Trzecia obrona brzeskiej twierdzy

Brześć, 2 września 1939 roku. Nad Brześć nad Bugiem po raz pierwszy nadleciały samoloty Luftwaffe. Później było już tylko gorzej. 13 września z twierdzy brzeskiej ewakuowano rodziny broniących je żołnierzy. Nadchodziły pancerne oddziały gen. Heinza Guderiana. Ostatni fort broniony przez garstkę Polaków Niemcy zdobyli 27 września. Gen. Konstanty Plisowski, dowódca polskiej obrony zginął, wzięty do niewoli, gdzieś w głębi Związku Radzieckiego.

Kilkanaście miesięcy później, nad ranem 22 czerwca 1941 roku niemieckie oddziały przypuściły pierwszy atak i przystąpiły do oblężenia twierdzy brzeskiej. Radzieccy żołnierze bronili się przez kilkanaście dni. Pod koniec pozostałymi u broni oddziałami dowodził mjr Piotr Gawriłow. Pochodzący z tatarskiej rodziny oficer został pojmany przez Niemców w stanie skrajnego wyczerpania dopiero 23 lipca. Do 1945 roku przebywał w niemieckich obozach koncentracyjnych. Po powrocie do ZSRR odmówiono mu przywrócenia w szeregi partii komunistycznej, jako elementowi niepewnemu. Rehabilitacji dostąpił dopiero na fali odwilży w 1956 roku.

Wielu miejscowych broniło twierdzy brzeskiej dwa razy. Wielu z nich uznawało, że stawiają czoła nie agresji przeciwko Polsce czy ZSRR, lecz napaści Niemców na swoją małą ojczyznę. Bo przez lata określali się po prostu mianem tutejszych…

Brześć 2011

-

-

Po siedemdziesięciu latach od rozpoczęcia wojny niemiecko-radzieckiej twierdza brzeska jest wciąż miejscem symbolicznym. Zadbana i pełna historycznych tablic i monumentalnych, czasem socrealistycznych pomników, ma stanowić element budowy tożsamości. Nie polskiej, nie rosyjskiej, lecz białoruskiej, a ściślej radzieckiej Białorusi. Bo to ona stanowi fundamentalne odniesienie historyczne dla obecnych władz w Mińsku. Siedemdziesiąta rocznica 22 czerwca 1941 roku przyciągnęła do nadbużańskiego przygranicznego miasta trochę gości. W Brześciu zawitały ekipy fascynatów zajmujących się rekonstrukcjami historycznych bitew. To właśnie oni o 3 nad ranem 22 czerwca 2011 roku oddali głośne wystrzały i przez dwie godziny prezentowali zebranej publiczności losy twierdzy sprzed lat. Wieczorem do Brześcia przybył Aleksander Łukaszenko, by odsłonić kolejny pomnik. Na rocznicowe obchody zjechała też grupa Rosjan i nieliczni Polacy. Ci pierwsi ze wstydem spuszczali wzrok, gdy Białorusini pytali ich o wielkiego nieobecnego, czyli Dmitrija Miedwiediewa.

Był zaproszony, ale nie przyjechał. Rosjanie reprezentowani byli wyłącznie na szczeblu przedstawicieli kilku obwodów. Kreml znalazł jednak dyplomatyczne wyjście z niezręcznej sytuacji: okazało się, że rosyjski prezydent w ostatniej chwili zaprosił swojego białoruskiego kolegę na rocznicowe uroczystości do… Moskwy. Łukaszenko zareagował równie dyplomatycznie: „Brześć to zachodni kraniec naszej wspólnej Ojczyzny. Siedemdziesiąta rocznica wybuchu wojny to w zupełności odpowiedni moment na to, by znów zademonstrować Rosjanom i Białorusinom, że byliśmy razem, że mamy wspólną pamięć i że zawsze będziemy razem”. Ale Moskwa tym razem już nie zechciała być razem.

Do praktycznej nieobecności Polaków białoruscy organizatorzy zdążyli się już przez lata przyzwyczaić. Na Białorusi wiedzą też, że w Polsce nie obchodzimy już od lat rocznic związanych z II wojną światową. Dlatego też niespecjalnie przypominają o obronie twierdzy brzeskiej we wrześniu 1939 roku.

Radziecka tożsamość i ideologia państwowa

Umiejętnie prowadzona polityka historyczna stanowi na Białorusi jeden z kluczowych elementów nauczanej w szkołach i na uniwersytetach ideologii państwowej. Pomimo oczywistych nawiązań, różni się jednak ona wyraźnie od interpretacji dziejów najnowszych z czasów ZSRR. Nie mówi się w niej bowiem tylko o „wyzwoleniu Zachodniej Białorusi” w 1939 roku, ale raczej o „pierwszym w historii najnowszej zjednoczeniu wszystkich ziem białoruskich w granicach jednego państwa”. Nie wspomina się wyłącznie momentów wspólnych losów Rosjan i Białorusinów, lecz raczej przypomina, że ci pierwsi padli ofiarą mongolskich najazdów i głębokich azjatyckich wpływów, gdy tymczasem ci drudzy współtworzyli Wielkie Księstwo Litewskie, wchodząc następnie w skład Rzeczypospolitej. Zmiana relacji z Moskwą, która rozpoczęła się już w 2002 roku okazała się na tyle głęboka, że szybko znalazła swoje odzwierciedlenie nie tylko w podręcznikach, ale i w zbiorowej świadomości. Coraz częściej przedstawiciele niższego i średniego szczebla prezydenckiej administracji intensywnie przypominają o czasach wspólnego państwa polsko-białoruskiego. Na jednym z centralnych placów Mińska stoi pieczołowicie pielęgnowany pomnik Adama Mickiewicza – Białorusina. W wielu innych miastach tablice upamiętniające Tadeusza Kościuszkę – Białorusina. „To nasz wkład w rozwój naszego wspólnego wielkiego państwa” – z dumą oznajmia mi zaprzyjaźniony miński historyk.

Na ekranach największych kanałów białoruskiej telewizji w rocznicę napaści Niemiec na ZSRR prezentowano kinowy przebój: rosyjsko-białoruską koprodukcję pt. „Twierdza Brzeska”. Zastanawia, dlaczego my nie moglibyśmy złożyć takiej propozycji białoruskim filmowcom i opowiedzieć wspólnie o wspólnej historii…

Tożsamość białoruska to coś, o czym trudno w skrócie powiedzieć. Jej głównym elementem jest jednak z pewnością pamięć o Związku Radzieckim, jako projekcie wielkiego mocarstwa, w którym mogli uczestniczyć również Białorusini. Nieliczni nacjonaliści dawno już obrazili się na naród za to, że nie mówi po białorusku i nie wykazuje rewolucyjnej czujności na polu kultury. Niedobitki Białoruskiego Frontu Narodowego kwestionującego istniejącą granicę z Polską, pomimo wsparcia Warszawy (sic!) dawno już odeszły w polityczny niebyt. Związek Radziecki jest idealizowany, to nie ulega wątpliwości. Idealizacja ta widoczna jest w symbolice i tonie wystąpień publicznych, w literaturze i publicystyce. W zasadzie nawet najradykalniejsza część obecnej opozycji nie przypuszcza frontalnego ataku przeciwko sowieckiej przeszłości. Bo Związek Radziecki to nie tylko sytuacja dominacji Moskwy, ale to też próby odróżnienia się przez Białoruską SRR. Politolog Siergiej Musjenko przypomina: „Władzę ludową po 1944 roku tworzyli u nas partyzanci. Ci ludzie wyszli z lasu, z zupełnie innego świata niż moskiewscy aparatczycy. I ci partyzanci nie raz pokazywali Moskwie, że to oni są w Mińsku u siebie”. Partyzanci budzili też uznanie w innych republikach ZSRR, w tym w samej Rosji. Piotr Maszerow wieloletni sekretarz białoruskiej partii komunistycznej w 1980 roku wpadł na trasie z Mińska pod Moskwy pod tajemniczą wywrotkę. Do dziś większość białoruskich historyków uważa, że w ten sposób Kreml pozbył się niewygodnego pretendenta do najwyższych funkcji partyjnych w KPZR. Imieniem Maszerowa nazwano na Białorusi setki ulic i placów.

Walutowy uścisk
Droga z Brześcia do Mińska robi wrażenie. Autostrada, a właściwie odpowiednik naszej drogi ekspresowej, wykonana jest z dobrej jakości asfaltobetonu. Praktycznie bezpłatna (obcokrajowiec za jej kilkusetkilometrowy odcinek zapłacić musi około 2 euro). Po drodze mijamy białoruskie wsie, przed prywatyzacją i dekolektywizacją. Ogromne sowchozy i kołchozy stanowiły przez lata dumę obecnego białoruskiego prezydenta. Specjalny program władz przewidywał, że przedsiębiorstwa z różnych sektorów, nawet banki, przejmą kontrolę nad wielkimi gospodarstwami i będą łożyć w ich rozwój i modernizację. Obowiązywała zasada samowystarczalności żywnościowej, a poza tym rozwijano eksport, przede wszystkim na wschód. Znajomi przedsiębiorcy rolni z uznaniem kiwają głowami: w Polsce trudno o tak dobrze zorganizowane i wyposażone przedsiębiorstwa rolne.

Dla osoby, która była w pozostałych republikach byłego ZSRR jedną z pierwszych rzeczy, na które zwróci uwagę na Białorusi jest czystość i schludność. Nie znajdziemy na ulicach białoruskich miast kijowskiego, moskiewskiego czy warszawskiego kurzy i gór śmieci oraz wszechobecnej pstrokacizny reklam i szyldów. Zazwyczaj na głównym placu miasta lub miasteczka zaskoczą nas zadbane klomby i wyczyszczone pomniki. Nie tak dawno jedna z rosyjskich firm samochodowych chciała zamówić na Białorusi sondaż dotyczący opinii użytkowników różnych marek samochodów. Zaproponowano średnią rosyjską, sugerując badanie posiadaczy Wołg, Ład i Moskwiczy. „Gdzie my ich tu znajdziemy” – odpowiedzieli pytaniem ich białoruscy partnerzy. Istotnie, ostatni kryzys walutowy, z jakim zderzyli się Białorusini w dużej mierze wiązał się właśnie z kolejnym boomem na import używanych pojazdów z Europy Zachodniej, co zresztą widoczne było na polsko-białoruskich przejściach granicznych. Białorusini przesiedli się do lepszych samochodów, bo od 1 lipca w rezultacie zakończenia kolejnego okresu przejściowego Mińsk musiał spełnić kolejny wymóg Związku Celnego (Rosja, Kazachstan, Białoruś) – wprowadzić kilkukrotnie wyższe opłaty celne.

Tysiące sprowadzonych samochodów to jednak nie jedyna przyczyna obecnego kryzysu. Cofnijmy się ładnych kilka lat do momentu, gdy w sąsiedniej Rosji władzę sprawował słabnący Borys Jelcyn, patron kolejnej w rosyjskiej historii smuty. W przededniu kolejnych wyborów prezydenckich w 1996 roku rządzący już na Białorusi od dwóch lat Łukaszenko zaproponował swojemu rosyjskiemu partnerowi kolejną inicjatywę zjednoczeniową. Białoruski lider od początku swej kariery politycznej eksploatował wątki integracji z Rosją, podkreślając nieustannie, że w 1991 roku był jedynym deputowanym białoruskiej Rady Najwyższej, który zagłosował przeciwko rozpadowi ZSRR. Tym razem chciał jednak pójść zdecydowanie dalej i – jak twierdzi wielu analityków – miał skonstruowany w tym celu niewiarygodnie sprytny polityczny plan. Białorusini zaproponowali, by na czele wspólnego państwa związkowego stanął Jelcyn – jako prezydent, zaś Łukaszenko zostałby jego zastępcą. Kluczową rolę w omawianej propozycji ustrojowej odgrywałby jednak organ wspólnej władzy ustawodawczej – zgromadzenie parlamentarne. Proponowano, by oba państwa miały w nim równą liczbę przedstawicieli. Wydawać by się mogło, że taki układ i tak zapewnia oczywistą przewagę Jelcynowi. Ale między dwoma prezydentami była jedna zasadnicza różnica: rosyjski przywódca miał nastawiony przeciwko sobie parlament, podczas gdy Aleksander Łukaszenko w pełni kontrolował większość białoruskich deputowanych. To jednak nie wszystko: miał ponadto porozumienie z rosyjskimi komunistami, już wtedy rozwijającymi z nim przyjazne stosunki. Kolejne wybory głowy wspólnego już państwa miały zostać poprzedzone intensywną kampanią i tak bijącego wówczas rekordy popularności także za wschodnią granicą Białorusi Łukaszenki. Plan w ostatniej chwili nie wypalił: o niebezpieczeństwach z niego wynikających zorientowało się otoczenie Jelcyna.

Poważną propozycję integracyjną złożył w 2002 roku nowy rosyjski prezydent Władimir Putin. Silny gospodarz Kremla zaproponował jednak nieco inne warunki; w zasadzie sprowadzające się do pełnego podporządkowania się Białorusi większemu partnerowi. A na to nie zgodził się Łukaszenko. W ten sposób rozpoczął się konflikt dwóch osobowości, wielokrotnie analizowany przez politologów a nawet psychologów za naszą wschodnią granicą, a u nas dziwnym trafem niedostrzegany. Kolejne lata przynosiły wyłącznie pogorszenie sytuacji i wzmożenie napięć na linii Moskwa-Mińsk. Pojawiły się pierwsze konflikty o rosyjską ropę i gaz, od których Białoruś zależy energetycznie w ponad 90%. W 2010 roku w Moskwie podjęto decyzję o zmianie białoruskiej głowy państwa. Miliony dolarów spłynęły do opozycyjnych kandydatów, przede wszystkim nieco ospałego poety i pisarza Władimira Nieklajewa. Czarny PR przeciwko Łukaszence sączył się z czołowych rosyjskich kanałów. Przy poparciu Zachodu Moskwa przygotowywała w Mińsku swoją „kolorową rewolucję”. Nie powiodło się. Brak rzeczywistej alternatywy politycznej czy charyzmatycznego przywódcy z jednej strony, zaś relatywnie mocna pozycja Łukaszenki – z drugiej, przyczyniły się do fiaska projektu. Zdecydowanie po czasie, gdy plan się już w oczywisty sposób zakończył niepowodzeniem, zdezorientowany Radosław Sikorski zaapelował mało dyplomatycznie do prezydenta sąsiedniego kraju, by ten szykował sobie helikopter do ucieczki z Mińska…

Kilka miesięcy później Białoruś ogarnęła walutowa panika. Wkrótce okazało się, że deficyt budżetowy i zadłużenie osiągają niespotykane jak dotąd rozmiary, choć godzi się przypomnieć, że niedobór ok. 17 mld dolarów jest niczym w porównaniu z rozmiarami kryzysu trawiącego dziś gospodarki Grecji czy Portugalii. Białoruscy analitycy i tu widzą rękę Moskwy: przekonani są, że kontrolujące dużą część rezerw banki rosyjskie, działając w zaplanowany i skoordynowany sposób zamknęły w sejfach zgromadzone dolary i euro.

Zawsze możemy pójść do lasu…

Technokratyczny szef prezydenckiej administracji Władimir Makej spokojnie mówi, że Białoruś przetrzyma i ten okres kryzysu. Doradcy prezydenta są przekonani, że Aleksander Łukaszenko ma w zanadrzu plan ratunkowy, lecz czeka na dogodny moment dla osobistej interwencji, wyciągając tymczasem konsekwencje w postaci dymisji kolejnych ministrów i urzędników, jak choćby ostatnio szefa banku centralnego. Walerij, miejscowy przedsiębiorca, związany z proprezydenckim ruchem „Białoruś” desperacko poszukuje partnerów, który mogliby dokonać z nim transakcji rozliczając się w walucie. Wierzy jednak w przejściowy charakter problemów, popierając ogłoszoną przed pół roku przez władzę liberalizację i deregulację sfery prywatnego biznesu. A spotkany na myjni samochodowej dwudziestokilkuletni Sasza wskazuje palcem na wschód jako źródło wszelkich problemów. Ten wschód uwziął się na białoruskiego prezydenta i chce przejąć cały białoruski majątek. Społecznym rezultatem rosyjskich nacisków na masową prywatyzację jest zatem pojawienie się wśród dalekich od nacjonalizmu i rusofobii Białorusinów nieufności w stosunku do Moskwy. Sasza po chwili zastanowienia dodaje jednak: „Zawsze możemy pójść dl lasu…”. Bo Białorusini to przecież naród partyzantów.

Inaczej na sprawę spoglądają analitycy rosyjscy. Przed Łukaszenką, twierdzą, są dwie alternatywy, obie zależące od rozwoju sytuacji w Rosji po najbliższych wyborach. Pierwsza – w przypadku osłabienia i dezintegracji Rosji – to przetrwanie w obecnym kształcie, a z czasem nawet przyciągnięcie zachodnich obwodów Federacji Rosyjskiej do ściślejszej współpracy. Druga – w przypadku wzmocnienia struktur władzy centralnej w Rosji – to pełnienie roli „zachodniego Kadyrowa” (prezydenta Czeczenii, który de facto sprawuje kontrolę nad sprawami wewnętrznymi republiki, jednak pozbawiony jest możliwości działania na arenie międzynarodowej i podejmowania kluczowych decyzji ekonomicznych). Scenariusz obalenia bądź ustąpienia Łukaszenki, na który zdają się liczyć niektórzy polscy dygnitarze, uznaje się tam za najmniej realistyczny.
Wielkie Księstwo bez Rzeczypospolitej?

Pomimo zmasowanej krytyki Białoruś zachowuje zadziwiająco dobre relacje z sąsiednią Litwą, których nie był w stanie poważnie zepsuć nawet konflikt wokół budowy białoruskiej elektrowni atomowej nieopodal litewskiej granicy. Kolejne grupy litewskich przedsiębiorców prowadzą rozmowy na temat ich udziału w planowanych operacjach prywatyzacyjnych i restrukturyzacji białoruskiego przemysłu i rolnictwa.

Polski przedsiębiorca prowadzący interesy w Mińsku: „Nawet pan sobie nie wyobraża, jak trudne było uzyskanie w Polsce kredytu na przedsięwzięcie, które tu realizuję. Kolejne banki odmawiały, powołując się na złe stosunki międzypaństwowe, a nawet naciski ze strony rządu, by nie finansować działalności na Białorusi”. Może to bajka, może przesada. Miejmy nadzieję, bo jeśli nawet jest to po części prawda to… To znaczy, że aktualna „polska” polityka jest polityką prorosyjską, proniemiecką, proholenderską, prołotewską, prolitewską – przedsiębiorcy z tych wszystkich krajów ucieszyliby się, gdyby Polacy mieli wewnętrzny zakaz inwestowania i robienia interesów na Wschodzie.
Mateusz Piskorski
Nr 31-32 (31.07-7.08.2011)

Na zdjęciu: pieczołowicie odbudowany Zamek Radziwiłłów w Nieświeżu

Już nie można komentować tego artykułu.