla nich wróg numer 1. W tym miejscu trzeba jeszcze raz przypomnieć, że de Gaulle nie był twórcą idei Europy Ojczyzn i nigdy nie używał tego terminu, co z uporem mu się przypisuje. De Gaulle, który chyba najwcześniej ze wszystkich dostrzegł niebezpieczeństwo regionalizmu, stał na stanowisku, że Europa może być jednoczona tylko jako konfederacja suwerennych państw narodowych. Wspólnota taka mogłaby mieć pewne cechy ponadnarodowe, ale odrzucał z góry jakiekolwiek pomysły, by rozbudowywane instytucje europejskie uzyskiwały coraz większe kompetencje kosztem suwerenności poszczególnych państw. W jego rozumieniu termin „Europa Ojczyzn” był zbyt wąski, a ponadto mógłby być źle rozumiany, wszak „ojczyznami” dla ich mieszkańców są i Bretania, i Alzacja, a to pachniało już regionalizmem wymierzonym w integralność terytorialną państw narodowych.

Wróćmy do de Rougemonta. Jego wizja przyszłości rysowała się przeraźliwe jasno: „W jutrzejszej Europie, wyzwolonej od tyranii granic politycznych i administracyjnych, narzucanych całościom etnicznym i ekonomicznym, bardzo szybko zarysuje się i umocni podział na organizujące się regiony. Będą się one kształtować zgodnie z tym, co je zbliża i uzupełnia, zgodnie również z nowa rzeczywistością, która je powołała do życia, przekraczając natomiast dawne granice narodowe (…) I na tych właśnie regionach zbudujemy Europę, nie zaś na strukturach – w dużej mierze już nie wypełnionych treścią – narodów. Przejście od narodu do regionu będzie podstawowym zjawiskiem dla Europy końca XX wieku”.

Denis de Rougemont nie był bynajmniej oderwanym od rzeczywistości doktrynerem. Jego wizje podzielali tzw. ojcowie zjednoczonej Europy – zwłaszcza zaś Jean Monnet (1888-1979). Monnet wiedział jednak, że walka o wizję Europy Regionów nie będzie prosta. Jak pisze Jerzy Chodorowski, podstawową ideą jaką kierował się Monnet, to „koncepcja zjednoczenia Europy poprzez ograniczanie suwerenności narodowej na wybranych wąskich odcinkach życia narodowego”. Tym odcinkiem stała się najpierw gospodarka. Już podczas Kongresu w Hadze w roku 1948 Monnet stwierdził: „Zacząć trzeba od zrobienia czegoś jednocześnie i bardziej praktycznego i bardziej ambitnego. Suwerenność narodową trzeba zaatakować odważniej na węższym froncie”. Tym frontem stała się wymyślona przez niego Europejska Wspólnota Węgla i Stali, zalążek ponadnarodowej wspólnoty.

Regionalizm w ramach UE

Regionaliści starali się na każdym etapie integracji (najpierw w ramach EWG, a potem UE) wzmacniać swoją koncepcję poprzez tworzenie instytucji zajmujących się popieraniem regionalizacji, jak i tworzeniem dokumentów prawnych nadających regionom coraz większy status. Jak piszą autorzy książki „Euroregiony – pierwszy krok do integracji europejskiej”, Włodzimierz Malendowski i Małgorzata Ratajczak: „Początkiem rzeczywistej polityki regionalnej było powołanie w 1975 r. w ramach Wspólnot Europejskich, Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego (FEDER), który rozdzielał fundusze wspólnotowe na rzecz najsłabiej rozwiniętych regionów”. Kolejnym krokiem było przyjęcie przez Traktat z Maastricht zasady subsydiarności, co umożliwiło przedstawicielom regionów zasiadanie w Radzie Ministrów Wspólnot Europejskich. Utworzono też ważną instytucję – Komitet Regionów. Wspominani wyżej autorzy piszą: „Traktat z Maastricht, wprawdzie w niewielkim zakresie, ale uznaje region za podmiot współpracy w ramach Unii Europejskiej. Na szczeblach rządowych rośnie zrozumienie dla ważnej roli, jaka odgrywa zróżnicowanie regionalne. Szczególnie aktywne są niemieckie landy, które wyposażone w szerokie kompetencje przez rząd federalny, mają swoje przedstawicielstwa we Wspólnotach, uczestniczą w debatach kształtujących politykę w tych dziedzinach, które dotyczą spraw regionalnych”.

Kluczową instytucją realizującą ideę regionalizacji jest utworzony w 1994 roku Komitet Regionów. W jego skład wchodzą 222 regiony. Oficjalnie zadaniem Komitetu jest koordynacja polityki regionalnej i zacieranie różnic pomiędzy poszczególnymi regionami. W istocie Komitet Regionów zajmuje się kreowaniem regionalizacji na wzór niemiecki. Jego rangę podniósł Traktat Amsterdamski (1997). Niemiecki autor, Christian Engel, pisze na ten temat: „Komitet Regionów rozpoczął pracę w bardzo trudnych warunkach. Mimo to zdołał w ciągu krótkiego czasu wykazać się niemałą skutecznością i wydać opinie na temat zagadnień niezwykle ważnych z punktu widzenia polityki regionalnej. Obok działalności doradczej szczególne znaczenie mają liczne inicjatywy podejmowane wspólnie z Komisją [Europejską], np. w zakresie „terytorialnych paktów zatrudnienia”. Traktat Amsterdamski spowodował podniesienie pozycji Komitetu Regionów – w porównaniu z jego postulatami wprawdzie skromnie, ale realnie. Jego pierwszoplanowym zadaniem pozostaje nadal unikanie merytorycznego rozpraszania się i silniejsza koncentracja na regionalnych aspektach polityki UE”.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat regionaliści wprowadzili do wielu dokumentów UE swoje postulaty ideologiczne. Są to w tej chwili już oficjalne dokumenty Wspólnot. Przykładem takiego dokumentu jest Europejska Karta Regionów Granicznych i Transgranicznych. Dokument uchwalono w dniu 20 listopada 1981 roku w jednym z pierwszych euroregionów pod nazwą EUREGIO na pograniczu Niemiec i Holandii. Co ciekawe, w zmienionej postaci uchwalono go ponownie w dniu 1 grudnia 1995 roku w Szczecinie, w Euroregionie POMERANIA. Euroregiony to jeden z pomysłów ideologów regionalizacji na „zacieranie” granic państwowych. W cytowanym dokumencie bez trudu dostrzec można wpływ koncepcji de Rougemonta i Monneta. „Granice są „bliznami historii”. Współpraca transgraniczna pomaga w łagodzeniu niekorzystnych skutków istnienia owych granic, a także w przezwyciężaniu skutków położenia terenów przygranicznych na narodowych obrzeżach państw oraz służy poprawie warunków życiowych osiadłej tam ludności”. Jak widzimy granice między państwami narodowymi traktowane są tutaj jako zło wymagające przezwyciężenia, jako „blizny historii”. Dalszy wywód autorów tego dokumentu też nie pozostawia wątpliwości, co do intencji jego twórców: „Dzisiejsza Europa jest ukształtowana w wyniku wspólnej kultury i przeszłości. Głównie do XVII wieku powstawała mozaika wspólnot historycznych. Wiek XVIII przyniósł wraz z dynamicznym rozwojem przemysłowym i politycznym sformułowanie takich pojęć jak: praworządność, prawa człowieka, prawa zasadnicze, gospodarka wolnorynkowa. W XIX i XX wieku w wyniku napięć między regionami – na których swe piętno wycisnęło wiele czynników wspólnych – ukształtowały się państwa narodowe, jako dominujące zjawisko w ówczesnej Europie. Granice państw narodowych podzieliły częstokroć europejskie wspólnoty historyczne wraz z ich regionami i grupami narodowościowymi, nie powodując jednak ich zaniku”. Tak więc, powstanie państw narodowych, w myśl tego wywodu, było gwałtem zadanym tendencjom prawdziwie europejskim. Wniosek nasuwa się wiec jedne – teraz trzeba te państwa zlikwidować albo pozbawić jakiegokolwiek znaczenia. Celem wyznaczonym przez autorów dokumentu jest likwidacja „blizn historii”, ale nie tylko. Chodzi też „o urzeczywistnienie idei „Europy obywateli”. Tu mamy już do czynienia z celem czysto ideologicznym. Nie mówi się tylko o przezwyciężaniu niedogodności mieszkańców strefy przygranicznej, mówi się o idei „Europy obywateli”. Co to oznacza? Nic innego, tylko budowę struktury ponadnarodowej na gruzach zarówno państwa narodowego, jak i na gruzach poczucia przynależności do określonego narodu. Dokument precyzuje zresztą ten cel do końca. W części V zatytułowanej „W perspektywie XXI wieku” czytamy, że regiony graniczne i transgraniczne stają się „probierzem powstania Europy regionów”.

Europa Regionów, Europa Niemiecka

Dla wielu autorów, głównie francuskich, nie ulega wątpliwości, że lansowana usilnie idea federalistycznej Europy, w której podstawową jednostką będzie nie państwo narodowe, tylko region – służy dalekosiężnym celom polityki niemieckiej. Obszernie pisze o tym autor wydanej w roku 2002 książki pt. „Mniejszości i regionalizmy w federalnej Europie Regionów. Dochodzenie w sprawie niemieckiego planu, który wstrząśnie Europą” – Pierre Hillard. Zadał sobie trud prześledzenia polityki niemieckiej na przestrzeni ostatnich kilkuset lat i współcześnie. Doszedł do wniosku, że polityka ta powróciła do swojej starej koncepcji, obecnej już od czasów średniowiecza. Ta koncepcja, najkrócej rzecz ujmując, polega na wykorzystywaniu różnorodności etnicznej, językowej i kulturowej Europy w celu rozbicia silniejszych struktur politycznych i zaprowadzenia na całym kontynencie ładu prawnego, będącego odwzorowaniem struktury obowiązującej w RFN. Wykorzystywanie mniejszości narodowych przez politykę niemiecką ma długą historię, ale chyba w najbardziej klarowny sposób zdefiniował ją Gustaw Stresemann w 1925 roku. Według autora, Helmut Kohl był spadkobiercą tejże doktryny i nadał jej nową treść.

Jak Niemcy realizują obecnie doktrynę Stresemanna? Bardzo finezyjnie. Propagowaniem idei Europy Regionów zajmuje się co najmniej kilkanaście założonych przez Niemców instytucji, które zasilane są finansowo przez państwo niemieckie i Unię Europejską. Do najważniejszych autor zalicza: Foederalische Union Europaischer Volksgruppen (FUEV) z siedzibą we Flensburgu, Ostsee Akademie (Akademia Bałtycka), International Institut fur Nation-alitatenrecht und Regionalismus (INTEREG), czy European Bureau for Lesser Used Languages i Arbeitsgemeinschaft Europaischer Grenzenregionen. Na szczeblu unijnym kluczowym jest Komitet Regionów, inspirowany głównie przez wyżej wymienione instytucje niemieckie.

Program tych instytucji jest sformułowany jasno – chodzi o budowę Europy Federalnej, w której podstawową jednostką będzie nie państwo narodowe, lecz region autonomiczny. Autor, po przeanalizowaniu programów wszystkich wymienionych fundacji i organizacji doszedł do następującego wniosku: „Dla wszystkich członków tych instytucji państwo narodowe jest „czarną owcą”, czymś, co należy zniszczyć, jako organizację represyjną i relikt przeszłości” (s. 154). I dodaje: „Ten sposób działania jest zgodny z linią i intencjami polityki niemieckiej” (tamże). Plan działania przewiduje rzucenie do walki przeciwko państwom narodowym 100 mln różnego rodzaju mniejszości – narodowych, kulturowych, językowych i etnicznych. Oczywiście nie do walki zbrojnej, lecz polityczno-kulturowej. Narzędziem mającym pomóc mniejszościom w walce z państwami narodowymi jest Unia Europejska. Kluczowym dokumentem programowym dla tej koncepcji jest uchwalona w 1994 roku w czeskim Brnie „Charta Gentium et Regionum”. Jeden z punktów tego programu mówi: „Wszystkie grupy etniczne i mniejszości, zamieszkujące na danym terytorium, mają prawo do autonomii kulturalnej i edukacyjnej, do wielojęzyczności”. A „autonomiczne regiony” mają „brać czynny udział we władzy i uczestniczyć w procesie decyzyjnym w Europie”. Karta wprost nawołuje do nawiązywania współpraca transgranicznej „bez uprzedniego szukania uprzednio zgody rządów”, a wszystkie mniejszości narodowe do „otwartej walki przeciwko dyskryminacji i asymilacji”.

Do czołowych postaci tak rozumianej polityki niemieckiej należą: Stefan Troesbt, Kurt Hamer, hr Franz von Stauffenberg, Wilhelm Hahn, Philippe von Bismarck i Erika Steinbach. Rola niemieckiego Związku Wypędzonych (BdV) w propagowaniu i realizacji tego planu jest zresztą nie do przecenienia. Autor z dużą precyzją kreśli politykę BdV, dziwiąc się przy okazji, że Polacy i inne narody Europy Środkowej tak łatwo dają się wciągać w niebezpieczną dla siebie grę. A gra jest prosta – na konferencje organizowane przez wymienione wyżej instytucje zapraszane są osoby reprezentujące grupy mniejszościowe z całej Europy. Wymienić można kilka przykładowo: „Unia Słoweńska”, „Federacja Węgierska Wojwodiny”, „Komitet Akcji Regionalnej Bretanii”, „Partia Wolnej Bretanii” itp. Z Polski w centrum zainteresowania federalistów są takie organizacje jak: Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie, Federacja Górnego Śląska, czy nawet Kongres Polaków w Rosji. W dniach 12-16 maja 1999 roku w konferencji organizowanej przez FUEV i inne instytucje wziął udział Sokotka Konopacki ze Związku Polskich Tatarów, Brunon Synak ze Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego oraz Tadeusz Siegfrieg Willan z „Masurische Gesellschaft” z Olsztyna.

Autor prześledził także finanse przeznaczane na tę działalność. I tak, FUEV otrzymuje z UE subwencje w wysokości 260-270 tys. marek niemieckich (lata 1995-1996). Fundacja Hermanna Niermana wydała w latach 1990-1996 18 mln marek na wsparcie mniejszości narodowych w Niemczech, Danii, Polsce i na Węgrzech. Akademia Bałtycka dostaje pieniądze z budżetu niemieckiego MSW, a mniejszość niemiecka w Polsce otrzymała w latach 1990-1997 pomoc w wysokości 203,06 mln marek! Jak obliczył autor, ogólna suma pomocy dla mniejszości w Europie Środkowej wyniosła w tym czasie 1,285 mld marek! Warto tylko dodać, że roczny budżet BdV wynosi 140 mln marek (ok. 70 mln euro) i pochodzi z dotacji państwa niemieckiego. Polityka ta jest zdecydowanie popierana przez państwo niemieckie. Autor cytuje wypowiedź Klausa Kinkela, ówczesnego ministra spraw zagranicznych Niemiec, który stwierdził, że program lansowany przez wyżej wymienione instytucje, „to jest to, czego nam trzeba”.

Konkluzje autora są jednoznaczne: „Słabość polityczna państw Europy Środkowej jest dzisiaj okolicznością sprzyjającą dla niemieckiego naporu” (s. 299). Autor widzi zagrożenie głównie dla państw tego regionu, ale nie ukrywa też obaw o przyszłość państwa francuskiego. Niemcy już w XIX wieku posługiwali się bronią separatyzmu i regionalizmu chcąc osłabić panowanie Francji nad Alzacją i Lotaryngią. Teraz zapraszają do siebie separatystów bretońskich czy koryskańskich. Po co? Żeby osłabić fundamenty państwa narodowego, w którym panuje jeden język urzędowy, jedno prawo, jedna administracja. A dalej? Hillard pisze: „Obecna kompletna przebudowa Europy nabiera tempa. Jeśli nic nie zatrzyma tego procesu, otrzymamy wkrótce mapę Europy Federalnej z regionami, tak jak życzyła sobie tego Waffen SS, a wcześniej Niemcy Ottonów i Hohenstauffów”. (s. 300). Jako dowód autor zamieszcza mapę Europy opracowaną przez Waffen SS (w Polsce etnicznej SS przewidywało trzy regiony: Mazowsze, Łysa Góra ze stolicą w Łodzi i Galicja).

Przypadek francuski

Francja jest krajem najbardziej narażonym na rozbicie w wyniku ewolucji „idei europejskiej” w kierunku federalizmu i regionalizmu. Bierze się to przede wszystkim z tego, że na jej terenie zamieszkują narodowości o dosyć jasno sprecyzowanej tożsamości kulturowej i językowej. Chodzi tu zwłaszcza o Bretończyków. Korsykańczyków, Sabaudczyków, Alzatczyków czy Prowansalczyków. Nie są to narody polityczne, gdyż nie posiadają one własnego państwa. W myśl koncepcji prawnej Republiki Francuskiej wszyscy oni są Francuzami. Jednak w ostatnich latach włożono wiele pracy, by doprowadzić do ożywienia ich separatyzmu. Zaczęło się niewinnie, od dowartościowania zapomnianych już przez wielu języków tych narodów (czy narodowości). Wśród Bretończyków zapanowała moda na uczenie dzieci języka bretońskiego, a także na podkreślanie własnej tożsamości kulturowej. Organizowane są festiwale piosenki bretońskiej w Lorient, a spora część Bretończyków zaczęła manifestować pod własnymi sztandarami. Obudził się także ruch separatystyczny, zgłaszający hasła nie tylko autonomii w ramach Republiki Francuskiej, ale i pełnej suwerenności. Udział różnych partii i ugrupowań bretońskich w zjazdach organizowanych w Niemczech – jest tu wielce wymowny. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że Niemcy podczas II wojny światowej starali się wykorzystać separatystów bretońskich do kolaboracji przeciwko francuskiemu ruchowi oporu i przeciwko Francji jako takiej. Politycy francuscy przywiązani do idei l`etat-nation nie kryją niepokoju, tym bardziej, że widoczne jest gołym okiem, że separatyzmy tego rodzaju mają pełne poparcie Brukseli.

Rządząca obecnie większość prawicowa we Francji zapowiedziała, ustami premiera Jean-Pierre Raffarina, że będzie dążyła do zmiany konstytucji w kierunku większej decentralizacji. Projekt przewiduje: wprowadzenie do tekstu konstytucji zapisu o regionie (do tej pory termin „region” nie funkcjonuje w ustawie zasadniczej, mimo istnienia regionów, będących strukturami zrzeszającymi po kilka departamentów), wprowadzenia prawa do autonomii finansowej społeczności lokalnych oraz nadanie im prawa do organizowania referendum lokalnego. Oficjalnie celem tej operacji jest decentralizacja i odbiurokratyzowanie państwa. Jednak tego projektu nie można rozpatrywać bez kontekstu europejskiego i coraz silniejszej tendencji federalistycznej. Dlatego właśnie plany Raffarina wzbudziły niepokój zarówno ideowych gaullistów, jak i tych polityków lewicy, którzy stoją na gruncie państwa narodowego, a poza tym nie mają zaufania do Niemiec. Przykładem takiego polityka jest były szef resortu spraw wewnętrznych w rządzie Lionela Jospina – Jean-Pierre Chevenement. W wywiadzie dla tygodnika „L`Express” tak ocenia konsekwencje pomysłów rządowych: „To jest początek procesu, który rozbije Francję, republikę unitarną i naród polityczny. To zmierza w kierunku modelu federalnego, w kierunku „Europy regionów”. Nie jestem przeciwnikiem decentralizacji, ale w ramach Republiki”. Chevenement przekonuje, że przygotowywana reforma oznacza koniec jednolitego prawa na terenie kraju, a idea referendum lokalnego, to „rozbicie jedności narodu francuskiego na rzecz małych narodów regionalnych”. Ponadto projekt ten kreuje zbiorowości o statusie szczególnym, przez co uzyskają one możliwość legalnego działania na rzecz oderwania się od Francji. Chodzi tu przede wszystkim o Korsykę, gdzie działa silny ruch separatystyczny, nie cofający się nawet przed użyciem siły. Chevenement przestrzega twórców projektu: „Wraz z wprowadzeniem ustaw decentralizacyjnych otworzycie puszkę Pandory: po Korsyce przyjdzie Kraj Basków [część Baskonii leży na terenie Francji - red.], potem połączenie dwóch departamentów alzackich, potem dwóch w Sabaudii, etc. Otwieracie drogę do rozkładu Francji”.

Na łamach tego samego tygodnika Claude Allegre także zgłasza swoje wątpliwości, choć nie w tak kategorycznym tonie. Pisze on: „Modyfikacja Konstytucji proponowana przez rząd jest zbyt dwuznaczna. Istnieje niebezpieczeństwo otwarcia drzwi do autonomizacji i Europy regionów do czego zachęcają brukselscy technokraci (…) Trzeba więc jasno sprecyzować w tekście Konstytucji, że politykę europejską Francji i jej regionów prowadzi wyłącznie Państwo. Ambasady regionów w Brukseli powinny być zlikwidowane. To niezbędny warunek. Zdecentralizowana republika powinna zostać republiką”.
Polscy inspiratorzy regionalizacji

W Polsce propagowaniem idei regionalnej zajmuje się najdłużej i najbardziej zaciekle środowisko gdańskich liberałów, które tworzyło przez pewien czas Kongres Liberalno-Demokratyczny. Już na początku lat 90. w wydawanym przez to środowisko periodyku „Przegląd Polityczny” zaczęły pojawiać się artykuły kwestionujące rolę państw narodowych i gloryfikujące regionalizm. Było i jest to ściśle związane z propagowaniem swoistego kultu historii Gdańska – jako antytezy narodowego (nacjonalistycznego) patrzenia na historię. Wielokulturowość, wieloetniczność i wielowyznaniowość – to jest ideał historycznej propagandy gdańskich liberałów. Gdańsk był potężny i bogaty, kiedy był wieloetniczny, spadł do podrzędnej roli, kiedy powstały państwa narodowe.

Donald Tusk już w roku 1995 nawoływał do „buntu prowincji”. Pisał: „Polacy nadal myślą w kategoriach państwa scentralizowanego i unitarnego, a każda próba dyskusji nad zmianą ustrojową traktowana jest przez wielu jak zamach na jedność państwową. O ile w jakimś stopniu aprobowana jest prywatyzacja i samorząd gminny, o tyle nieufność, szczególnie wśród elit politycznych, budzi idea regionalizacji”. Dalej Tusk przekonuje: „Bunt prowincji nie jest irredentą. Jakże często w Polsce aspiracje do autonomii terytorialnej przedstawia się jako chęć uniezależnienia któregoś z regionów od reszty kraju, gdy tymczasem chodzi o uniezależnienie się kraju od stołecznego centrum. To Warszawa argumentuje fałszywie, że większa samodzielność Pomorza czy Wielkopolski odbija się niekorzystnie na pozycji Suwalszczyzny czy Kieleckiego, tak jakby pieniądze stamtąd wędrowały do Pomorza czy Gdańska”. I wreszcie najbardziej istotna część tego wywodu: „W interesie polskiej prowincji leży więc radykalne ograniczenie centralnej redystrybucji, obniżenie podatków i zmiana ich charakteru z państwowego na lokalny oraz ustanowienie dużych samodzielnych województw samorządowych z szerokimi kompetencjami (ze stanowieniem prawa lokalnego włącznie). Tylko silny i zdeterminowany ruch polityczny jest w stanie sprostać temu wyzwaniu, ruch będący autentycznym buntem prowincji. Historia pokazuje, że moloch Państwa jest zdolny do wszystkiego, z wyjątkiem dobrowolnego wyzbycia się władzy”.

W tym samym stylu prezentuje swoje racje były premier Jan Krzysztof Bielecki w tekście po wymownym tytułem „Nowa Hanza”: „Dzisiaj, w wielu państwach uznawanych przez nas za silne i bogate wprowadza się liczne rozwiązania przywracające swobody i autonomię poszczególnym regionom. Dotyczy to już nie tylko Hiszpanii, Niemiec czy Włoch, ale także Finlandii, a nawet Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii (…) Czy ta tendencja będzie jeszcze mocniejsza w następnych dekadach? Czy Europę czeka diametralnie przeobrażenie i polityczna rewolucja? Czyżby polityczna mapa Europy miała coraz bardziej przypominać te sprzed tysiąca lat? Trudno odpowiedzieć na tak postawione pytanie, ale jedno jest pewne – coraz większe znaczenie będą miały w Europie silne, sprawnie zarządzane społeczności lokalne i regionalne”.

Warto w tym miejscu zauważyć, że doktryna gdańskich liberałów jest zgodna z dominującym w tej chwili nurtem ideologii liberalnej, czy nawet liberalno-konserwatwnej. Nicią przewodnią jest oczywiście antynacjonalizm, rozumiany jednak doktrynersko jako nie tylko walka z przejawami szowinizmu, ale myśli narodowo-państwowej jako takiej. To jest wróg numer jeden. Dla realizacji tego antynarodowego i antypaństwowego dogmatu liberałowie gotowi są sprzymierzyć się nawet z brukselską biurokracją, która też jest przecież strukturą „ucisku” i „centralizacji”. Liberałowie uznali jednak, że cel uświęca środki – zniszczenia państw narodowych jest najważniejsze, nawet w przymierzu ze skrajnym biurokratyzmem brukselskim. Można więc postawić tezę, że cała lansowana przez liberałów koncepcja decentralizacji państwa w istocie nie jest motywowana względami czysto merytorycznymi, lecz przede wszystkim ideologicznymi. Najlepiej widać to na przykładzie publicystyki sprzymierzonego z liberałami Janusza Majchereka, który od lat prowadzi „krucjatę” przeciwko polskiemu państwu i polskiej historii. Jego artykuły na ten temat bez przeszkód ukazują się na łamach najbardziej prestiżowych dzienników i tygodników.

Oto jeden z przykładów jego wywodów z roku 1999: „Powiaty i województwa rozpoczynają właśnie, nie bez trudności i komplikacji, funkcjonować. W sensie polityczno-administracyjnym przestrzeń między lokalnością a centrum została więc, po wielu latach i przezwyciężeniu mnóstwa przeszkód, zabudowana. Stopniowo będzie zagospodarowywana. Ciekawe, czy uda się ją wypełnić także w sensie społecznym i kulturowym. Będzie to proces znacznie mniej spektakularny, bo nie da się go zinstytucjonalizować ani nim sterować. Kto wie jednak, czy nie okaże się od instytucjonalnego nie tylko ciekawszy, ale i ważniejszy. Ankietowe badania socjologiczne od lat pokazywały, że Polacy znają właściwie tylko dwie sfery odniesienia społecznego i kulturowego, budujące tożsamość: rodzinę i naród. W czasach PRL wynikała stąd pewna ambiwalencja i rodziły się poważne niebezpieczeństwa. W nowej Polsce doszły kolejne. Utożsamienie z narodem w okresie pozbawienia wolności i braku przestrzeni do obywatelskiej aktywności mogło być konstruktywne, inspirować do pozytywnych działań i wartościowych postaw. Dzięki takim więziom, działaniom i postawom możliwy był Sierpień i „Solidarność”, a także „okrągły stół”. Ambiwalencja polegała na tym, że na tę samą inspirację powoływali się przeciwnicy Sierpnia, „Solidarności” i „okrągłego stołu”, nie tylko zresztą z ekipy stanu wojennego. Powołując się na naród i jego interes (a jeszcze bardziej domowy spokój polskich rodzin) można było czynić wszystko, cokolwiek lub nic. Niebezpieczne było zwłaszcza to ostatnie. Przestrzeń między rodziną a narodem zapełniało bowiem państwo, zawłaszczając ją i podporządkowując sobie. Było to państwo totalitarne, a przynajmniej opresyjne. Po jego upadku niebezpieczeństwo nie znikło, zmieniła się tylko jego natura. Groźbę totalitaryzmu zastąpiło niebezpieczeństwo centralizmu, a wszechwładzę opresyjną omnipotencja decyzyjna. Niektórzy nie uważali jednak tego wcale za groźne, a inni groźby nie dostrzegali.

Narodowcy wiedzieli, że uznanie prymatu tożsamości narodowej oznacza centralizację decyzji, i właśnie dlatego ją akceptowali. Uważali bowiem, że alternatywą dla centralizmu i etatyzmu jest zatracenie unitarności państwa i tożsamości narodowej, więc przeciwstawiali się takim rozwiązaniom z pełną determinacją, część z nich aż do politycznej destrukcji i autodestrukcji. Inni nie rozumiejąc, że nacjonalizm i centralizm wiążą się ze sobą, zwalczali decentralizację z niepełną bodaj świadomością tego, co robią. Argumentowali więc na przykład, że nowoczesne zarządzanie wymaga spłaszczania, a nie mnożenia struktur pośrednich, zaś nowoczesne techniki przesyłania danych (faks, Internet) pozwalają zredukować instytucji pośredniczących w ich przekazywaniu. Dowodzili w ten sposób jednak kompletnego niezrozumienia różnicy między zarządzaniem a samorządnością. W rezultacie także oni agitowali za centralizmem decyzyjnym i rządzeniem jako administracyjnym zarządzaniem”. Majcherek prezentuje, jak widać, ten sam styl myślenia, co cytowani już wcześniej „ojcowie regionalizmu” i gdańscy liberałowie. Przyznaje oczywiście, że idea narodu i państwa była na pewnym etapie przydatna, ale teraz to już tylko „relikt przeszłości”. Majcherek ma skłonność do pisania i mówienia wprost o tym, o czym naprawdę myślą regionaliści. O ile bowiem politycy ukrywają swoje prawdziwe cele pod płaszczykiem haseł o konieczności decentralizacji i działania na rzecz społeczności lokalnych, Majcherek stawia sprawę jasno – chodzi o faktyczną likwidację państwa narodowego, a wstępem do tego powinna być erozja poczucia narodowego. Środkiem do osiągnięcia tego celu jest propagowanie innych więzi, przede wszystkim natury regionalnej.

Regionaliści polscy mają jednak wielki problem – w Polsce regionalizm w wydaniu zachodnioeuropejskim jest śladowy. Państwo jest faktycznie jednonarodowe, nie ma silnych tendencji separatystycznych czy regionalnych. Majcherek pisze o tym tak: „Specjaliści twierdzą, że w Polsce regiony kulturowe zachowały się jedynie w formie reliktowej i tylko na niektórych terenach Śląska, Wielkopolski i Małopolski (a właściwie byłej Galicji). Z pewnością da się także wskazać kilka obszarów żywotnej wciąż kultury lokalnej, przede wszystkim na Podhalu (a bodaj w całej góralszczyźnie), także Kaszubach czy Kurpiach. Prawie cała reszta kraju jest pod tym względem niemal jałowa. Społeczności mieszkańców poszczególnych regionów administracyjnych nie stanowią wspólnot. Czy takie kulturowo-społeczne więzi i odrębność mogą się ukształtować?

Niektórzy twierdzą, że jest to niemożliwe, ponieważ takich regionalnych i lokalnych tradycji w Polsce nie było, a jeśli nawet, to zostały bezpowrotnie zniszczone w toku burzliwych procesów historycznych i odtworzyć się ich nie da. Doświadczenia innych krajów wskazują jednak, że jest przeciwnie. W Hiszpanii wydarzenia były nie mniej burzliwe. Centralistyczna dyktatura i monocentryczna ideologia niszczyły przez dziesięciolecia regionalną i lokalną tożsamość, a odrodziły się one, i to aż do autonomizacji Katalonii i Baskonii. We Francji, gdzie od czasów rewolucji laickie państwo kształtowało ogólnorepublikańską tożsamość obywatelską, odżywają historyczne regiony, wspólnoty i tradycje kulturowe”. Publicysta krakowski jest więc optymistą i wieści z triumfem: „Uważanie nacjonalizmu za koncepcję nowoczesną i przyszłościową jest w dzisiejszych czasach właśnie kompletnym anachronizmem, niezależnie od tego, jak bardzo niektórzy nie chcą tego przyjąć do wiadomości”. Za to regionalizm to dla niego kwintesencja przyszłości i nowoczesności. „Próby dalszego mistyfikowania historii i podtrzymywania narodowo-piastowskiej mitologii mogą jedynie zahamować procesy tworzenia lokalnej i regionalnej tożsamości obecnych mieszkańców tych ziem, a więc prawdziwego ich tam zakorzenienia” – przekonuje autor. Uchwalenie ustawy samorządowej to dla niego początek wielkiego procesu: „Zapoczątkowany obecnie proces regionalizacji to nie tylko administracja i polityka, ale także samoorganizacja i symbolika. Pieczęcie, herby, sztandary i godła miast, powiatów i regionów to zewnętrzny wyraz tradycji, do której się nawiązuje lub którą się tworzy (…) Rodzina i naród to za mało na społeczną i kulturową tożsamość i identyfikację współczesnego człowieka. Świat się poszerza, a równocześnie poszerza się zakres ludzkiej świadomości i tożsamości. Polscy nacjonaliści, którzy zwalczają zarówno regionalizację, jak europejską integrację w imię prymatu narodu i rodziny, w istocie dążą do zubożenia społecznego i kulturowego dziedzictwa obecnych i przyszłych Polaków. Chyba jednak ich usiłowania i opory okażą się daremne”.

Regionalizm po polsku

Mimo urzędowego optymizmu Majcherka, regionaliści polscy mają ogromne problemy, gdyż unitarny charakter państwa polskiego, jak i brak separatyzmów – komplikuje im realizację swoich koncepcji. Takie próby jednak podejmują. Możemy to prześledzić na przykładzie Kaszub. Pisze na ten temat publicysta „Nowej Myśli Polskiej” Krzysztof Szlec: „Rdzenna ludność Kaszub, choć w powszechnym odbiorze jest zaledwie jedną z wielu grup regionalnych składających się na naród polski, tak jak Górale, Mazurzy, Ślązacy, Kurpie itd., odznacza się silnym poczuciem odrębności i przywiązaniem do swojej tradycji. Wśród Kaszubów, podobnie jak u Ślązaków i Górali tatrzańskich, wykształciły się bardzo silne więzi wspólnotowe, dzięki którym uniknęli oni germanizacji i uchronili dorobek wielu pokoleń od zupełnego zapomnienia. Niestety to samo co w warunkach niewoli wzmacniało poczucie polskości wśród Kaszubów, w niepodległym państwie może sprzyjać tendencjom odśrodkowym i alienacji narodowej. Jak to możliwe? Częściowo można złożyć to na karb wspólnych dla społeczności kaszubskiej doświadczeń historycznych, które odróżniają ją od reszty Polaków. Najważniejszym czynnikiem destrukcyjnym jest głęboko zakorzenione uczucie zagrożenia i poniesionych krzywd. Prawdziwych bądź urojonych.

Dziś nakładają się na to tendencje dostrzegalne na całym kontynencie europejskim, wspierane przez instytucje ponadnarodowe, a zmierzające do wzmocnienia regionalizmów kosztem struktur państwowych. Przynajmniej część środowisk kaszubskich dostrzega w tym swojej szansy i sztucznie podsyca antagonizmy pomiędzy Kaszubami, a resztą Polaków. Niejednokrotnie uczestniczą w tym media, które problematykę kaszubską pokazują w krzywym zwierciadle (…) Kaszubi są zorganizowani. Najbardziej świadoma ich część skupiona jest w Zrzeszeniu Kaszubsko-Pomorskim, organizacji istniejącej od 1956 r. (drugi przymiotnik dodano w 1964 r.). Jednym z najbardziej znanych członków Zrzeszenia jest Edmund Wittbrodt, dziś senator, a do niedawna jeszcze minister edukacji w rządzie Jerzego Buzka. Pochodzący z Rumii, swego czasu rektor Politechniki Gdańskiej, należy do awangardy „europejskiej” nie tylko wśród Kaszubów, o czym świadczy powołanie go do Konwentu Europejskiego (informacji tej próżno szukać w jego notce biograficznej „Wiôldżi Kaszëbi” zamieszczonej w „Nordzie”). Kaszubskie korzenie posiada również inny prominentny polityk opcji kosmopolitycznej, Donald Tusk. Zadbają oni zapewne o to, aby ich ziomkowie bez wahania opowiedzieli się za integracją z dużo bardziej tolerancyjną od Polski „Europą”. Jak się wydaje, liderzy Kaszubów znaleźli już drogę do Brukseli. Z dużym uznaniem przyjmują (nie wszyscy zapewne!) nowe trendy europejskie, wśród których wybija się wizja niezależnych (od struktur państwowych) regionów, samodzielnie kreujących swe kontakty z euro-centralą, jak i resztą euroregionów.

Jak czytamy w wielowątkowej uchwale z XV Walnego Zjazdu Delegatów ZKP z dn. 1.12.2001 r.: „Mając świadomość szans i trudności, jakie niesie ze sobą proces integracji Polski z Unią Europejską, Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie popiera ideę zjednoczonej Europy opartej na podmiotowości regionów. (…) Ważne jest, aby nasi przedstawiciele reprezentowali społeczność zrzeszoną w instytucjach unijnych, strzegących praw mniejszości narodowych i grup etnicznych. W tym celu wskazana jest bliska współpraca z innymi grupami etniczno-regionalnymi – zwłaszcza z Fryzami i Żmudzinami – oraz z Federacyjną Unią Europejskich Grup Etnicznych”.

Regionalistą, choć unikającym stawiania sprawy na ostrzu noża, jest prof. Brunon Synak, wybrany niedawno na przewodniczącego Sejmiku Pomorskiego. Synak jest niezwykle aktywnym uczestnikiem wielu konferencji i spotkań organizowanych przez instytucje opowiadające się za Europą Regionów. I tak w dniach 12-16 maja 1999 roku wziął udział, jako oficjalny reprezentant Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, w konferencji zorganizowanej przez niemiecką Federalistyczną Unię Europejskich Wspólnot Etnicznych w Hadersvelt. W dniach 12-13 października 2000 wziął udział w konferencji pt. „Rola samorządu terytorialnego i regionalnych towarzystw kultury w integracji Polski z Unią Europejską” w Poznaniu. Podczas tej konferencji wypowiadano opinie godzące jednoznacznie w instytucję państwa narodowego. Prof. dr hab. Anna Wolff-Powęska, Dyrektor Instytutu Zachodniego w Poznaniu, stwierdziła, że „państwo narodowe nie gwarantuje już ani samodzielności gospodarczej, ani bezpieczeństwa. Dzisiaj zapewnić je może tylko międzynarodowa solidarność. Dlatego też idea integracji jest nie tylko wyzwaniem i piękną wizją, ale także koniecznością. Zdaniem prelegentki fikcją jest również homogeniczność państwa narodowego”. Prof. dr hab. Aleksander Mikołajczak z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza uznał, że „formuła państwa narodowego jest przeszłością”. Brunon Synak z kolei: „Podkreślił wagę poruszanych tematów. Jego zdaniem przyszłość towarzystw kulturalnych zależeć będzie od przyszłego kształtu Europy. Zaznaczył, że współczesne państwo jest za duże do rozwiązywania małych problemów i za małe do rozstrzygania o problemach dużych”. Triumfalnie obwieścił, że tylko w 4 z 25 badanych europejskich krajów (Czechy, Finlandia, Islandia i Polska) występuje dziś „przewaga identyfikacji narodowej nad regionalną”. Kultura regionalna nie jest więc chwilową modą, czy „propagandowym przegięciem”, lecz trwałą wartością. Puentą tej konferencji był referat wicemarszałka Województwa Wielkopolskiego Wojciech Jankowiak, który orzekł, że „polskie województwa samorządowe są już uprawnione zarówno do prowadzenia polityki regionalnej, jak i współpracy międzynarodowej”. Zebrani odśpiewali Hymn Unii Europejskiej na zakończenie pierwszego dnia konferencji.

Kreowanie na siłę regionalizmu kaszubskiego jest najbardziej widoczne i spektakularne, ma w dodatku wsparcie polityczne ze strony liberałów gdańskich. Nieco inaczej jest w przypadku separatyzmu górnośląskiego, reprezentowanego przez Ruch Autonomii Śląska. Próby zarejestrowania przez ten Ruch „narodowości śląskiej” nie zyskały wsparcia żadnej poważnej siły politycznej, nie powiodło się nawet odwołanie do Strasburga. Na razie Ruch ten jest marginesem. Wydaje się, że lobby regionalistyczne większe nadzieje pokłada w rozbudowanej po 1989 roku mniejszości niemieckiej na Opolszczyźnie i Górnym Śląsku. Jeśli chodzi o inne mniejszości narodowe, to ze względu na rozproszenie po Operacji „Wisła” w 1947 roku, mniejszość ukraińska nie jest w stanie tworzyć bazy dla regionalizmu. Byłoby to możliwe tylko w przypadku zamieszkiwania tej ludności na swoim rodzimym terytorium, czyli w Polsce południowo-wschodniej. Natomiast mniejszość białoruska jest zbyt bierna i przejawia tylko aspiracje natury kulturalnej. W sumie, społeczna baza dla regionalizmu jest w Polsce dosyć wąska. Rację miał więc Brunon Synak, ubolewając nad tym, że Polska jest jednym z czterech państw Europy, gdzie poczucie jednolitości narodowej i państwowej jest największe.

Euroregiony

Mimo tych obiektywnych przeszkód, regionaliści nie trącą nadziei. Jeszcze przed wprowadzeniem w życie reformy administracyjnej, zaczęto tworzyć na granicach państwa polskiego tzw. euroregiony. W przeciwieństwie do regionu klasycznego, euroregion ma charakter transgraniczny, czyli obejmuje swym zasięgiem terytoria dwóch lub więcej państw. W doktrynie regionalistów jest to likwidowanie „blizn historii” i czynienie z granic państwowych administracyjnej fikcji. Cechą charakterystyczną jest to, że najwięcej euroregionów powstało na granicach Niemiec. W przypadku Polski to właśnie trzy euroregiony zachodnie są najbardziej aktywne i okazują oznaki życia. Euroregiony położone na wschodzie i południu są raczej fikcją. Stan ten jest tylko potwierdzeniem tezy, że euroregiony są od samego początku narzędziem polityki niemieckiej. Przyjrzyjmy się krótko najważniejszemu z nich – euroregionowi Pomerania.

Serwis PAP podaje: „Euroregion Pomerania od południa graniczy z Euroregionem Pro-Europa Viadrina, a od wschodu – z Euroregionem Bałtyk. Zajmuje powierzchnię ok. 41 tys. km2, zamieszkuje go ponad 3,4 mln osób, a tworzą go regiony trzech państw: Niemiec, Szwecji i Polski. W preambule umowy założycielskiej Euroregionu opowiedziano się za przyszłym członkostwem także duńskich gmin i związków gmin. Ze strony niemieckiej w skład Pomeranii wchodzą cztery powiaty i dwa miasta wydzielone Meklemburgii Pomorza Przedniego (Rügen, Nordvorpommern, Ostvorpommern, Uecker Randow, Stralsund i Greifswald) oraz dwa powiaty Brandenburgii (Uckermark i Barnim) – wszystkie zrzeszone w Związku Komunalnym Europaregion Pomerania. Stronę szwedzką tworzą 33 gminy regionu Skania, tworzące Związek Gmin Skanii. Natomiast stronę polską tworzą dwa podmioty prawne: miasto Szczecin i Stowarzyszenie Gmin Polskich Euroregionu Pomerania. Stowarzyszenie skupia obecnie większość miast i gmin województwa zachodniopomorskiego, ale proces jego poszerzania jeszcze się nie zakończył.

Euroregion Pomerania, jest najmłodszym euroregionem na polsko-niemieckim pograniczu i pierwszym łączącym polskich i skandynawskich partnerów poprzez Bałtyk. Idea powołania Euroregionu Pomerania pojawiła się na początku 1992 r., a w latach 1992-1995 prowadzono rozmowy dwustronne – z udziałem gmin polskich i niemieckich – oraz czterostronne: z przedstawicielami gmin szwedzkich i duńskich w charakterze obserwatorów. Mimo deklaracji Polski i Niemiec o konieczności powołania czterostronnego Euroregionu Pomerania, w lutym 1994 r. podpisano dwustronne Porozumienie o ponadgranicznej współpracy pomiędzy Komunalnym Związkiem Celowym Gmin Pomorza Zachodniego „Pomerania”, a Związkiem Komunalnym Europaregion Pomerania. Toczącym się rozmowom w sprawie powołania Euroregionu towarzyszył proces tworzenia struktur. W czerwcu 1992 r. powstał w Niemczech Związek Komunalny Europaregion Pomerania (Kommunalgemeinschaft Europaregion Pomerania e.V.) z siedzibą w Pasewalku, grupujący 10 powiatów i 3 miasta Meklemburgii-Pomorza Przedniego i Brandenburgii. Miał w swej strukturze 10 grup roboczych ds. współpracy transgranicznej w różnych dziedzinach. Po stronie polskiej, na przełomie 1992 i 1993 r. Sejmik województwa szczecińskiego opracował koncepcję współpracy w ramach przyszłego Euroregionu Pomerania i przygotował projekt statutu związku celowego gmin. Członkami-założycielami była część gmin województwa szczecińskiego.

W grudniu 1995 roku, w szczecińskim Zamku Książąt Pomorskich podpisano polsko-niemiecką Umowę o utworzeniu Euroregionu Pomerania. Jej sygnotariuszami byli: prezydent Szczecina, prezydent niemieckiego Związku Komunalnego Europaregion Pomerania i przewodniczący polskiego Komunalnego Związku Gmin Pomorza Zachodniego „Pomerania”. Szczecin nie wszedł w skład Komunalnego Związku Celowego Gmin Pomorza Zachodniego „Pomerania”, ale zawarł z nim porozumienie o wspólnym działaniu na rzecz utworzenia Euroregionu. Zgodnie z tym dokumentem, miasto to miało połowę polskich głosów w Radzie Euroregionu i 25 proc. wszystkich głosów w strukturach Euroregionalnych. Na początku 1998 roku Euroregion Pomerania rozszerzył się o trzeciego partnera, bo – po reformie administracyjnej z 1997 roku – dwa szwedzkie okręgi (województwa): Kristianstad i Malmöhus połączone w jeden: Skane (Skania) skierowały formalny wniosek szwedzkiego Związku Gmin Skanii (Kommunförbundet Skane) o przyjęcie go do Euroregionu.

Na terenie Euroregionu, między województwem zachodniopomorskim, a niemieckimi i szwedzkimi partnerami należącymi do Unii Europejskiej, funkcjonuje 5 drogowych przejść granicznych, 4 pieszo-rowerowe (w tym 3 dla małego ruchu granicznego), 8 morskich, 3 rzeczne, 1 kolejowe i 1 lotnicze. Celem współpracy jest „podejmowanie wspólnych działań dla równomiernego i zrównoważonego rozwoju regionu oraz zbliżenia mieszkańców i instytucji po obu stronach granicy”. Cel ten ma być realizowany przede wszystkim poprzez: podnoszenie poziomu życia obywateli poprzez wspólne wspieranie inwestycji i programów gospodarczych, szkoleń zawodowych i programów zmierzających do likwidacji bezrobocia; popieranie idei jedności europejskiej i międzynarodowego zrozumienia; współpracę i wymianę grup zawodowych, naukowych, kulturalnych, środowisk młodzieżowych – zwłaszcza form sprzyjających lepszemu poznaniu społeczności zamieszkujących regiony graniczne; utrzymanie oraz poprawę stanu środowiska naturalnego; poprawę gospodarki rolnej i leśnej; budowanie oraz dostosowanie infrastruktury do potrzeb ruchu granicznego i regionalnego; rozwój współpracy gospodarczej; wymianę know-how i transfer technologii; budowę kompleksowego systemu informacji w celu wymiany danych w Euroregionie; rozwój koordynowanego transgranicznego planowania przestrzennego; współpracę w zakresie likwidacji pożarów i klęsk żywiołowych oraz w sytuacjach awaryjnych, a także poprzez wspieranie rozwiązywania problemów przejść granicznych. W Euroregionie Pomerania na co dzień współpracują ze sobą polskie i niemieckie służby mundurowe: policja, celnicy, straże graniczne, straże pożarne (np. OSP z Kołbaskowa, Smolęcina i Penkun), prokuratorzy i sędziowie. Współpracują również administracje rządowe, urzędy pracy i związki zawodowe po obu stronach granicy.

Od jesieni 1999 roku organizowane są wspólne polsko-niemieckie patrole straży granicznych. Współpraca polega też na wymianie informacji o tendencjach w ruchach migracyjnych, o transportach towarów znacznej wartości (m.in. alkoholu, papierosów, sprzętu RTV) oraz broni, amunicji i materiałów wybuchowych. Prowadzi się również wspólne szkolenia, a na przejściu granicznym Pomellen-Kołbaskowo działa polsko-niemieckie Biuro Kontaktowe Służb Celnych. W wyniku dwustronnej współpracy poszerzono przygraniczny pas gmin, na którym obowiązują przywileje małego ruchu granicznego. Transgraniczną komunikację ułatwiło również przedłużenie linii Uznamskiej Kolei Kąpieliskowej (Usedomer Bäder-Bahn) do granicy polskiej w Świnoujściu. W ramach współpracy straży pożarnych przewiduje się wzajemną pomocy podczas katastrof i klęsk żywiołowych. Przykładem współpracy planistów jest przygotowywana od kilku lat wspólna koncepcja rozwoju przestrzennego wysp Usedom/Uznam i Wolin, zakładająca obok wspólnej infrastruktury i gospodarki wodno-ściekowej, energetycznej i turystycznej, również m.in. wspólną polsko-niemiecką szkołę średnią, integracyjne imprezy kulturalno-sportowe i wydawnictwa promocyjne. W ramach porozumienia o współpracy pomiędzy NSZZ „Solidarność” Pomorza Zachodniego i DGB Meklemburgii-Pomorza Przedniego odbyła się m.in. konferencja poświęcona problemom rynku pracy w regionie i możliwościom stworzenia transgranicznego rynku pracy”.

Tyle serwis PAP. Zauważmy, że szereg zadań, jakie realizuje euroregion może być wykonywane przez instytucje obu państw, zarówno samorządowe, jak i państwowe. Mimo to stworzono jednostkę, która ma już zalążki aparatu biurokratycznego i swój budżet. Ma także „prezydenta”. Nie podlega kwestii, że euroregiony to realizacja koncepcji ideowej regionalistów, a nie wyjście naprzeciw potrzebom społeczności przygranicznych.
Województwa czy regiony?

Regionalistyczne lobby przyjęło z niedosytem kształt reformy samorządowej. Krytyka ustawy dokonywana była z pozoru z merytorycznych powodów. I tak, twierdzono, skądinąd słusznie, że samorząd wojewódzki nie ma dostatecznych kompetencji, jest zbyt uzależniony od administracji państwowej, nie ma źródeł pozyskiwania własnych dochodów itp. To prawda, tyle że ostrożność ustawodawcy wynikała nie tylko z przyzwyczajenia do centralizmu, ale i z obaw wyrażanych przez wiele środowisk przed nadaniem województwom nadmiernych prerogatyw, które mogą być wykorzystane przez regionalistów. Tak więc, to sami regionaliści, nie ukrywający swoich prawdziwych zamiarów, wpłynęli pośrednio na powściągliwość ustawodawcy. W debacie poprzedzającej uchwalenie ustawy jednym z najbardziej kontrowersyjnych problemów były kompetencje województwa w dziedzinie polityki zagranicznej. Regionaliści nie ukrywali, że władze województwa powinny mieć daleko idące kompetencje w tej kwestii, łącznie z możliwością prowadzenia własnej polityki zagranicznej. Chodziło tu przede wszystkim o relacje z Unią Europejską. Przeciwnicy argumentowali, że polityka zagraniczna powinna pozostać w wyłącznej gestii państwa. W efekcie przyjęto w ustawie następujące regulacje:

Art. 76. 1. Współpraca województwa ze społecznościami regionalnymi innych państw prowadzona jest zgodnie z prawem wewnętrznym, polityką zagraniczną państwa i jego międzynarodowymi zobowiązaniami, w granicach zadań i kompetencji województwa.

2. Województwo uczestniczy w działalności międzynarodowych instytucji regionalnych oraz jest w nich reprezentowane na zasadach określonych w porozumieniu zawartym przez ogólnokrajowe organizacje zrzeszające jednostki samorządu terytorialnego.

3. Zasady przystępowania województwa do międzynarodowych zrzeszeń społeczności lokalnych i regionalnych określają odrębne przepisy.

Art. 77. 1. „Priorytety współpracy zagranicznej województwa” mogą być uchwalane oraz inicjatywy zagraniczne województwa, w tym w szczególności projekty umów o współpracy regionalnej, mogą być podejmowane za zgodą ministra właściwego do spraw zagranicznych.

2. Uchwały, o których mowa w ust. 1, zapadają bezwzględną większością głosów ustawowego składu sejmiku województwa.

3. Uchwała oraz zawarte umowy o współpracy regionalnej, o których mowa w ust. 1, przesyłane są przez marszałka województwa do ministra właściwego do spraw zagranicznych oraz ministra właściwego do spraw administracji publicznej.

Jak widać, w ustawie zachowano zapis o nadrzędności państwa w dziedzinie polityki zagranicznej, ale praktyka była taka, że MSZ zachęcał władze województw do aktywności na arenie międzynarodowej, np. poprzez zakładanie swoich biur w Brukseli. Po 1999 roku władze wielu województw otworzyły takie biura, co można traktować jako pierwszy krok ku stopniowej autonomizacji polityki zagranicznej tych jednostek.

Regionaliści przekonują, że województwa uzyskają większe możliwości pozyskiwania unijnych funduszy, jeśli będą samodzielne. Taki kierunek myślenia prezentuje np. Tomasz Grzegorz Grosse z Instytutu Spraw Publicznych, który a artykule „Uwaga: centralizacja”, opublikowanego na łamach „Rzeczpospolitej”, pisze: „Po wejściu do Unii Europejskiej Polska będzie mogła wykorzystać poważne kwoty pomocy strukturalnej przeznaczonej na rozwój w regionach. Właśnie lepszemu planowaniu i wykorzystaniu środków europejskich miało służyć w zamyśle autorów reformy terytorialnej z 1998 roku powołanie silnego podmiotu samorządowego na szczeblu wojewódzkim. Zdaniem większości specjalistów decentralizacja zarządzania tymi programami jest skuteczniejsza aniżeli sterowanie funduszami z Warszawy. W regionach łatwiej jest bowiem określić potrzeby, na które powinno się skierować pieniądze. Podejmowanie takich decyzji na szczeblu centralnym często przyczynia się po prostu do marnowania pieniędzy.

Powierzenie zarządzania tymi funduszami wojewodom jest systemowo gorszym rozwiązaniem. W odróżnieniu bowiem od hierarchicznych struktur rządowych, które mogą podejmować decyzje bez udziału miejscowej opinii publicznej, samorządy województw odpowiadają przed wyborcami. Daje to większe szanse na przejrzystość procesu wydawania funduszy europejskich. Istnieje dużo większe niebezpieczeństwo dokonywania pozamerytorycznych decyzji przez wojewodę i jego urzędników. Może on w znacznie większym stopniu aniżeli władze samorządowe być posłuszny decyzjom podejmowanym na szczeblu centralnym, a także wykorzystać środki europejskie do gratyfikacji zaprzyjaźnionych środowisk. Ponadto dotychczasowe doświadczenia pokazują, że właśnie samorządy terytorialne prowadzą najwięcej inwestycji w Polsce i dużo lepiej wykorzystują fundusze publiczne”.

Niby racja, jednak przy analizie tego typu wypowiedzi zawsze trzeba pamiętać o celu zasadniczym, do jakiego zmierzają regionaliści. Dla nich pozyskiwanie funduszy unijnych nie jest tylko podyktowane troską o lokalne społeczności, tylko poszerzaniem kompetencji regionu (publicyści i politycy opcji regionalistycznej coraz częściej nie używają terminu „województwo”, zastępując go nie istniejącym w zapisach ustawy terminem „region). Grosse nie ukrywa zresztą tego, dlaczego regionalistom tak bardzo zależy, by obsługa funduszy unijnych była całkowicie w gestii województwa samorządowego: „Obecnie rząd polski we współpracy z Komisją Europejską tworzy system obsługi funduszy strukturalnych. Z uwagi na skalę środków finansowych będzie to najważniejszy instrument rozwoju w regionach. Przygotowywany system obsługi funduszy strukturalnych będzie miał decydujący wpływ na ustrojową pozycję samorządu województwa. Ma znaczenie dla ukształtowania się stosunków politycznych w regionach, a także relacji między województwami a centrum”.

Nieco innej oceny dokonuje publicysta „Rzeczpospolitej” Jędrzej Bielecki, który pisze: „Dziś swoje biura ma tu ponad 200 regionów. Niektóre są bardzo rozbudowane: Walia zatrudnia 17 pracowników, a Bawaria wykupiła w centrum miasta całą kamienicę. Zależy to nie tylko od zamożności. Niektóre regiony, jak niemieckie i austriackie landy, prowincje Hiszpanii i Włoch, a także belgijska Flandria i Walonia, mają daleko posuniętą autonomię. W niektórych przypadkach pochodzący z wyboru politycy regionalni uczestniczą w posiedzeniach Rady UE i bezpośrednio współdecydują o nowym prawie europejskim. Z polskimi województwami tak nie będzie. Reforma z 1999 r. nie przyznała im wystarczających kompetencji. Jednak na tle krajów „15” prerogatywy naszych samorządowców wypadają całkiem nieźle. Są daleko większe niż w Portugalii (regiony reprezentuje tu attache ambasady), Francji czy Grecji. Także w krajach skandynawskich regiony nie mają wiele do powiedzenia, choć szerokie uprawnienia uzyskały gminy. Inny atut polskich województw: mają identyczny status prawny, podobną wielkość, zwykle te same interesy do załatwienia w Brukseli. Nie będą więc ze sobą konkurować w kontaktach z unijnymi instytucjami. Nie wszystkie polskie województwa zdają już sobie sprawę ze swoich atutów. Połowa z nich nie ma do tej pory własnych reprezentantów w Brukseli. Utrudnia to możliwość działania nie tylko samorządowcom, ale także lokalnemu biznesowi, szkołom, stowarzyszeniom kulturalnym”.

Nie chodzi jednak tylko o pieniądze. Bielecki ujawnia: „Przedstawicielstwa regionów nie interesują się jednak tylko pieniędzmi. Bardzo ważna jest także wiedza o prawie europejskim, tym obecnym i przygotowywanym. Poprzez przedstawicielstwo w Brukseli firmy z danego regionu mogą poznać interpretację unijnych przepisów, która zaoszczędzi im miliony złotych i pozwoli wyprzedzić konkurencję. Ambicje polskich biur są jednak większe. W przyszłości chcą lobbować na rzecz takiego kształtu prawa europejskiego, który uwzględni potrzeby regionu. Pomogą im w tym nowe reguły podejmowania decyzji we wspólnocie”. Drogą do tego celu ma być uczestnictwo naszych województw w Stowarzyszeniu Regionów. Charakterystyczne jest to, że Bielecki, pisząc o kolejnych krokach, jakie należy czynić przy otwieraniu biura w Brukseli, w ogóle nie wspomina o konsultacjach z władzami centralnymi państwa. Zaleca za to rejestrację przedstawicielstwa w ramach Stowarzyszenia Regionów UE oraz „uroczystą inaugurację”, co ma być okazją do powiadomienia urzędników Komisji Europejskiej, dyplomatów krajów „15”, innych biur regionalnych o powstaniu przedstawicielstwa.

Wnioski

Problemów samorządności, decentralizacji, zdejmowania z państwa nadmiernych obowiązków – nie można w chwili obecnej odrywać od szerszego kontekstu zewnętrznego. Nakreślona tutaj strategia zwolenników Europy Regionów jest jasna. Nie jest to, jak widać, koncepcja pozbawiona realnych podstaw. Co więcej, uzyskuje ona coraz większe poparcie w gremiach kierowniczych Unii Europejskiej. Jest także jednym z ważniejszych elementów gry o przyszły kształt Unii. Przedstawiona kilka lat temu przez niemieckiego ministra spraw zagranicznych Joschkę Fischera idea budowy Europy Federalnej, w które rola państw narodowych byłaby ograniczona, a nawet całkowicie zredukowana – jest bardzo poważnie brana pod uwagę. Taka wizja ma oczywiście poparcie samych Niemiec oraz kilku państw z tzw. twardego jądra europejskiego. W tym kierunku zmierzają także działania biurokracji brukselskiej, która zdaje sobie sprawę, że łatwiej jej będzie poszerzać swój zakres władzy w przypadku ograniczenia roli państw narodowych. Nie jest natomiast jasne stanowisko Francji, która z jednej strony przygotowuje się do reformy administracyjnej poszerzającej role regionów, z drugiej zaś strzeże dotychczasowego statusu państwa narodowego. Wizja Europy Regionów na pewno nie znajduje poparcia tych państw, które od dawna z nieufnością podchodzą do kolejnych etapów integracji. Chodzi tu zwłaszcza o Wielką Brytanie i państwa skandynawskie.

To wszystko sprawia, że nic nie jest jeszcze przesądzone. Jak pisze niemiecki publicysta Christian Engel: „Tworzenie regionów, wyposażanie ich w odrębne właściwości, ponadto stosunki między regionalnymi i lokalnymi korporacjami terytorialnymi, a także udział regionów w stosunkach zagranicznych podlegają nadal zróżnicowanym narodowo czynnikom historycznym, kulturowym, geograficznym, ekonomicznym i również politycznym”. To między innymi sprawia, że pozycja regionów takich państwach, jak Grecja, Finlandia, Irlandia czy Portugalia jest prawie żadna. Portugalia zakazuje nawet otwierania przedstawicielstw swoich regionów w Brukseli. „Zadania regionalne realizowane są w wymienionych krajach często przez organy administracji centralnej na szczeblu regionów”.

A jak powinno być w przypadku Polski? Biorąc pod uwagę polską tradycję, polskie interesy narodowe oraz stan tzw. bazy regionalnej – bliżej nam być powinno do modelu portugalskiego i greckiego, a nie niemieckiego czy belgijskiego. W Polsce nie ma warunków dla realizowania koncepcji regionalnej. Państwo ma w zasadzie charakter jednonarodowy, a różnice pomiędzy poszczególnymi częściami kraju są nieistotne. Regionaliści zdają sobie z tego sprawę i próbują od lat sztucznie zmienić tę sytuację, a to poprzez kreowanie separatyzmów, a to poprzez popieranie wszelkich mniejszości narodowych, czy poprzez kampanię na rzecz osłabienia poczucia jednolitości narodu polskiego. Są to działania bezsensowne, często groteskowe, ale mimo to ponawiane usilnie i z wielkim wysiłkiem. Działania te przynoszą, trzeba to jasno stwierdzić, wiele szkody. Głównym ośrodkiem tych działań były i są środowiska liberalne (obecnie Platforma Obywatelska, dawniej KLD), Unia Wolności, różnego rodzaju instytucje, takie jak Fundacja Batorego czy Instytut Spraw Publicznych. Wspierają ich wpływowe media – „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”, tygodnik „Wprost”. Także część SLD „kupiła” temat i z ochotą realizuje regionalistyczną koncepcję. Bardzo często odbywa się to nieświadomie – działacze SLD nastawieni są na pozyskiwanie unijnych pieniędzy, nie zdają sobie sprawy, że tak naprawdę chodzi o coś znacznie ważniejszego.

W polskim przypadku szczególnie ważny jest kontekst niemiecki. Nie można w związku z tym prowadzić polityki rozmywania integralności terytorialnej kraju, np. poprzez uczestnictwo w rozbudowie na granicy zachodniej tzw. euroregionów, nie biorąc pod uwagę dalekosiężnych celów polityki niemieckiej. Doktryna prawna Niemiec opiera się nadal na zapisie o istnieniu Rzeszy w granicach z 1937 roku, na nieuznawaniu uchwał Konferencji Poczdamskiej. W tej sytuacji zgoda na utworzenie na zachodniej granicy euroregionów jest karygodnym błędem. Nie można godzić się też na to, by np. na czele Sejmiku Województwa Zachodniopomorskiego stał prof. Zygmunt Meyer (SLD), który jest jednocześnie „prezydentem” euroregionu „Pomerania”. Jest to klasyczny przykład swego rodzaju schizofrenii politycznej, a ponadto niedopuszczalny model sprawowania władzy, gdzie kompetencje danej osoby nie są jasno sprecyzowane i do końca nie wiadomo, kogo i co taka osoba reprezentuje.

Polityka polska na odcinku samorządowym i europejskim powinna kierować się następującymi zasadami:

- Rzeczpospolita Polska jest krajem unitarnym i w związku z tym próby tworzenia na jej terytorium jakichkolwiek struktur autonomicznych i regionalnych powinna być wykluczona.

- Polska powinna przyjąć jednoznaczne stanowisko w kwestii przyszłego kształtu UE, opowiadając się za Europą Suwerennych Państw Narodowych, a nie za Europą Federalną. Takie stanowisko powinno być przyjęte bez względu na to, czy Polska wejdzie, czy nie wejdzie do Unii.

- Samorządność obywateli realizuje się na poziomie gminnym, powiatowym i wojewódzkim z poszanowaniem unitarnego charakteru państwa polskiego.

- Wszelkie działania struktur samorządowych na arenie międzynarodowej nie mogą podważać unitarnego charakteru państwa polskiego. W związku z tym należy dążyć do zlikwidowania przedstawicielstw „dyplomatycznych” polskich województw samorządowych zagranicą i uregulować ich kontakty z UE na wzór Portugalii.

- Ideę samorządności można bez problemu pogodzić z unitarnym charakterem państwa polskiego. Nie można natomiast godzić się na to, by idea ta była narzędziem z rękach regionalistów i wrogów państwa narodowego.

Jan Engelgard

Literatura

Denis de Rougemont, „List otwarty do Europejczyków”, Warszawa 1995

Jerzy Chodorowski, „Osoba ludzka w doktrynie i praktyce europejskich wspólnot gospodarczych”, Poznań 1990

Włodzimierz Malendowski, Małgorzata Ratajczak, „Euroregiony – pierwszy krok do integracji europejskiej”, Wrocław 1998

Werner Weidenfeld, Wolfgang Wessels, „Europa od A do Z – podręcznik integracji europejskiej”, Gliwice 1999

Pierre Hillard, „Minorites et regionalismes dans l`Europe Federale des Regions. Enquete sur le plan Allemand qui va buleverser l`Europe”, Paris 2001

„Decentralizować, ale do jakiej granicy?”, rozmowa z Jean-Pierre Chevenement, „L`Express”, 17.10.2002

Claude Allegre, „Decentralizacja, tak, ale w ramach Republiki”, „L`Express”, 31.10.2002

Konstytucja Francji, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1997

Dariusz Wasilewski, „A co z Polską? Powiaty. Regiony”, Wrocław 1998

Tomasz Otremba, „Wyżyna polska – o zachowaniu całości i niepodległości Polski”, Gdańsk 1997

„Traktat z Maastricht (w wersji Traktatu Amsterdamskiego) – Traktat Amsterdamski (podstawowe części)”, (Stanisław Krajski – komentarze), Warszawa 2002

Waldemar J. Szczepański, „Europa w myśli politycznej de Gaulle`a”, Warszawa 1979

Jan Krzysztof Bielecki, „Nowa Hanza”, „Przegląd Polityczny”, nr 37/ 1997

Donald Tusk, „Bunt prowincji”, „Przegląd Polityczny”, nr 29/ 1995

Janusz Majcherek, „Przestrzeń do zagospodarowania”, „Rzeczpospolita”, 7.01.1999

Tomasz Grzegorz Grosse, „Uwaga: centralizacja!”, „Rzeczpospolita”, 12.11.2002

Jędrzej Bielecki, „Z doskoku nic się nie da”, „Rzeczpospolita”, 7.10.2002

Krzysztof Szlec, „Być Kaszubą czy Polakiem?”, „Nowa Myśl Polska”, nr 37 i 38, 15.09 i 22.09.2002

Ustawa z dnia 5 czerwca 1998 r. o samorządzie województwa (tekst jednolity)

Uchwalona w 1998 roku ustawa o samorządzie terytorialnym w opinii jej inspiratorów miała na celu zwiększenie roli samorządności i odciążenie państwa w jego roli organizatora życia zbiorowego. Decentralizacja miała na celu odejście od modelu państwa, jaki obowiązywał przed 1989 rokiem. Cele te, z punktu widzenia czysto merytorycznego, nie są kontrowersyjne i żadna z sił politycznych ich nie kwestionowała. Problem polegał na tym, że za tymi hasłami ukryta była od samego początku idea regionalizacji, zgodnie z którą decentralizacja jest tylko instrumentem na drodze do celu zasadniczego – budowy Europy Regionów na gruzach państw narodowych.

Innym, często ukrywanym oficjalnie, celem animatorów tej ustawy było dostosowanie podziału administracyjnego Polski do podziału administracyjnego Niemiec. Prof. Witold Kulesza, autor ustawy i jej główny propagator, przekonywał, że chodzi o utworzenie województw-regionów, które „będą silne ekonomicznie i zdolne do prowadzenia samodzielnej polityki regionalnej”. Chodziło zwłaszcza o to, by stworzyć jednostki administracyjne mogące stać się partnerem dla niemieckich landów. Dla osiągnięcia tego stanu konieczne stało się zlikwidowanie struktury wojewódzkiej utworzonej w wyniku reformy administracyjnej w 1975 roku. Przywrócenie powiatów miało z kolei złagodzić następstwa tejże likwidacji, ale od samego początku było jasne, że powiaty to jedynie rozsadnik dotychczasowej struktury administracyjnej. Ponieważ celów tych nie ukrywano, cała koncepcja spotkała się z silną opozycją. Np. Adam Struzik, wówczas senator PSL, pisał: „Wprowadzenie powiatu miałoby doprowadzić w konsekwencji do państwa regionalnego. Oznaczałoby to, niezależnie od deklarowanych obecnie tendencji, ustawodawczą i ekonomiczną autonomizację regionów oraz podział kraju na kilka dużych ośrodków. Nasze historyczne doświadczenia nakazują nam większą dbałość o wzmocnienie integralności państwa polskiego ze względu na jego otoczenie polityczne”. Opinię te podzielała prof. Józefina Hrynkiewicz: „Regionalizm w Polsce nie należy do szczególnie cenionych wartości politycznych. Polska jest krajem unitarnym. W polskiej tradycji politycznej dążenie do autonomii i niezależności regionów traktowane było jako wyraz tendencji separatystycznych, przedkładania interesów patrykularnych nad ogólnonarodowe i państwowe, jako wyraz sobiepaństwa i prywaty”.

-
-

Ustawa, mimo sprzeciwu wielu środowisk, została jednak przeforsowana, choć liczba województw samorządowych uległa zwiększeniu w porównaniu z planami lobby regionalistycznego. Powstało bowiem 16, a nie 10-12 województw. Zwolennicy regionalizacji Polski dokonali pierwszego kroku na drodze do realizacji swoich celów. Warto bliżej przyjrzeć się tej koncepcji, zarówno od strony czysto ideologicznej, jak i praktycznej. Jest to tym bardziej pilne, że w Europie decydują się obecnie losy przyszłego kształtu Unii Europejskiej. Na podstawie dotychczasowej dyskusji, jak i analizując kierunek ewolucji Unii Europejskiej – można sformułować wniosek, ze lobby regionalistyczne uzyskuje z roku na rok coraz większe znaczenie i zyskuje dla swoich koncepcji coraz większe poparcie. Idea Europy Regionów ma oficjalne wsparcie rządu Republiki Federalnej Niemiec oraz Komisji Europejskiej. Nie oznacza to wszakże, że walka o kształt Europy pomiędzy zwolennikami Europy Państw a zwolennikami Europy Regionów – jest już definitywnie rozstrzygnięta na korzyść tych drugich. Tym większe znaczenie ma w tej chwili stanowisko Polski. Jasne opowiedzenie się po stronie koncepcji Europy Suwerennych Państw Narodowych jest nakazem polskiej racji stanu. Jednak w różnych wypowiedziach polityków polskich zaczęły się pojawiać w ostatnich latach głosy na rzecz Europy Federalnej, czyli Europy Regionów. Przykładem tego typu opinii są wypowiedzi ministra spraw zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza i minister Danuty Huebner. Niepokojące jest to, że wystąpienia te nie spotkały się z odpowiedzią innych polityków, w tym premiera. Zostały więc milcząco przyjęte do wiadomości, a milczenie oznacza wyrażenie zgody.

Idea regionalizmu

Regionalizm to ideologia, której zasadniczym celem jest podważenie idei państwa narodowego, ukształtowanego ostatecznie w wieku XIX. Państwo narodowe, wedle koncepcji zachodnioeuropejskiej, jest instytucją mającą na celu organizację życia zbiorowego narodów, jest narzędziem w rękach narodów. W języku politycznym na Zachodzie funkcjonuje zbitka pojęciowa państwo-naród (L`etat-nation). Oznacza ona całkowitą jedność między narodem (rozumianym tam nie jako wspólnota etniczna, lecz polityczna) a państwem. Państwo narodowe jest więc instytucją polityczną wykraczającą poza podziały narodowościowe, językowe, kulturalne, czy regionalne. Klasycznym państwem narodowym tego typu jest Francja, ukształtowana w wieku XIX w wyniku oddziaływania idei rewolucji francuskiej, ale także (od drugiej połowy XIX wieku) idei narodowej (w wieku XX najbardziej reprezentatywny jest tu gaullizm). Państwem narodowym tego typu jest także Hiszpania, obejmująca swoimi granicami krainy kiedyś samodzielne pod względem politycznym i językowym (Katalonia).

Regionaliści od samego początku głoszą tezę, że państwo narodowe jest nie tyle instytucją będąca narzędziem realizacji celów poszczególnych narodów, lecz instytucją zniewalającą te narody, narodowości i jednostki. Posługując się hasłami wolnościowymi, regionaliści głoszą postulat „wyzwolenia” ludzi spod ucisku państwa narodowego. Ma to się dokonać poprzez zbuntowanie obywateli przeciwko własnym państwom. Ten bunt związany jest ściśle z propagowaniem innej, niż narodowa, świadomości – obywatelskiej, regionalnej, etnicznej, kulturowej. W tym celu najbardziej znaczące zadanie otrzymują narodowości zamieszkujące poszczególne państwa narodowe. We Francji są to Bretończycy, Alzatczycy, Sabaudczycy, Prowansalczycy, Baskowie. W Hiszpanii są to przede wszystkim Katalończycy, a w Wielkiej Brytanii Szkoci, Walijczycy i Irlandczycy. Regionaliści dążą więc do zbuntowania narodów lub wspólnot etnicznych, które nie mają w tej chwili własnych państw, przeciwko państwom, w których zamieszkują.

Czołowy ideolog regionalizmu, Szwajcar Denis de Rougemont (1906-1985) pisał: „Przeszkodą dla powstania jakiegokolwiek związku łączącego Europę, a więc powstania wszelkiej unii federalnej, jest niewątpliwie Państwo Narodowe, takie, jakiego model stworzył Napoleon, ze względu na możliwość wojny w pełni scentralizowane (…) Co mianowicie oznacza powstanie Państwa Narodowego? Jest to poddanie całego narodu albo grupy narodów podbitych przez jeden spośród nich, absolutnej władzy państwa. Jest to zamysł, aby na jednym obszarze, zakreślonym przebiegiem wojen i nagle nazwanym „świętą ziemią ojczystą”, współistniały ze sobą rzeczywiste, zupełnie odmienne od siebie byty, których żadne powody nie skłaniają do posiadania wspólnych granic, a także języka, gospodarki, statusu obywatelskiego”. Jak widzimy, dla autora tych słów Państwo Narodowe to monstrum zniewalające jednostki i grupy etniczne. Jednak najbardziej niebezpieczne w tym toku myślenia jest coś innego – to teza, że granice współczesnych państw są nie tylko sztuczne, ale w dodatku ustanowione siłą. Teoretycznie rzecz biorąc jest w tym cząstka prawdy, ale jeśli nawet się z tym zgodzimy, to trudno zaakceptować wniosek o pilnej konieczności ich rewizji. Granice państw narodowych są wynikiem procesu historycznego, są od lat spokojne, dlatego próba zburzenia status quo terytorialnego jest niebezpieczna.

Nienawiść do instytucji Państwa Narodowego idzie tak daleko, że Rougemont odrzucał nawet ideę konfederacji tychże państw. Pisał: „Ktoś może powiedzieć, że niesłusznie wyostrzam sprzeczność pomiędzy Państwem Narodowym a federacją, sprowadzając ją do dylematu: władza albo wolność, pojmowanych jako cele zjednoczenia. Nie sądzę jednak, aby dało się utrzymać istnienie jakiejś trzeciej drogi. Nie wierzę w tę „potężną konfederację”, o której mówił generał de Gaulle, a która składałaby się z Państw Narodowych, zazdrośnie upierających się przy pretensjach do absolutnej suwerenności. Nie wierzę w takie Towarzystwo Przyjaciół składające się z mizantropów. Wierzę natomiast w konieczność dekompozycji naszych Państw Narodowych. Albo raczej w konieczność ich odrzucenia, zdemistyfikowania ich sakralności; ich granice powinny być przepuszczalne jak sito, te granice na ziemi, pod ziemią i w powietrzu powinny być zakwestionowane i przy każdej okazji należy wykazywać, jak są absurdalne”.

Odrzucenie koncepcji gen. Charlesa de Gaulle`a jest bardzo charakterystyczne dla wszystkich regionalistów – był to dla nich wróg numer 1. W tym miejscu trzeba jeszcze raz przypomnieć, że de Gaulle nie był twórcą idei Europy Ojczyzn i nigdy nie używał tego terminu, co z uporem mu się przypisuje. De Gaulle, który chyba najwcześniej ze wszystkich dostrzegł niebezpieczeństwo regionalizmu, stał na stanowisku, że Europa może być jednoczona tylko jako konfederacja suwerennych państw narodowych. Wspólnota taka mogłaby mieć pewne cechy ponadnarodowe, ale odrzucał z góry jakiekolwiek pomysły, by rozbudowywane instytucje europejskie uzyskiwały coraz większe kompetencje kosztem suwerenności poszczególnych państw. W jego rozumieniu termin „Europa Ojczyzn” był zbyt wąski, a ponadto mógłby być źle rozumiany, wszak „ojczyznami” dla ich mieszkańców są i Bretania, i Alzacja, a to pachniało już regionalizmem wymierzonym w integralność terytorialną państw narodowych.

Wróćmy do de Rougemonta. Jego wizja przyszłości rysowała się przeraźliwe jasno: „W jutrzejszej Europie, wyzwolonej od tyranii granic politycznych i administracyjnych, narzucanych całościom etnicznym i ekonomicznym, bardzo szybko zarysuje się i umocni podział na organizujące się regiony. Będą się one kształtować zgodnie z tym, co je zbliża i uzupełnia, zgodnie również z nowa rzeczywistością, która je powołała do życia, przekraczając natomiast dawne granice narodowe (…) I na tych właśnie regionach zbudujemy Europę, nie zaś na strukturach – w dużej mierze już nie wypełnionych treścią – narodów. Przejście od narodu do regionu będzie podstawowym zjawiskiem dla Europy końca XX wieku”.

Denis de Rougemont nie był bynajmniej oderwanym od rzeczywistości doktrynerem. Jego wizje podzielali tzw. ojcowie zjednoczonej Europy – zwłaszcza zaś Jean Monnet (1888-1979). Monnet wiedział jednak, że walka o wizję Europy Regionów nie będzie prosta. Jak pisze Jerzy Chodorowski, podstawową ideą jaką kierował się Monnet, to „koncepcja zjednoczenia Europy poprzez ograniczanie suwerenności narodowej na wybranych wąskich odcinkach życia narodowego”. Tym odcinkiem stała się najpierw gospodarka. Już podczas Kongresu w Hadze w roku 1948 Monnet stwierdził: „Zacząć trzeba od zrobienia czegoś jednocześnie i bardziej praktycznego i bardziej ambitnego. Suwerenność narodową trzeba zaatakować odważniej na węższym froncie”. Tym frontem stała się wymyślona przez niego Europejska Wspólnota Węgla i Stali, zalążek ponadnarodowej wspólnoty.

Regionalizm w ramach UE

Regionaliści starali się na każdym etapie integracji (najpierw w ramach EWG, a potem UE) wzmacniać swoją koncepcję poprzez tworzenie instytucji zajmujących się popieraniem regionalizacji, jak i tworzeniem dokumentów prawnych nadających regionom coraz większy status. Jak piszą autorzy książki „Euroregiony – pierwszy krok do integracji europejskiej”, Włodzimierz Malendowski i Małgorzata Ratajczak: „Początkiem rzeczywistej polityki regionalnej było powołanie w 1975 r. w ramach Wspólnot Europejskich, Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego (FEDER), który rozdzielał fundusze wspólnotowe na rzecz najsłabiej rozwiniętych regionów”. Kolejnym krokiem było przyjęcie przez Traktat z Maastricht zasady subsydiarności, co umożliwiło przedstawicielom regionów zasiadanie w Radzie Ministrów Wspólnot Europejskich. Utworzono też ważną instytucję – Komitet Regionów. Wspominani wyżej autorzy piszą: „Traktat z Maastricht, wprawdzie w niewielkim zakresie, ale uznaje region za podmiot współpracy w ramach Unii Europejskiej. Na szczeblach rządowych rośnie zrozumienie dla ważnej roli, jaka odgrywa zróżnicowanie regionalne. Szczególnie aktywne są niemieckie landy, które wyposażone w szerokie kompetencje przez rząd federalny, mają swoje przedstawicielstwa we Wspólnotach, uczestniczą w debatach kształtujących politykę w tych dziedzinach, które dotyczą spraw regionalnych”.

Kluczową instytucją realizującą ideę regionalizacji jest utworzony w 1994 roku Komitet Regionów. W jego skład wchodzą 222 regiony. Oficjalnie zadaniem Komitetu jest koordynacja polityki regionalnej i zacieranie różnic pomiędzy poszczególnymi regionami. W istocie Komitet Regionów zajmuje się kreowaniem regionalizacji na wzór niemiecki. Jego rangę podniósł Traktat Amsterdamski (1997). Niemiecki autor, Christian Engel, pisze na ten temat: „Komitet Regionów rozpoczął pracę w bardzo trudnych warunkach. Mimo to zdołał w ciągu krótkiego czasu wykazać się niemałą skutecznością i wydać opinie na temat zagadnień niezwykle ważnych z punktu widzenia polityki regionalnej. Obok działalności doradczej szczególne znaczenie mają liczne inicjatywy podejmowane wspólnie z Komisją [Europejską], np. w zakresie „terytorialnych paktów zatrudnienia”. Traktat Amsterdamski spowodował podniesienie pozycji Komitetu Regionów – w porównaniu z jego postulatami wprawdzie skromnie, ale realnie. Jego pierwszoplanowym zadaniem pozostaje nadal unikanie merytorycznego rozpraszania się i silniejsza koncentracja na regionalnych aspektach polityki UE”.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat regionaliści wprowadzili do wielu dokumentów UE swoje postulaty ideologiczne. Są to w tej chwili już oficjalne dokumenty Wspólnot. Przykładem takiego dokumentu jest Europejska Karta Regionów Granicznych i Transgranicznych. Dokument uchwalono w dniu 20 listopada 1981 roku w jednym z pierwszych euroregionów pod nazwą EUREGIO na pograniczu Niemiec i Holandii. Co ciekawe, w zmienionej postaci uchwalono go ponownie w dniu 1 grudnia 1995 roku w Szczecinie, w Euroregionie POMERANIA. Euroregiony to jeden z pomysłów ideologów regionalizacji na „zacieranie” granic państwowych. W cytowanym dokumencie bez trudu dostrzec można wpływ koncepcji de Rougemonta i Monneta. „Granice są „bliznami historii”. Współpraca transgraniczna pomaga w łagodzeniu niekorzystnych skutków istnienia owych granic, a także w przezwyciężaniu skutków położenia terenów przygranicznych na narodowych obrzeżach państw oraz służy poprawie warunków życiowych osiadłej tam ludności”. Jak widzimy granice między państwami narodowymi traktowane są tutaj jako zło wymagające przezwyciężenia, jako „blizny historii”. Dalszy wywód autorów tego dokumentu też nie pozostawia wątpliwości, co do intencji jego twórców: „Dzisiejsza Europa jest ukształtowana w wyniku wspólnej kultury i przeszłości. Głównie do XVII wieku powstawała mozaika wspólnot historycznych. Wiek XVIII przyniósł wraz z dynamicznym rozwojem przemysłowym i politycznym sformułowanie takich pojęć jak: praworządność, prawa człowieka, prawa zasadnicze, gospodarka wolnorynkowa. W XIX i XX wieku w wyniku napięć między regionami – na których swe piętno wycisnęło wiele czynników wspólnych – ukształtowały się państwa narodowe, jako dominujące zjawisko w ówczesnej Europie. Granice państw narodowych podzieliły częstokroć europejskie wspólnoty historyczne wraz z ich regionami i grupami narodowościowymi, nie powodując jednak ich zaniku”. Tak więc, powstanie państw narodowych, w myśl tego wywodu, było gwałtem zadanym tendencjom prawdziwie europejskim. Wniosek nasuwa się wiec jedne – teraz trzeba te państwa zlikwidować albo pozbawić jakiegokolwiek znaczenia. Celem wyznaczonym przez autorów dokumentu jest likwidacja „blizn historii”, ale nie tylko. Chodzi też „o urzeczywistnienie idei „Europy obywateli”. Tu mamy już do czynienia z celem czysto ideologicznym. Nie mówi się tylko o przezwyciężaniu niedogodności mieszkańców strefy przygranicznej, mówi się o idei „Europy obywateli”. Co to oznacza? Nic innego, tylko budowę struktury ponadnarodowej na gruzach zarówno państwa narodowego, jak i na gruzach poczucia przynależności do określonego narodu. Dokument precyzuje zresztą ten cel do końca. W części V zatytułowanej „W perspektywie XXI wieku” czytamy, że regiony graniczne i transgraniczne stają się „probierzem powstania Europy regionów”.

Europa Regionów, Europa Niemiecka

Dla wielu autorów, głównie francuskich, nie ulega wątpliwości, że lansowana usilnie idea federalistycznej Europy, w której podstawową jednostką będzie nie państwo narodowe, tylko region – służy dalekosiężnym celom polityki niemieckiej. Obszernie pisze o tym autor wydanej w roku 2002 książki pt. „Mniejszości i regionalizmy w federalnej Europie Regionów. Dochodzenie w sprawie niemieckiego planu, który wstrząśnie Europą” – Pierre Hillard. Zadał sobie trud prześledzenia polityki niemieckiej na przestrzeni ostatnich kilkuset lat i współcześnie. Doszedł do wniosku, że polityka ta powróciła do swojej starej koncepcji, obecnej już od czasów średniowiecza. Ta koncepcja, najkrócej rzecz ujmując, polega na wykorzystywaniu różnorodności etnicznej, językowej i kulturowej Europy w celu rozbicia silniejszych struktur politycznych i zaprowadzenia na całym kontynencie ładu prawnego, będącego odwzorowaniem struktury obowiązującej w RFN. Wykorzystywanie mniejszości narodowych przez politykę niemiecką ma długą historię, ale chyba w najbardziej klarowny sposób zdefiniował ją Gustaw Stresemann w 1925 roku. Według autora, Helmut Kohl był spadkobiercą tejże doktryny i nadał jej nową treść.

Jak Niemcy realizują obecnie doktrynę Stresemanna? Bardzo finezyjnie. Propagowaniem idei Europy Regionów zajmuje się co najmniej kilkanaście założonych przez Niemców instytucji, które zasilane są finansowo przez państwo niemieckie i Unię Europejską. Do najważniejszych autor zalicza: Foederalische Union Europaischer Volksgruppen (FUEV) z siedzibą we Flensburgu, Ostsee Akademie (Akademia Bałtycka), International Institut fur Nation-alitatenrecht und Regionalismus (INTEREG), czy European Bureau for Lesser Used Languages i Arbeitsgemeinschaft Europaischer Grenzenregionen. Na szczeblu unijnym kluczowym jest Komitet Regionów, inspirowany głównie przez wyżej wymienione instytucje niemieckie.

Program tych instytucji jest sformułowany jasno – chodzi o budowę Europy Federalnej, w której podstawową jednostką będzie nie państwo narodowe, lecz region autonomiczny. Autor, po przeanalizowaniu programów wszystkich wymienionych fundacji i organizacji doszedł do następującego wniosku: „Dla wszystkich członków tych instytucji państwo narodowe jest „czarną owcą”, czymś, co należy zniszczyć, jako organizację represyjną i relikt przeszłości” (s. 154). I dodaje: „Ten sposób działania jest zgodny z linią i intencjami polityki niemieckiej” (tamże). Plan działania przewiduje rzucenie do walki przeciwko państwom narodowym 100 mln różnego rodzaju mniejszości – narodowych, kulturowych, językowych i etnicznych. Oczywiście nie do walki zbrojnej, lecz polityczno-kulturowej. Narzędziem mającym pomóc mniejszościom w walce z państwami narodowymi jest Unia Europejska. Kluczowym dokumentem programowym dla tej koncepcji jest uchwalona w 1994 roku w czeskim Brnie „Charta Gentium et Regionum”. Jeden z punktów tego programu mówi: „Wszystkie grupy etniczne i mniejszości, zamieszkujące na danym terytorium, mają prawo do autonomii kulturalnej i edukacyjnej, do wielojęzyczności”. A „autonomiczne regiony” mają „brać czynny udział we władzy i uczestniczyć w procesie decyzyjnym w Europie”. Karta wprost nawołuje do nawiązywania współpraca transgranicznej „bez uprzedniego szukania uprzednio zgody rządów”, a wszystkie mniejszości narodowe do „otwartej walki przeciwko dyskryminacji i asymilacji”.

Do czołowych postaci tak rozumianej polityki niemieckiej należą: Stefan Troesbt, Kurt Hamer, hr Franz von Stauffenberg, Wilhelm Hahn, Philippe von Bismarck i Erika Steinbach. Rola niemieckiego Związku Wypędzonych (BdV) w propagowaniu i realizacji tego planu jest zresztą nie do przecenienia. Autor z dużą precyzją kreśli politykę BdV, dziwiąc się przy okazji, że Polacy i inne narody Europy Środkowej tak łatwo dają się wciągać w niebezpieczną dla siebie grę. A gra jest prosta – na konferencje organizowane przez wymienione wyżej instytucje zapraszane są osoby reprezentujące grupy mniejszościowe z całej Europy. Wymienić można kilka przykładowo: „Unia Słoweńska”, „Federacja Węgierska Wojwodiny”, „Komitet Akcji Regionalnej Bretanii”, „Partia Wolnej Bretanii” itp. Z Polski w centrum zainteresowania federalistów są takie organizacje jak: Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie, Federacja Górnego Śląska, czy nawet Kongres Polaków w Rosji. W dniach 12-16 maja 1999 roku w konferencji organizowanej przez FUEV i inne instytucje wziął udział Sokotka Konopacki ze Związku Polskich Tatarów, Brunon Synak ze Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego oraz Tadeusz Siegfrieg Willan z „Masurische Gesellschaft” z Olsztyna.

Autor prześledził także finanse przeznaczane na tę działalność. I tak, FUEV otrzymuje z UE subwencje w wysokości 260-270 tys. marek niemieckich (lata 1995-1996). Fundacja Hermanna Niermana wydała w latach 1990-1996 18 mln marek na wsparcie mniejszości narodowych w Niemczech, Danii, Polsce i na Węgrzech. Akademia Bałtycka dostaje pieniądze z budżetu niemieckiego MSW, a mniejszość niemiecka w Polsce otrzymała w latach 1990-1997 pomoc w wysokości 203,06 mln marek! Jak obliczył autor, ogólna suma pomocy dla mniejszości w Europie Środkowej wyniosła w tym czasie 1,285 mld marek! Warto tylko dodać, że roczny budżet BdV wynosi 140 mln marek (ok. 70 mln euro) i pochodzi z dotacji państwa niemieckiego. Polityka ta jest zdecydowanie popierana przez państwo niemieckie. Autor cytuje wypowiedź Klausa Kinkela, ówczesnego ministra spraw zagranicznych Niemiec, który stwierdził, że program lansowany przez wyżej wymienione instytucje, „to jest to, czego nam trzeba”.

Konkluzje autora są jednoznaczne: „Słabość polityczna państw Europy Środkowej jest dzisiaj okolicznością sprzyjającą dla niemieckiego naporu” (s. 299). Autor widzi zagrożenie głównie dla państw tego regionu, ale nie ukrywa też obaw o przyszłość państwa francuskiego. Niemcy już w XIX wieku posługiwali się bronią separatyzmu i regionalizmu chcąc osłabić panowanie Francji nad Alzacją i Lotaryngią. Teraz zapraszają do siebie separatystów bretońskich czy koryskańskich. Po co? Żeby osłabić fundamenty państwa narodowego, w którym panuje jeden język urzędowy, jedno prawo, jedna administracja. A dalej? Hillard pisze: „Obecna kompletna przebudowa Europy nabiera tempa. Jeśli nic nie zatrzyma tego procesu, otrzymamy wkrótce mapę Europy Federalnej z regionami, tak jak życzyła sobie tego Waffen SS, a wcześniej Niemcy Ottonów i Hohenstauffów”. (s. 300). Jako dowód autor zamieszcza mapę Europy opracowaną przez Waffen SS (w Polsce etnicznej SS przewidywało trzy regiony: Mazowsze, Łysa Góra ze stolicą w Łodzi i Galicja).

Przypadek francuski

Francja jest krajem najbardziej narażonym na rozbicie w wyniku ewolucji „idei europejskiej” w kierunku federalizmu i regionalizmu. Bierze się to przede wszystkim z tego, że na jej terenie zamieszkują narodowości o dosyć jasno sprecyzowanej tożsamości kulturowej i językowej. Chodzi tu zwłaszcza o Bretończyków. Korsykańczyków, Sabaudczyków, Alzatczyków czy Prowansalczyków. Nie są to narody polityczne, gdyż nie posiadają one własnego państwa. W myśl koncepcji prawnej Republiki Francuskiej wszyscy oni są Francuzami. Jednak w ostatnich latach włożono wiele pracy, by doprowadzić do ożywienia ich separatyzmu. Zaczęło się niewinnie, od dowartościowania zapomnianych już przez wielu języków tych narodów (czy narodowości). Wśród Bretończyków zapanowała moda na uczenie dzieci języka bretońskiego, a także na podkreślanie własnej tożsamości kulturowej. Organizowane są festiwale piosenki bretońskiej w Lorient, a spora część Bretończyków zaczęła manifestować pod własnymi sztandarami. Obudził się także ruch separatystyczny, zgłaszający hasła nie tylko autonomii w ramach Republiki Francuskiej, ale i pełnej suwerenności. Udział różnych partii i ugrupowań bretońskich w zjazdach organizowanych w Niemczech – jest tu wielce wymowny. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że Niemcy podczas II wojny światowej starali się wykorzystać separatystów bretońskich do kolaboracji przeciwko francuskiemu ruchowi oporu i przeciwko Francji jako takiej. Politycy francuscy przywiązani do idei l`etat-nation nie kryją niepokoju, tym bardziej, że widoczne jest gołym okiem, że separatyzmy tego rodzaju mają pełne poparcie Brukseli.

Rządząca obecnie większość prawicowa we Francji zapowiedziała, ustami premiera Jean-Pierre Raffarina, że będzie dążyła do zmiany konstytucji w kierunku większej decentralizacji. Projekt przewiduje: wprowadzenie do tekstu konstytucji zapisu o regionie (do tej pory termin „region” nie funkcjonuje w ustawie zasadniczej, mimo istnienia regionów, będących strukturami zrzeszającymi po kilka departamentów), wprowadzenia prawa do autonomii finansowej społeczności lokalnych oraz nadanie im prawa do organizowania referendum lokalnego. Oficjalnie celem tej operacji jest decentralizacja i odbiurokratyzowanie państwa. Jednak tego projektu nie można rozpatrywać bez kontekstu europejskiego i coraz silniejszej tendencji federalistycznej. Dlatego właśnie plany Raffarina wzbudziły niepokój zarówno ideowych gaullistów, jak i tych polityków lewicy, którzy stoją na gruncie państwa narodowego, a poza tym nie mają zaufania do Niemiec. Przykładem takiego polityka jest były szef resortu spraw wewnętrznych w rządzie Lionela Jospina – Jean-Pierre Chevenement. W wywiadzie dla tygodnika „L`Express” tak ocenia konsekwencje pomysłów rządowych: „To jest początek procesu, który rozbije Francję, republikę unitarną i naród polityczny. To zmierza w kierunku modelu federalnego, w kierunku „Europy regionów”. Nie jestem przeciwnikiem decentralizacji, ale w ramach Republiki”. Chevenement przekonuje, że przygotowywana reforma oznacza koniec jednolitego prawa na terenie kraju, a idea referendum lokalnego, to „rozbicie jedności narodu francuskiego na rzecz małych narodów regionalnych”. Ponadto projekt ten kreuje zbiorowości o statusie szczególnym, przez co uzyskają one możliwość legalnego działania na rzecz oderwania się od Francji. Chodzi tu przede wszystkim o Korsykę, gdzie działa silny ruch separatystyczny, nie cofający się nawet przed użyciem siły. Chevenement przestrzega twórców projektu: „Wraz z wprowadzeniem ustaw decentralizacyjnych otworzycie puszkę Pandory: po Korsyce przyjdzie Kraj Basków [część Baskonii leży na terenie Francji - red.], potem połączenie dwóch departamentów alzackich, potem dwóch w Sabaudii, etc. Otwieracie drogę do rozkładu Francji”.

Na łamach tego samego tygodnika Claude Allegre także zgłasza swoje wątpliwości, choć nie w tak kategorycznym tonie. Pisze on: „Modyfikacja Konstytucji proponowana przez rząd jest zbyt dwuznaczna. Istnieje niebezpieczeństwo otwarcia drzwi do autonomizacji i Europy regionów do czego zachęcają brukselscy technokraci (…) Trzeba więc jasno sprecyzować w tekście Konstytucji, że politykę europejską Francji i jej regionów prowadzi wyłącznie Państwo. Ambasady regionów w Brukseli powinny być zlikwidowane. To niezbędny warunek. Zdecentralizowana republika powinna zostać republiką”.
Polscy inspiratorzy regionalizacji

W Polsce propagowaniem idei regionalnej zajmuje się najdłużej i najbardziej zaciekle środowisko gdańskich liberałów, które tworzyło przez pewien czas Kongres Liberalno-Demokratyczny. Już na początku lat 90. w wydawanym przez to środowisko periodyku „Przegląd Polityczny” zaczęły pojawiać się artykuły kwestionujące rolę państw narodowych i gloryfikujące regionalizm. Było i jest to ściśle związane z propagowaniem swoistego kultu historii Gdańska – jako antytezy narodowego (nacjonalistycznego) patrzenia na historię. Wielokulturowość, wieloetniczność i wielowyznaniowość – to jest ideał historycznej propagandy gdańskich liberałów. Gdańsk był potężny i bogaty, kiedy był wieloetniczny, spadł do podrzędnej roli, kiedy powstały państwa narodowe.

Donald Tusk już w roku 1995 nawoływał do „buntu prowincji”. Pisał: „Polacy nadal myślą w kategoriach państwa scentralizowanego i unitarnego, a każda próba dyskusji nad zmianą ustrojową traktowana jest przez wielu jak zamach na jedność państwową. O ile w jakimś stopniu aprobowana jest prywatyzacja i samorząd gminny, o tyle nieufność, szczególnie wśród elit politycznych, budzi idea regionalizacji”. Dalej Tusk przekonuje: „Bunt prowincji nie jest irredentą. Jakże często w Polsce aspiracje do autonomii terytorialnej przedstawia się jako chęć uniezależnienia któregoś z regionów od reszty kraju, gdy tymczasem chodzi o uniezależnienie się kraju od stołecznego centrum. To Warszawa argumentuje fałszywie, że większa samodzielność Pomorza czy Wielkopolski odbija się niekorzystnie na pozycji Suwalszczyzny czy Kieleckiego, tak jakby pieniądze stamtąd wędrowały do Pomorza czy Gdańska”. I wreszcie najbardziej istotna część tego wywodu: „W interesie polskiej prowincji leży więc radykalne ograniczenie centralnej redystrybucji, obniżenie podatków i zmiana ich charakteru z państwowego na lokalny oraz ustanowienie dużych samodzielnych województw samorządowych z szerokimi kompetencjami (ze stanowieniem prawa lokalnego włącznie). Tylko silny i zdeterminowany ruch polityczny jest w stanie sprostać temu wyzwaniu, ruch będący autentycznym buntem prowincji. Historia pokazuje, że moloch Państwa jest zdolny do wszystkiego, z wyjątkiem dobrowolnego wyzbycia się władzy”.

W tym samym stylu prezentuje swoje racje były premier Jan Krzysztof Bielecki w tekście po wymownym tytułem „Nowa Hanza”: „Dzisiaj, w wielu państwach uznawanych przez nas za silne i bogate wprowadza się liczne rozwiązania przywracające swobody i autonomię poszczególnym regionom. Dotyczy to już nie tylko Hiszpanii, Niemiec czy Włoch, ale także Finlandii, a nawet Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii (…) Czy ta tendencja będzie jeszcze mocniejsza w następnych dekadach? Czy Europę czeka diametralnie przeobrażenie i polityczna rewolucja? Czyżby polityczna mapa Europy miała coraz bardziej przypominać te sprzed tysiąca lat? Trudno odpowiedzieć na tak postawione pytanie, ale jedno jest pewne – coraz większe znaczenie będą miały w Europie silne, sprawnie zarządzane społeczności lokalne i regionalne”.

Warto w tym miejscu zauważyć, że doktryna gdańskich liberałów jest zgodna z dominującym w tej chwili nurtem ideologii liberalnej, czy nawet liberalno-konserwatwnej. Nicią przewodnią jest oczywiście antynacjonalizm, rozumiany jednak doktrynersko jako nie tylko walka z przejawami szowinizmu, ale myśli narodowo-państwowej jako takiej. To jest wróg numer jeden. Dla realizacji tego antynarodowego i antypaństwowego dogmatu liberałowie gotowi są sprzymierzyć się nawet z brukselską biurokracją, która też jest przecież strukturą „ucisku” i „centralizacji”. Liberałowie uznali jednak, że cel uświęca środki – zniszczenia państw narodowych jest najważniejsze, nawet w przymierzu ze skrajnym biurokratyzmem brukselskim. Można więc postawić tezę, że cała lansowana przez liberałów koncepcja decentralizacji państwa w istocie nie jest motywowana względami czysto merytorycznymi, lecz przede wszystkim ideologicznymi. Najlepiej widać to na przykładzie publicystyki sprzymierzonego z liberałami Janusza Majchereka, który od lat prowadzi „krucjatę” przeciwko polskiemu państwu i polskiej historii. Jego artykuły na ten temat bez przeszkód ukazują się na łamach najbardziej prestiżowych dzienników i tygodników.

Oto jeden z przykładów jego wywodów z roku 1999: „Powiaty i województwa rozpoczynają właśnie, nie bez trudności i komplikacji, funkcjonować. W sensie polityczno-administracyjnym przestrzeń między lokalnością a centrum została więc, po wielu latach i przezwyciężeniu mnóstwa przeszkód, zabudowana. Stopniowo będzie zagospodarowywana. Ciekawe, czy uda się ją wypełnić także w sensie społecznym i kulturowym. Będzie to proces znacznie mniej spektakularny, bo nie da się go zinstytucjonalizować ani nim sterować. Kto wie jednak, czy nie okaże się od instytucjonalnego nie tylko ciekawszy, ale i ważniejszy. Ankietowe badania socjologiczne od lat pokazywały, że Polacy znają właściwie tylko dwie sfery odniesienia społecznego i kulturowego, budujące tożsamość: rodzinę i naród. W czasach PRL wynikała stąd pewna ambiwalencja i rodziły się poważne niebezpieczeństwa. W nowej Polsce doszły kolejne. Utożsamienie z narodem w okresie pozbawienia wolności i braku przestrzeni do obywatelskiej aktywności mogło być konstruktywne, inspirować do pozytywnych działań i wartościowych postaw. Dzięki takim więziom, działaniom i postawom możliwy był Sierpień i „Solidarność”, a także „okrągły stół”. Ambiwalencja polegała na tym, że na tę samą inspirację powoływali się przeciwnicy Sierpnia, „Solidarności” i „okrągłego stołu”, nie tylko zresztą z ekipy stanu wojennego. Powołując się na naród i jego interes (a jeszcze bardziej domowy spokój polskich rodzin) można było czynić wszystko, cokolwiek lub nic. Niebezpieczne było zwłaszcza to ostatnie. Przestrzeń między rodziną a narodem zapełniało bowiem państwo, zawłaszczając ją i podporządkowując sobie. Było to państwo totalitarne, a przynajmniej opresyjne. Po jego upadku niebezpieczeństwo nie znikło, zmieniła się tylko jego natura. Groźbę totalitaryzmu zastąpiło niebezpieczeństwo centralizmu, a wszechwładzę opresyjną omnipotencja decyzyjna. Niektórzy nie uważali jednak tego wcale za groźne, a inni groźby nie dostrzegali.

Narodowcy wiedzieli, że uznanie prymatu tożsamości narodowej oznacza centralizację decyzji, i właśnie dlatego ją akceptowali. Uważali bowiem, że alternatywą dla centralizmu i etatyzmu jest zatracenie unitarności państwa i tożsamości narodowej, więc przeciwstawiali się takim rozwiązaniom z pełną determinacją, część z nich aż do politycznej destrukcji i autodestrukcji. Inni nie rozumiejąc, że nacjonalizm i centralizm wiążą się ze sobą, zwalczali decentralizację z niepełną bodaj świadomością tego, co robią. Argumentowali więc na przykład, że nowoczesne zarządzanie wymaga spłaszczania, a nie mnożenia struktur pośrednich, zaś nowoczesne techniki przesyłania danych (faks, Internet) pozwalają zredukować instytucji pośredniczących w ich przekazywaniu. Dowodzili w ten sposób jednak kompletnego niezrozumienia różnicy między zarządzaniem a samorządnością. W rezultacie także oni agitowali za centralizmem decyzyjnym i rządzeniem jako administracyjnym zarządzaniem”. Majcherek prezentuje, jak widać, ten sam styl myślenia, co cytowani już wcześniej „ojcowie regionalizmu” i gdańscy liberałowie. Przyznaje oczywiście, że idea narodu i państwa była na pewnym etapie przydatna, ale teraz to już tylko „relikt przeszłości”. Majcherek ma skłonność do pisania i mówienia wprost o tym, o czym naprawdę myślą regionaliści. O ile bowiem politycy ukrywają swoje prawdziwe cele pod płaszczykiem haseł o konieczności decentralizacji i działania na rzecz społeczności lokalnych, Majcherek stawia sprawę jasno – chodzi o faktyczną likwidację państwa narodowego, a wstępem do tego powinna być erozja poczucia narodowego. Środkiem do osiągnięcia tego celu jest propagowanie innych więzi, przede wszystkim natury regionalnej.

Regionaliści polscy mają jednak wielki problem – w Polsce regionalizm w wydaniu zachodnioeuropejskim jest śladowy. Państwo jest faktycznie jednonarodowe, nie ma silnych tendencji separatystycznych czy regionalnych. Majcherek pisze o tym tak: „Specjaliści twierdzą, że w Polsce regiony kulturowe zachowały się jedynie w formie reliktowej i tylko na niektórych terenach Śląska, Wielkopolski i Małopolski (a właściwie byłej Galicji). Z pewnością da się także wskazać kilka obszarów żywotnej wciąż kultury lokalnej, przede wszystkim na Podhalu (a bodaj w całej góralszczyźnie), także Kaszubach czy Kurpiach. Prawie cała reszta kraju jest pod tym względem niemal jałowa. Społeczności mieszkańców poszczególnych regionów administracyjnych nie stanowią wspólnot. Czy takie kulturowo-społeczne więzi i odrębność mogą się ukształtować?

Niektórzy twierdzą, że jest to niemożliwe, ponieważ takich regionalnych i lokalnych tradycji w Polsce nie było, a jeśli nawet, to zostały bezpowrotnie zniszczone w toku burzliwych procesów historycznych i odtworzyć się ich nie da. Doświadczenia innych krajów wskazują jednak, że jest przeciwnie. W Hiszpanii wydarzenia były nie mniej burzliwe. Centralistyczna dyktatura i monocentryczna ideologia niszczyły przez dziesięciolecia regionalną i lokalną tożsamość, a odrodziły się one, i to aż do autonomizacji Katalonii i Baskonii. We Francji, gdzie od czasów rewolucji laickie państwo kształtowało ogólnorepublikańską tożsamość obywatelską, odżywają historyczne regiony, wspólnoty i tradycje kulturowe”. Publicysta krakowski jest więc optymistą i wieści z triumfem: „Uważanie nacjonalizmu za koncepcję nowoczesną i przyszłościową jest w dzisiejszych czasach właśnie kompletnym anachronizmem, niezależnie od tego, jak bardzo niektórzy nie chcą tego przyjąć do wiadomości”. Za to regionalizm to dla niego kwintesencja przyszłości i nowoczesności. „Próby dalszego mistyfikowania historii i podtrzymywania narodowo-piastowskiej mitologii mogą jedynie zahamować procesy tworzenia lokalnej i regionalnej tożsamości obecnych mieszkańców tych ziem, a więc prawdziwego ich tam zakorzenienia” – przekonuje autor. Uchwalenie ustawy samorządowej to dla niego początek wielkiego procesu: „Zapoczątkowany obecnie proces regionalizacji to nie tylko administracja i polityka, ale także samoorganizacja i symbolika. Pieczęcie, herby, sztandary i godła miast, powiatów i regionów to zewnętrzny wyraz tradycji, do której się nawiązuje lub którą się tworzy (…) Rodzina i naród to za mało na społeczną i kulturową tożsamość i identyfikację współczesnego człowieka. Świat się poszerza, a równocześnie poszerza się zakres ludzkiej świadomości i tożsamości. Polscy nacjonaliści, którzy zwalczają zarówno regionalizację, jak europejską integrację w imię prymatu narodu i rodziny, w istocie dążą do zubożenia społecznego i kulturowego dziedzictwa obecnych i przyszłych Polaków. Chyba jednak ich usiłowania i opory okażą się daremne”.

Regionalizm po polsku

Mimo urzędowego optymizmu Majcherka, regionaliści polscy mają ogromne problemy, gdyż unitarny charakter państwa polskiego, jak i brak separatyzmów – komplikuje im realizację swoich koncepcji. Takie próby jednak podejmują. Możemy to prześledzić na przykładzie Kaszub. Pisze na ten temat publicysta „Nowej Myśli Polskiej” Krzysztof Szlec: „Rdzenna ludność Kaszub, choć w powszechnym odbiorze jest zaledwie jedną z wielu grup regionalnych składających się na naród polski, tak jak Górale, Mazurzy, Ślązacy, Kurpie itd., odznacza się silnym poczuciem odrębności i przywiązaniem do swojej tradycji. Wśród Kaszubów, podobnie jak u Ślązaków i Górali tatrzańskich, wykształciły się bardzo silne więzi wspólnotowe, dzięki którym uniknęli oni germanizacji i uchronili dorobek wielu pokoleń od zupełnego zapomnienia. Niestety to samo co w warunkach niewoli wzmacniało poczucie polskości wśród Kaszubów, w niepodległym państwie może sprzyjać tendencjom odśrodkowym i alienacji narodowej. Jak to możliwe? Częściowo można złożyć to na karb wspólnych dla społeczności kaszubskiej doświadczeń historycznych, które odróżniają ją od reszty Polaków. Najważniejszym czynnikiem destrukcyjnym jest głęboko zakorzenione uczucie zagrożenia i poniesionych krzywd. Prawdziwych bądź urojonych.

Dziś nakładają się na to tendencje dostrzegalne na całym kontynencie europejskim, wspierane przez instytucje ponadnarodowe, a zmierzające do wzmocnienia regionalizmów kosztem struktur państwowych. Przynajmniej część środowisk kaszubskich dostrzega w tym swojej szansy i sztucznie podsyca antagonizmy pomiędzy Kaszubami, a resztą Polaków. Niejednokrotnie uczestniczą w tym media, które problematykę kaszubską pokazują w krzywym zwierciadle (…) Kaszubi są zorganizowani. Najbardziej świadoma ich część skupiona jest w Zrzeszeniu Kaszubsko-Pomorskim, organizacji istniejącej od 1956 r. (drugi przymiotnik dodano w 1964 r.). Jednym z najbardziej znanych członków Zrzeszenia jest Edmund Wittbrodt, dziś senator, a do niedawna jeszcze minister edukacji w rządzie Jerzego Buzka. Pochodzący z Rumii, swego czasu rektor Politechniki Gdańskiej, należy do awangardy „europejskiej” nie tylko wśród Kaszubów, o czym świadczy powołanie go do Konwentu Europejskiego (informacji tej próżno szukać w jego notce biograficznej „Wiôldżi Kaszëbi” zamieszczonej w „Nordzie”). Kaszubskie korzenie posiada również inny prominentny polityk opcji kosmopolitycznej, Donald Tusk. Zadbają oni zapewne o to, aby ich ziomkowie bez wahania opowiedzieli się za integracją z dużo bardziej tolerancyjną od Polski „Europą”. Jak się wydaje, liderzy Kaszubów znaleźli już drogę do Brukseli. Z dużym uznaniem przyjmują (nie wszyscy zapewne!) nowe trendy europejskie, wśród których wybija się wizja niezależnych (od struktur państwowych) regionów, samodzielnie kreujących swe kontakty z euro-centralą, jak i resztą euroregionów.

Jak czytamy w wielowątkowej uchwale z XV Walnego Zjazdu Delegatów ZKP z dn. 1.12.2001 r.: „Mając świadomość szans i trudności, jakie niesie ze sobą proces integracji Polski z Unią Europejską, Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie popiera ideę zjednoczonej Europy opartej na podmiotowości regionów. (…) Ważne jest, aby nasi przedstawiciele reprezentowali społeczność zrzeszoną w instytucjach unijnych, strzegących praw mniejszości narodowych i grup etnicznych. W tym celu wskazana jest bliska współpraca z innymi grupami etniczno-regionalnymi – zwłaszcza z Fryzami i Żmudzinami – oraz z Federacyjną Unią Europejskich Grup Etnicznych”.

Regionalistą, choć unikającym stawiania sprawy na ostrzu noża, jest prof. Brunon Synak, wybrany niedawno na przewodniczącego Sejmiku Pomorskiego. Synak jest niezwykle aktywnym uczestnikiem wielu konferencji i spotkań organizowanych przez instytucje opowiadające się za Europą Regionów. I tak w dniach 12-16 maja 1999 roku wziął udział, jako oficjalny reprezentant Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, w konferencji zorganizowanej przez niemiecką Federalistyczną Unię Europejskich Wspólnot Etnicznych w Hadersvelt. W dniach 12-13 października 2000 wziął udział w konferencji pt. „Rola samorządu terytorialnego i regionalnych towarzystw kultury w integracji Polski z Unią Europejską” w Poznaniu. Podczas tej konferencji wypowiadano opinie godzące jednoznacznie w instytucję państwa narodowego. Prof. dr hab. Anna Wolff-Powęska, Dyrektor Instytutu Zachodniego w Poznaniu, stwierdziła, że „państwo narodowe nie gwarantuje już ani samodzielności gospodarczej, ani bezpieczeństwa. Dzisiaj zapewnić je może tylko międzynarodowa solidarność. Dlatego też idea integracji jest nie tylko wyzwaniem i piękną wizją, ale także koniecznością. Zdaniem prelegentki fikcją jest również homogeniczność państwa narodowego”. Prof. dr hab. Aleksander Mikołajczak z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza uznał, że „formuła państwa narodowego jest przeszłością”. Brunon Synak z kolei: „Podkreślił wagę poruszanych tematów. Jego zdaniem przyszłość towarzystw kulturalnych zależeć będzie od przyszłego kształtu Europy. Zaznaczył, że współczesne państwo jest za duże do rozwiązywania małych problemów i za małe do rozstrzygania o problemach dużych”. Triumfalnie obwieścił, że tylko w 4 z 25 badanych europejskich krajów (Czechy, Finlandia, Islandia i Polska) występuje dziś „przewaga identyfikacji narodowej nad regionalną”. Kultura regionalna nie jest więc chwilową modą, czy „propagandowym przegięciem”, lecz trwałą wartością. Puentą tej konferencji był referat wicemarszałka Województwa Wielkopolskiego Wojciech Jankowiak, który orzekł, że „polskie województwa samorządowe są już uprawnione zarówno do prowadzenia polityki regionalnej, jak i współpracy międzynarodowej”. Zebrani odśpiewali Hymn Unii Europejskiej na zakończenie pierwszego dnia konferencji.

Kreowanie na siłę regionalizmu kaszubskiego jest najbardziej widoczne i spektakularne, ma w dodatku wsparcie polityczne ze strony liberałów gdańskich. Nieco inaczej jest w przypadku separatyzmu górnośląskiego, reprezentowanego przez Ruch Autonomii Śląska. Próby zarejestrowania przez ten Ruch „narodowości śląskiej” nie zyskały wsparcia żadnej poważnej siły politycznej, nie powiodło się nawet odwołanie do Strasburga. Na razie Ruch ten jest marginesem. Wydaje się, że lobby regionalistyczne większe nadzieje pokłada w rozbudowanej po 1989 roku mniejszości niemieckiej na Opolszczyźnie i Górnym Śląsku. Jeśli chodzi o inne mniejszości narodowe, to ze względu na rozproszenie po Operacji „Wisła” w 1947 roku, mniejszość ukraińska nie jest w stanie tworzyć bazy dla regionalizmu. Byłoby to możliwe tylko w przypadku zamieszkiwania tej ludności na swoim rodzimym terytorium, czyli w Polsce południowo-wschodniej. Natomiast mniejszość białoruska jest zbyt bierna i przejawia tylko aspiracje natury kulturalnej. W sumie, społeczna baza dla regionalizmu jest w Polsce dosyć wąska. Rację miał więc Brunon Synak, ubolewając nad tym, że Polska jest jednym z czterech państw Europy, gdzie poczucie jednolitości narodowej i państwowej jest największe.

Euroregiony

Mimo tych obiektywnych przeszkód, regionaliści nie trącą nadziei. Jeszcze przed wprowadzeniem w życie reformy administracyjnej, zaczęto tworzyć na granicach państwa polskiego tzw. euroregiony. W przeciwieństwie do regionu klasycznego, euroregion ma charakter transgraniczny, czyli obejmuje swym zasięgiem terytoria dwóch lub więcej państw. W doktrynie regionalistów jest to likwidowanie „blizn historii” i czynienie z granic państwowych administracyjnej fikcji. Cechą charakterystyczną jest to, że najwięcej euroregionów powstało na granicach Niemiec. W przypadku Polski to właśnie trzy euroregiony zachodnie są najbardziej aktywne i okazują oznaki życia. Euroregiony położone na wschodzie i południu są raczej fikcją. Stan ten jest tylko potwierdzeniem tezy, że euroregiony są od samego początku narzędziem polityki niemieckiej. Przyjrzyjmy się krótko najważniejszemu z nich – euroregionowi Pomerania.

Serwis PAP podaje: „Euroregion Pomerania od południa graniczy z Euroregionem Pro-Europa Viadrina, a od wschodu – z Euroregionem Bałtyk. Zajmuje powierzchnię ok. 41 tys. km2, zamieszkuje go ponad 3,4 mln osób, a tworzą go regiony trzech państw: Niemiec, Szwecji i Polski. W preambule umowy założycielskiej Euroregionu opowiedziano się za przyszłym członkostwem także duńskich gmin i związków gmin. Ze strony niemieckiej w skład Pomeranii wchodzą cztery powiaty i dwa miasta wydzielone Meklemburgii Pomorza Przedniego (Rügen, Nordvorpommern, Ostvorpommern, Uecker Randow, Stralsund i Greifswald) oraz dwa powiaty Brandenburgii (Uckermark i Barnim) – wszystkie zrzeszone w Związku Komunalnym Europaregion Pomerania. Stronę szwedzką tworzą 33 gminy regionu Skania, tworzące Związek Gmin Skanii. Natomiast stronę polską tworzą dwa podmioty prawne: miasto Szczecin i Stowarzyszenie Gmin Polskich Euroregionu Pomerania. Stowarzyszenie skupia obecnie większość miast i gmin województwa zachodniopomorskiego, ale proces jego poszerzania jeszcze się nie zakończył.

Euroregion Pomerania, jest najmłodszym euroregionem na polsko-niemieckim pograniczu i pierwszym łączącym polskich i skandynawskich partnerów poprzez Bałtyk. Idea powołania Euroregionu Pomerania pojawiła się na początku 1992 r., a w latach 1992-1995 prowadzono rozmowy dwustronne – z udziałem gmin polskich i niemieckich – oraz czterostronne: z przedstawicielami gmin szwedzkich i duńskich w charakterze obserwatorów. Mimo deklaracji Polski i Niemiec o konieczności powołania czterostronnego Euroregionu Pomerania, w lutym 1994 r. podpisano dwustronne Porozumienie o ponadgranicznej współpracy pomiędzy Komunalnym Związkiem Celowym Gmin Pomorza Zachodniego „Pomerania”, a Związkiem Komunalnym Europaregion Pomerania. Toczącym się rozmowom w sprawie powołania Euroregionu towarzyszył proces tworzenia struktur. W czerwcu 1992 r. powstał w Niemczech Związek Komunalny Europaregion Pomerania (Kommunalgemeinschaft Europaregion Pomerania e.V.) z siedzibą w Pasewalku, grupujący 10 powiatów i 3 miasta Meklemburgii-Pomorza Przedniego i Brandenburgii. Miał w swej strukturze 10 grup roboczych ds. współpracy transgranicznej w różnych dziedzinach. Po stronie polskiej, na przełomie 1992 i 1993 r. Sejmik województwa szczecińskiego opracował koncepcję współpracy w ramach przyszłego Euroregionu Pomerania i przygotował projekt statutu związku celowego gmin. Członkami-założycielami była część gmin województwa szczecińskiego.

W grudniu 1995 roku, w szczecińskim Zamku Książąt Pomorskich podpisano polsko-niemiecką Umowę o utworzeniu Euroregionu Pomerania. Jej sygnotariuszami byli: prezydent Szczecina, prezydent niemieckiego Związku Komunalnego Europaregion Pomerania i przewodniczący polskiego Komunalnego Związku Gmin Pomorza Zachodniego „Pomerania”. Szczecin nie wszedł w skład Komunalnego Związku Celowego Gmin Pomorza Zachodniego „Pomerania”, ale zawarł z nim porozumienie o wspólnym działaniu na rzecz utworzenia Euroregionu. Zgodnie z tym dokumentem, miasto to miało połowę polskich głosów w Radzie Euroregionu i 25 proc. wszystkich głosów w strukturach Euroregionalnych. Na początku 1998 roku Euroregion Pomerania rozszerzył się o trzeciego partnera, bo – po reformie administracyjnej z 1997 roku – dwa szwedzkie okręgi (województwa): Kristianstad i Malmöhus połączone w jeden: Skane (Skania) skierowały formalny wniosek szwedzkiego Związku Gmin Skanii (Kommunförbundet Skane) o przyjęcie go do Euroregionu.

Na terenie Euroregionu, między województwem zachodniopomorskim, a niemieckimi i szwedzkimi partnerami należącymi do Unii Europejskiej, funkcjonuje 5 drogowych przejść granicznych, 4 pieszo-rowerowe (w tym 3 dla małego ruchu granicznego), 8 morskich, 3 rzeczne, 1 kolejowe i 1 lotnicze. Celem współpracy jest „podejmowanie wspólnych działań dla równomiernego i zrównoważonego rozwoju regionu oraz zbliżenia mieszkańców i instytucji po obu stronach granicy”. Cel ten ma być realizowany przede wszystkim poprzez: podnoszenie poziomu życia obywateli poprzez wspólne wspieranie inwestycji i programów gospodarczych, szkoleń zawodowych i programów zmierzających do likwidacji bezrobocia; popieranie idei jedności europejskiej i międzynarodowego zrozumienia; współpracę i wymianę grup zawodowych, naukowych, kulturalnych, środowisk młodzieżowych – zwłaszcza form sprzyjających lepszemu poznaniu społeczności zamieszkujących regiony graniczne; utrzymanie oraz poprawę stanu środowiska naturalnego; poprawę gospodarki rolnej i leśnej; budowanie oraz dostosowanie infrastruktury do potrzeb ruchu granicznego i regionalnego; rozwój współpracy gospodarczej; wymianę know-how i transfer technologii; budowę kompleksowego systemu informacji w celu wymiany danych w Euroregionie; rozwój koordynowanego transgranicznego planowania przestrzennego; współpracę w zakresie likwidacji pożarów i klęsk żywiołowych oraz w sytuacjach awaryjnych, a także poprzez wspieranie rozwiązywania problemów przejść granicznych. W Euroregionie Pomerania na co dzień współpracują ze sobą polskie i niemieckie służby mundurowe: policja, celnicy, straże graniczne, straże pożarne (np. OSP z Kołbaskowa, Smolęcina i Penkun), prokuratorzy i sędziowie. Współpracują również administracje rządowe, urzędy pracy i związki zawodowe po obu stronach granicy.

Od jesieni 1999 roku organizowane są wspólne polsko-niemieckie patrole straży granicznych. Współpraca polega też na wymianie informacji o tendencjach w ruchach migracyjnych, o transportach towarów znacznej wartości (m.in. alkoholu, papierosów, sprzętu RTV) oraz broni, amunicji i materiałów wybuchowych. Prowadzi się również wspólne szkolenia, a na przejściu granicznym Pomellen-Kołbaskowo działa polsko-niemieckie Biuro Kontaktowe Służb Celnych. W wyniku dwustronnej współpracy poszerzono przygraniczny pas gmin, na którym obowiązują przywileje małego ruchu granicznego. Transgraniczną komunikację ułatwiło również przedłużenie linii Uznamskiej Kolei Kąpieliskowej (Usedomer Bäder-Bahn) do granicy polskiej w Świnoujściu. W ramach współpracy straży pożarnych przewiduje się wzajemną pomocy podczas katastrof i klęsk żywiołowych. Przykładem współpracy planistów jest przygotowywana od kilku lat wspólna koncepcja rozwoju przestrzennego wysp Usedom/Uznam i Wolin, zakładająca obok wspólnej infrastruktury i gospodarki wodno-ściekowej, energetycznej i turystycznej, również m.in. wspólną polsko-niemiecką szkołę średnią, integracyjne imprezy kulturalno-sportowe i wydawnictwa promocyjne. W ramach porozumienia o współpracy pomiędzy NSZZ „Solidarność” Pomorza Zachodniego i DGB Meklemburgii-Pomorza Przedniego odbyła się m.in. konferencja poświęcona problemom rynku pracy w regionie i możliwościom stworzenia transgranicznego rynku pracy”.

Tyle serwis PAP. Zauważmy, że szereg zadań, jakie realizuje euroregion może być wykonywane przez instytucje obu państw, zarówno samorządowe, jak i państwowe. Mimo to stworzono jednostkę, która ma już zalążki aparatu biurokratycznego i swój budżet. Ma także „prezydenta”. Nie podlega kwestii, że euroregiony to realizacja koncepcji ideowej regionalistów, a nie wyjście naprzeciw potrzebom społeczności przygranicznych.
Województwa czy regiony?

Regionalistyczne lobby przyjęło z niedosytem kształt reformy samorządowej. Krytyka ustawy dokonywana była z pozoru z merytorycznych powodów. I tak, twierdzono, skądinąd słusznie, że samorząd wojewódzki nie ma dostatecznych kompetencji, jest zbyt uzależniony od administracji państwowej, nie ma źródeł pozyskiwania własnych dochodów itp. To prawda, tyle że ostrożność ustawodawcy wynikała nie tylko z przyzwyczajenia do centralizmu, ale i z obaw wyrażanych przez wiele środowisk przed nadaniem województwom nadmiernych prerogatyw, które mogą być wykorzystane przez regionalistów. Tak więc, to sami regionaliści, nie ukrywający swoich prawdziwych zamiarów, wpłynęli pośrednio na powściągliwość ustawodawcy. W debacie poprzedzającej uchwalenie ustawy jednym z najbardziej kontrowersyjnych problemów były kompetencje województwa w dziedzinie polityki zagranicznej. Regionaliści nie ukrywali, że władze województwa powinny mieć daleko idące kompetencje w tej kwestii, łącznie z możliwością prowadzenia własnej polityki zagranicznej. Chodziło tu przede wszystkim o relacje z Unią Europejską. Przeciwnicy argumentowali, że polityka zagraniczna powinna pozostać w wyłącznej gestii państwa. W efekcie przyjęto w ustawie następujące regulacje:

Art. 76. 1. Współpraca województwa ze społecznościami regionalnymi innych państw prowadzona jest zgodnie z prawem wewnętrznym, polityką zagraniczną państwa i jego międzynarodowymi zobowiązaniami, w granicach zadań i kompetencji województwa.

2. Województwo uczestniczy w działalności międzynarodowych instytucji regionalnych oraz jest w nich reprezentowane na zasadach określonych w porozumieniu zawartym przez ogólnokrajowe organizacje zrzeszające jednostki samorządu terytorialnego.

3. Zasady przystępowania województwa do międzynarodowych zrzeszeń społeczności lokalnych i regionalnych określają odrębne przepisy.

Art. 77. 1. „Priorytety współpracy zagranicznej województwa” mogą być uchwalane oraz inicjatywy zagraniczne województwa, w tym w szczególności projekty umów o współpracy regionalnej, mogą być podejmowane za zgodą ministra właściwego do spraw zagranicznych.

2. Uchwały, o których mowa w ust. 1, zapadają bezwzględną większością głosów ustawowego składu sejmiku województwa.

3. Uchwała oraz zawarte umowy o współpracy regionalnej, o których mowa w ust. 1, przesyłane są przez marszałka województwa do ministra właściwego do spraw zagranicznych oraz ministra właściwego do spraw administracji publicznej.

Jak widać, w ustawie zachowano zapis o nadrzędności państwa w dziedzinie polityki zagranicznej, ale praktyka była taka, że MSZ zachęcał władze województw do aktywności na arenie międzynarodowej, np. poprzez zakładanie swoich biur w Brukseli. Po 1999 roku władze wielu województw otworzyły takie biura, co można traktować jako pierwszy krok ku stopniowej autonomizacji polityki zagranicznej tych jednostek.

Regionaliści przekonują, że województwa uzyskają większe możliwości pozyskiwania unijnych funduszy, jeśli będą samodzielne. Taki kierunek myślenia prezentuje np. Tomasz Grzegorz Grosse z Instytutu Spraw Publicznych, który a artykule „Uwaga: centralizacja”, opublikowanego na łamach „Rzeczpospolitej”, pisze: „Po wejściu do Unii Europejskiej Polska będzie mogła wykorzystać poważne kwoty pomocy strukturalnej przeznaczonej na rozwój w regionach. Właśnie lepszemu planowaniu i wykorzystaniu środków europejskich miało służyć w zamyśle autorów reformy terytorialnej z 1998 roku powołanie silnego podmiotu samorządowego na szczeblu wojewódzkim. Zdaniem większości specjalistów decentralizacja zarządzania tymi programami jest skuteczniejsza aniżeli sterowanie funduszami z Warszawy. W regionach łatwiej jest bowiem określić potrzeby, na które powinno się skierować pieniądze. Podejmowanie takich decyzji na szczeblu centralnym często przyczynia się po prostu do marnowania pieniędzy.

Powierzenie zarządzania tymi funduszami wojewodom jest systemowo gorszym rozwiązaniem. W odróżnieniu bowiem od hierarchicznych struktur rządowych, które mogą podejmować decyzje bez udziału miejscowej opinii publicznej, samorządy województw odpowiadają przed wyborcami. Daje to większe szanse na przejrzystość procesu wydawania funduszy europejskich. Istnieje dużo większe niebezpieczeństwo dokonywania pozamerytorycznych decyzji przez wojewodę i jego urzędników. Może on w znacznie większym stopniu aniżeli władze samorządowe być posłuszny decyzjom podejmowanym na szczeblu centralnym, a także wykorzystać środki europejskie do gratyfikacji zaprzyjaźnionych środowisk. Ponadto dotychczasowe doświadczenia pokazują, że właśnie samorządy terytorialne prowadzą najwięcej inwestycji w Polsce i dużo lepiej wykorzystują fundusze publiczne”.

Niby racja, jednak przy analizie tego typu wypowiedzi zawsze trzeba pamiętać o celu zasadniczym, do jakiego zmierzają regionaliści. Dla nich pozyskiwanie funduszy unijnych nie jest tylko podyktowane troską o lokalne społeczności, tylko poszerzaniem kompetencji regionu (publicyści i politycy opcji regionalistycznej coraz częściej nie używają terminu „województwo”, zastępując go nie istniejącym w zapisach ustawy terminem „region). Grosse nie ukrywa zresztą tego, dlaczego regionalistom tak bardzo zależy, by obsługa funduszy unijnych była całkowicie w gestii województwa samorządowego: „Obecnie rząd polski we współpracy z Komisją Europejską tworzy system obsługi funduszy strukturalnych. Z uwagi na skalę środków finansowych będzie to najważniejszy instrument rozwoju w regionach. Przygotowywany system obsługi funduszy strukturalnych będzie miał decydujący wpływ na ustrojową pozycję samorządu województwa. Ma znaczenie dla ukształtowania się stosunków politycznych w regionach, a także relacji między województwami a centrum”.

Nieco innej oceny dokonuje publicysta „Rzeczpospolitej” Jędrzej Bielecki, który pisze: „Dziś swoje biura ma tu ponad 200 regionów. Niektóre są bardzo rozbudowane: Walia zatrudnia 17 pracowników, a Bawaria wykupiła w centrum miasta całą kamienicę. Zależy to nie tylko od zamożności. Niektóre regiony, jak niemieckie i austriackie landy, prowincje Hiszpanii i Włoch, a także belgijska Flandria i Walonia, mają daleko posuniętą autonomię. W niektórych przypadkach pochodzący z wyboru politycy regionalni uczestniczą w posiedzeniach Rady UE i bezpośrednio współdecydują o nowym prawie europejskim. Z polskimi województwami tak nie będzie. Reforma z 1999 r. nie przyznała im wystarczających kompetencji. Jednak na tle krajów „15” prerogatywy naszych samorządowców wypadają całkiem nieźle. Są daleko większe niż w Portugalii (regiony reprezentuje tu attache ambasady), Francji czy Grecji. Także w krajach skandynawskich regiony nie mają wiele do powiedzenia, choć szerokie uprawnienia uzyskały gminy. Inny atut polskich województw: mają identyczny status prawny, podobną wielkość, zwykle te same interesy do załatwienia w Brukseli. Nie będą więc ze sobą konkurować w kontaktach z unijnymi instytucjami. Nie wszystkie polskie województwa zdają już sobie sprawę ze swoich atutów. Połowa z nich nie ma do tej pory własnych reprezentantów w Brukseli. Utrudnia to możliwość działania nie tylko samorządowcom, ale także lokalnemu biznesowi, szkołom, stowarzyszeniom kulturalnym”.

Nie chodzi jednak tylko o pieniądze. Bielecki ujawnia: „Przedstawicielstwa regionów nie interesują się jednak tylko pieniędzmi. Bardzo ważna jest także wiedza o prawie europejskim, tym obecnym i przygotowywanym. Poprzez przedstawicielstwo w Brukseli firmy z danego regionu mogą poznać interpretację unijnych przepisów, która zaoszczędzi im miliony złotych i pozwoli wyprzedzić konkurencję. Ambicje polskich biur są jednak większe. W przyszłości chcą lobbować na rzecz takiego kształtu prawa europejskiego, który uwzględni potrzeby regionu. Pomogą im w tym nowe reguły podejmowania decyzji we wspólnocie”. Drogą do tego celu ma być uczestnictwo naszych województw w Stowarzyszeniu Regionów. Charakterystyczne jest to, że Bielecki, pisząc o kolejnych krokach, jakie należy czynić przy otwieraniu biura w Brukseli, w ogóle nie wspomina o konsultacjach z władzami centralnymi państwa. Zaleca za to rejestrację przedstawicielstwa w ramach Stowarzyszenia Regionów UE oraz „uroczystą inaugurację”, co ma być okazją do powiadomienia urzędników Komisji Europejskiej, dyplomatów krajów „15”, innych biur regionalnych o powstaniu przedstawicielstwa.

Wnioski

Problemów samorządności, decentralizacji, zdejmowania z państwa nadmiernych obowiązków – nie można w chwili obecnej odrywać od szerszego kontekstu zewnętrznego. Nakreślona tutaj strategia zwolenników Europy Regionów jest jasna. Nie jest to, jak widać, koncepcja pozbawiona realnych podstaw. Co więcej, uzyskuje ona coraz większe poparcie w gremiach kierowniczych Unii Europejskiej. Jest także jednym z ważniejszych elementów gry o przyszły kształt Unii. Przedstawiona kilka lat temu przez niemieckiego ministra spraw zagranicznych Joschkę Fischera idea budowy Europy Federalnej, w które rola państw narodowych byłaby ograniczona, a nawet całkowicie zredukowana – jest bardzo poważnie brana pod uwagę. Taka wizja ma oczywiście poparcie samych Niemiec oraz kilku państw z tzw. twardego jądra europejskiego. W tym kierunku zmierzają także działania biurokracji brukselskiej, która zdaje sobie sprawę, że łatwiej jej będzie poszerzać swój zakres władzy w przypadku ograniczenia roli państw narodowych. Nie jest natomiast jasne stanowisko Francji, która z jednej strony przygotowuje się do reformy administracyjnej poszerzającej role regionów, z drugiej zaś strzeże dotychczasowego statusu państwa narodowego. Wizja Europy Regionów na pewno nie znajduje poparcia tych państw, które od dawna z nieufnością podchodzą do kolejnych etapów integracji. Chodzi tu zwłaszcza o Wielką Brytanie i państwa skandynawskie.

To wszystko sprawia, że nic nie jest jeszcze przesądzone. Jak pisze niemiecki publicysta Christian Engel: „Tworzenie regionów, wyposażanie ich w odrębne właściwości, ponadto stosunki między regionalnymi i lokalnymi korporacjami terytorialnymi, a także udział regionów w stosunkach zagranicznych podlegają nadal zróżnicowanym narodowo czynnikom historycznym, kulturowym, geograficznym, ekonomicznym i również politycznym”. To między innymi sprawia, że pozycja regionów takich państwach, jak Grecja, Finlandia, Irlandia czy Portugalia jest prawie żadna. Portugalia zakazuje nawet otwierania przedstawicielstw swoich regionów w Brukseli. „Zadania regionalne realizowane są w wymienionych krajach często przez organy administracji centralnej na szczeblu regionów”.

A jak powinno być w przypadku Polski? Biorąc pod uwagę polską tradycję, polskie interesy narodowe oraz stan tzw. bazy regionalnej – bliżej nam być powinno do modelu portugalskiego i greckiego, a nie niemieckiego czy belgijskiego. W Polsce nie ma warunków dla realizowania koncepcji regionalnej. Państwo ma w zasadzie charakter jednonarodowy, a różnice pomiędzy poszczególnymi częściami kraju są nieistotne. Regionaliści zdają sobie z tego sprawę i próbują od lat sztucznie zmienić tę sytuację, a to poprzez kreowanie separatyzmów, a to poprzez popieranie wszelkich mniejszości narodowych, czy poprzez kampanię na rzecz osłabienia poczucia jednolitości narodu polskiego. Są to działania bezsensowne, często groteskowe, ale mimo to ponawiane usilnie i z wielkim wysiłkiem. Działania te przynoszą, trzeba to jasno stwierdzić, wiele szkody. Głównym ośrodkiem tych działań były i są środowiska liberalne (obecnie Platforma Obywatelska, dawniej KLD), Unia Wolności, różnego rodzaju instytucje, takie jak Fundacja Batorego czy Instytut Spraw Publicznych. Wspierają ich wpływowe media – „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”, tygodnik „Wprost”. Także część SLD „kupiła” temat i z ochotą realizuje regionalistyczną koncepcję. Bardzo często odbywa się to nieświadomie – działacze SLD nastawieni są na pozyskiwanie unijnych pieniędzy, nie zdają sobie sprawy, że tak naprawdę chodzi o coś znacznie ważniejszego.

W polskim przypadku szczególnie ważny jest kontekst niemiecki. Nie można w związku z tym prowadzić polityki rozmywania integralności terytorialnej kraju, np. poprzez uczestnictwo w rozbudowie na granicy zachodniej tzw. euroregionów, nie biorąc pod uwagę dalekosiężnych celów polityki niemieckiej. Doktryna prawna Niemiec opiera się nadal na zapisie o istnieniu Rzeszy w granicach z 1937 roku, na nieuznawaniu uchwał Konferencji Poczdamskiej. W tej sytuacji zgoda na utworzenie na zachodniej granicy euroregionów jest karygodnym błędem. Nie można godzić się też na to, by np. na czele Sejmiku Województwa Zachodniopomorskiego stał prof. Zygmunt Meyer (SLD), który jest jednocześnie „prezydentem” euroregionu „Pomerania”. Jest to klasyczny przykład swego rodzaju schizofrenii politycznej, a ponadto niedopuszczalny model sprawowania władzy, gdzie kompetencje danej osoby nie są jasno sprecyzowane i do końca nie wiadomo, kogo i co taka osoba reprezentuje.

Polityka polska na odcinku samorządowym i europejskim powinna kierować się następującymi zasadami:

- Rzeczpospolita Polska jest krajem unitarnym i w związku z tym próby tworzenia na jej terytorium jakichkolwiek struktur autonomicznych i regionalnych powinna być wykluczona.

- Polska powinna przyjąć jednoznaczne stanowisko w kwestii przyszłego kształtu UE, opowiadając się za Europą Suwerennych Państw Narodowych, a nie za Europą Federalną. Takie stanowisko powinno być przyjęte bez względu na to, czy Polska wejdzie, czy nie wejdzie do Unii.

- Samorządność obywateli realizuje się na poziomie gminnym, powiatowym i wojewódzkim z poszanowaniem unitarnego charakteru państwa polskiego.

- Wszelkie działania struktur samorządowych na arenie międzynarodowej nie mogą podważać unitarnego charakteru państwa polskiego. W związku z tym należy dążyć do zlikwidowania przedstawicielstw „dyplomatycznych” polskich województw samorządowych zagranicą i uregulować ich kontakty z UE na wzór Portugalii.

- Ideę samorządności można bez problemu pogodzić z unitarnym charakterem państwa polskiego. Nie można natomiast godzić się na to, by idea ta była narzędziem z rękach regionalistów i wrogów państwa narodowego.
Jan Engelgard

Literatura

Denis de Rougemont, „List otwarty do Europejczyków”, Warszawa 1995

Jerzy Chodorowski, „Osoba ludzka w doktrynie i praktyce europejskich wspólnot gospodarczych”, Poznań 1990

Włodzimierz Malendowski, Małgorzata Ratajczak, „Euroregiony – pierwszy krok do integracji europejskiej”, Wrocław 1998

Werner Weidenfeld, Wolfgang Wessels, „Europa od A do Z – podręcznik integracji europejskiej”, Gliwice 1999

Pierre Hillard, „Minorites et regionalismes dans l`Europe Federale des Regions. Enquete sur le plan Allemand qui va buleverser l`Europe”, Paris 2001

„Decentralizować, ale do jakiej granicy?”, rozmowa z Jean-Pierre Chevenement, „L`Express”, 17.10.2002

Claude Allegre, „Decentralizacja, tak, ale w ramach Republiki”, „L`Express”, 31.10.2002

Konstytucja Francji, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1997

Dariusz Wasilewski, „A co z Polską? Powiaty. Regiony”, Wrocław 1998

Tomasz Otremba, „Wyżyna polska – o zachowaniu całości i niepodległości Polski”, Gdańsk 1997

„Traktat z Maastricht (w wersji Traktatu Amsterdamskiego) – Traktat Amsterdamski (podstawowe części)”, (Stanisław Krajski – komentarze), Warszawa 2002

Waldemar J. Szczepański, „Europa w myśli politycznej de Gaulle`a”, Warszawa 1979

Jan Krzysztof Bielecki, „Nowa Hanza”, „Przegląd Polityczny”, nr 37/ 1997

Donald Tusk, „Bunt prowincji”, „Przegląd Polityczny”, nr 29/ 1995

Janusz Majcherek, „Przestrzeń do zagospodarowania”, „Rzeczpospolita”, 7.01.1999

Tomasz Grzegorz Grosse, „Uwaga: centralizacja!”, „Rzeczpospolita”, 12.11.2002

Jędrzej Bielecki, „Z doskoku nic się nie da”, „Rzeczpospolita”, 7.10.2002

Krzysztof Szlec, „Być Kaszubą czy Polakiem?”, „Nowa Myśl Polska”, nr 37 i 38, 15.09 i 22.09.2002

Ustawa z dnia 5 czerwca 1998 r. o samorządzie województwa (tekst jednolity)

Już nie można komentować tego artykułu.