Powrót na Dolny Śląsk (3)
Most na Nysie Kłodzkiej jest bardzo wysoki – w dole wije się rzeka, która sprawia wrażenie spokojnej i leniwej. Ale to pozór – potrafi bowiem w bardzo krótkim czasie przekształcić się w straszliwy żywioł. Podczas tzw. powodzi tysiąclecia jej stan wzrósł aż o 9 metrów. Ale Nysa Kłodzka kojarzy mi się nie tylko z powodzią. Gdyby sprawa naszej granicy zachodniej potoczyła się w 1945 roku dla nas mniej pomyślnie – to w tym miejscu wjeżdżałbym z Niemiec do Polski. Tu byłaby granica, a samo miasto Kłodzko byłoby podzielone na dwie części – polską na prawym brzegu rzeki, i niemiecką na lewym. Wystarczy spojrzeć na plan miasta, żeby zorientować się, że po naszej stronie byłyby niewiele znaczące przedmieścia i malutki fragment centrum, a po stronie niemieckiej całe stare miasto, twierdza kłodzka i większa część zabudowy. Kto to sobie obecnie uświadamia? Chyba niewielu.
Podarunek Stalina
Stało się inaczej, bo Stalin w lecie 1944 roku zdecydował się na przesunięcie naszej granicy na linię Nysy Łużyckiej – ponad 200 km na zachód. Alianci zachodni nie byli szczęśliwi – ale nie mieli wyjścia. Jak wynika z ostatnich ustaleń historyków, sprawa wisiała na włosku. Amerykański historyk Serhii Plokhy w książce „Jałta – cena pokoju” (Poznań 2011), pisze: „Po Teheranie Stalin podtrzymał swoje poparcie dla linii Odra-Nysa Kłodzka, co zgadzało się z celami wojennymi Rosji w 1914 roku, gdy zarówno Mikołaj II, jak i jego minister spraw zagranicznych Siergiej Sazonow byli gotowi dać Polsce Śląsk i wschodnią część prowincji poznańskiej, która wówczas należała do Rzeszy Niemieckiej. Polskie roszczenia do Śląska były głównie natury historycznej, obszar ten był bowiem kontrolowany przez państwo polskie do XII wieku. W XX wieku większa część ludności była albo niemiecka, albo silnie zgermanizowana, zwłaszcza na Dolnym Śląsku, którego głównym miastem był Wrocław. Niemniej jednak zaoferowanie Polsce rekompensaty kosztem Niemiec było w interesie Stalina, bo mógł zachować w stanie nietkniętym radzieckie zdobycze terytorialne z 1939 roku i zażądać Królewca i przyległych obszarów Prus Wschodnich dla siebie. Latem 1944 roku osobiście narysował granicę pomiędzy Niemcami a Polską wzdłuż Odry i Nysy na jednej z map, które zachowały się w rosyjskich archiwach. Mapa ta nie pozostawia najmniejszej wątpliwości, że Nysą, którą Stalin miał na myśli, była Nysa Kłodzka”.
Zmienił zdanie szybko, bo już w tajnym porozumieniu z PKWN z lipca 1944 obiecał Polsce linię Nysy Łużyckiej. „Z punktu widzenia Stalina dodanie nowych obszarów miało uczynić przyszły rząd polski bardziej lojalnym wobec Moskwy, a przyznanie lojalnemu rządowi kontroli nad jak największym obszarem na Zachodzie miało wzmocnić radziecką pozycję w Europie Środkowej i jeszcze bardziej osłabić Niemcy, co było w tamtym czasie główną troską Stalina w sferze bezpieczeństwa. Poza tym zajęte przez niego stanowisko miało sprawić, że będzie się jawił jako obrońca polskich interesów” – dodaje Plokhy.
W relacjach Niemców publikowanych w książce o dziejach Polanicy – widać jasno, że przez wiele tygodni żyli oni nadzieją, że granica będzie na Nysie Kłodzkiej. Wówczas zarówno Polanica Zdrój, jak i inne kurorty w tym regionie – byłyby nadal niemieckie, tak jak i większa część Kłodzka. To paradoks historii – miasto jest polskie dzięki decyzji Stalina. To może być przykra czy raczej niewygodna prawda dla współczesnych, ale taka jest historia. O tym, że dla władz miasta jest to prawda niewygodna – przekonałem się dosyć szybko. Kiedy wjechałem do Kłodzka od strony północnej i zaparkowałem auto w okolicy parku okalającego twierdzę – zauważyłem monument ku czci żołnierzy Armii Czerwonej. Co prawda nie był aż tak zdewastowany, jak można by przypuszczać, ale teren wokół niego przypominał melinę pijacką – walające się puszki po piwie, butelki wódki, ukradzione łańcuchy okalające pomnik. Przykre wrażenie. Pewnie nikt tu nie składał kwiatów od lat. Napis informuje jedynie, że prochy poległych tutaj żołnierzy przeniesiono w 1948 roku na cmentarz we Wrocławiu.
W cieniu twierdzy
A miasto jest piękne i dobrze, że jest nasze. Nie byłem tutaj ani razu, więc z ciekawością rozglądam się wokół. Uliczki prowadzące do centrum są urocze, domy przy nich stare – widać miasto nie było zniszczone podczas wojny. Nad nim góruje budząca po dziś dzień podziw twierdza. Z braku czasu nie wchodzę do twierdzy, żeby spojrzeć na miasto, ale podchodzę do jej podnóża i spoglądam w górę. Ogrom i potęga tej budowli budzi podziwi po dziś dzień. Kiedyś, wiekach średnich – był tu zamek, zbudowany na miejscu wczesnośredniowiecznego grodziska. Wzgórze liczy 369 m n.p.m. Było więc dobrym miejscem obronnym. To wzgórze to jednocześnie miejsce o ogromnym znaczeniu historycznym. Jak wynika z zestawienia zamieszczonego na stronie Muzeum Twierdzy Kłodzko – miasto na przestrzeni swojej historii było w rękach kilku państw. Polski również, ale jedynie przez 9 lat (1093-1102). W granicach Królestwa Czech było aż do 1567 roku, z małymi przerwami, kiedy przechodziło we władanie Księstwa Wrocławskiego czy Księstwa Ziębickiego. Potem władali tutaj Habsburgowie (1567-1742), wreszcie Prusy i Niemcy (1742-1945). W sumie więc to Czesi mogą być najbardziej sfrustrowani – ich władanie tutaj to prawie 500 lat, Habsburgów ok. 180 lat, a Prus-Niemiec ponad 200. Problem w tym, że zwierzchność Królestwa Czech nie oznaczała, że miasto było czeskie. Od XIV wieku stawało się szybko niemieckie, będąc bliżej związane z księstwami niemieckimi w głębi Rzeszy. W tym wyścigu to jednak Polacy okazali się zwycięzcami – choć, jak widać, nasze prawa do tego miasta można uznać za wątłe.
Wracając jeszcze do twierdzy – powstała ona po zniszczeniu zamku podczas wojny trzydziestoletniej. Jak czytamy na znakomicie prowadzonej stronie Twierdzy Kłodzko: „Gdy hrabstwo kłodzkie wypowiedziało posłuszeństwo Habsburgom w 1618 roku, 4 lata później cesarz wysłał 20-tysięczną armię, która miała zakończyć bunt. Kłodzko bowiem jako ostatnie trwało jeszcze przy elektorze Palatynatu Fryderyku V, którego obrano królem Czech. Z Palatynatu przybył ze swoim wojskiem hrabia Thurn i objął dowództwo nad obroną zamku. Do dyspozycji miał niecałe 1500 żołnierzy. Najpierw kazał spalić przedmieścia, aby nie mogli je wykorzystać Austriacy. Było to fatalne posunięcie, ponieważ ogień rozprzestrzenił się na miasto a nawet zamek. Pożar trwał 4 dni. Artyleria cesarska dopełniła dzieła zniszczenia. Miasto i w pewnym stopniu zamek legły w gruzach, a załoga poddała się”.
I tak narodziła się twierdza, najpierw budowana przez Austriaków, a po 1742 przez Prusy. To militarystyczne państwo, jego skostniali władcy nadali miastu charakter dodatku do potężnej twierdzy. Piękne, średniowieczne miasto żyło latami w cieniu tej budowli. Prócz roli czysto obronnej mieściło się tutaj także pruskie więzienie. Polacy byli jego częstymi „gośćmi”. Oto ich skrótowy wykaz: Wacław Koszutski – adiutant gen. Taczanowskiego; Walerian Hulewicz – uczestnik walk w okresie Wiosny Ludów, mianowany w 1863 roku przez Rząd Narodowy podczas powstania styczniowego komisarzem w powiecie wrzesińskim; Stanisław Sczaniecki – działacz towarzystw rolniczych, współredaktor pisma „Ziemianin”, absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego; Włodzimierz Wolniewicz – publicysta i działacz gospodarczy (skazany na karę śmierci i objęty później amnestią); Erazm Wolniewicz – ziemianin; Jan Rymarkiewicz – ksiądz. Osobny rozdział to Wojciech Kętrzyński, Adalbert von Winkler (ur. 11 lipca 1838 w Giżycku). W dniu 11 września 1863 został aresztowany i uwięziony w Olsztynie. Po początkowym uwolnieniu od zarzutów, aresztowano go ponownie 6 października i osadzono w więzieniu w Berlinie. Jego sprawa była później rozpatrywana w wielkim procesie Polaków w Berlinie. W czasie procesu został mu przedstawiony zarzut zdrady stanu. Ostatecznie od tego zarzutu został uniewinniony, ale 23 grudnia 1864 został skazany na rok więzienia w twierdzy kłodzkiej (21.04.1865 – 22.04.1866). Wreszcie Augustyn Szamarzewski (1832-1891) – wielkopolski działacz społeczny, ksiądz. W okresie Kulturkampf należał do grupy duchownych stawiających czynny opór polityce rządu niemieckiego, za co został w 1873 skazany na miesiąc więzienia w Kłodzku.
Mała Praga
Jako się rzekło – miasto było dodatkiem do twierdzy, dominował tu latami garnizon wojskowy. Dopiero w 1877 roku zniesiono zakaz budowania w rejonie fortecznym. Mimo to w roku 1900 Kłodzko (Glatz) liczyło 15 tys. mieszkańców, w tym 2 tys. wojskowych. Pruskość miasta nie zabiła jednak jego wcześniejszego charakteru. Spostrzegłem to od razu, kiedy oddaliłem się od twierdzy i wszedłem w głąb zabudowy. Ależ to architektura i nastrój niczym w Pradze! To było moje pierwsze wrażenie. „Praskość” Kłodzka rzuca się w oczy w dwóch miejscach – przy kościele pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i przy gotyckim moście na Młynówce. Kościół jest wspaniały – jego mury pamiętają czasy romańskie, ale na zewnątrz do złudzenia przypomina np. katedrę św. Wita na Hradczanach. Te same elementy architektoniczne, piękne otoczenie i niezwykły klimat średniowiecza.
Potem czytam w informatorze z wystawy „Kłodzko w średniowieczu”, że „wpływy czeskie uwidaczniają się w dekoracji kamieniarskiej elewacji zewnętrznych”. Wewnątrz ten kościół jest już bardziej „śląski”. „Czeskość” kościoła to nie tylko architektura. Mało kto w Polsce wie, że Kłodzko podlegało aż do 1972 r. jurysdykcji arcybiskupstwa praskiego! Przez prawie 1000 lat! Nic więc dziwnego, że na moście gotyckim na Młynówce człowiek czuje się niczym na Moście Karola w Pradze. Nie ta wielkość oczywiście, ale kiedy się po nim chodzi, to jest się prawie pewnym, że mosty w Pradze i Kłodzku budowali ci sami mistrzowie. I jeszcze jeden ślad czeskiej obecności – figury św. Jana Nepomucena, których na moście jest kilka. Jan Nepomucen był XIV-wiecznym duchownym. Ok. 1380 przyjął święcenia kapłańskie i został kanonikiem przy katedrze św. Wita. Studiował prawo kanoniczne w Pradze i Padwie. Następnie piastował godność kanonika kolegiaty praskiej św. Idziego, a w 1389 mianowany został wikariuszem generalnym arcybiskupa praskiego Jana z Jenstjena. W związku z zatargiem między królem Czech Wacławem IV a arcybiskupem, Jan Nepomucen popadł w niełaskę władcy i w 1393 został uwięziony. Następnie zrzucono go z mostu Karola do rzeki Wełtawy. Ta scena jest przedstawiona na płaskorzeźbie umieszczonej na ołtarzu Jana Nepomucena w kościele św. Mikołaja z Miry w Bochni. Jego zwłoki złożono w katedrze na Hradczanach. Według innej wersji, Jan Nepomucen po odmówieniu ujawnienia tajemnicy spowiedzi królowej Zofii królowi czeskiemu Wacławowi (król podejrzewał żonę o niewierność), został poddany ciężkim torturom i w konsekwencji wrzucony do Wełtawy. Kult św. Jana Nepomucena był powszechny na Ziemi Kłodzkiej – jego rzeźby i figury spotyka się tu wszędzie. „Czeskość” miasta mnie nie razi, raczej fascynuje. Praga to perła miast w Europie, a Kłodzko jest Pragą w miniaturze.
Przybyli z Kresów…
Przechadzając się uliczkami miasta podziwiam jego uroki i wchłaniam niepowtarzalną atmosferę. Co jakiś czas spotykam ślady polskiej aktywności społecznej. Już na samym początku wędrówki, przy wejściu na stare miasto – zauważam pięknie utrzymany monument. Na granitowej płycie napis: „W hołdzie Polakom pomordowanym na Kresach wschodnich – Ofiarom ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów z organizacji OUN-UPA w latach 1939-1947 – mieszkańcy miasta i gminy Kłodzko. Anno Domini 2010”. Pomnik mówi wiele o losach miasta po 1945 – przybyli tu ocaleni z rzezi Polacy, z Wołynia i Podola. Przez kilkadziesiąt lat wkorzenili się w nowe miejsce życia, ale nie zapomnieli o swoich rodzinach i ziomkach, którym nie dane było ocaleć. W innym miejscu kolejna tablica potwierdzająca pochodzenia współczesnych mieszkańców Kłodzka: „1940-1995 – pamięci Sybiraków w 55. Rocznicę deportacji na Nieludzką Ziemię. Zarząd Miasta Kłodzka – 17 września 1995 roku”. I jeszcze jeden pomnik – na plantach okalających stare miasto, tam gdzie kiedyś była fosa. Stojący na cokole legionista z I wojny światowej i napis: „Pamięć przeszłości silą Narodu. W hołdzie Obrońcom Ojczyzny”.
Nabywam w księgarni kilka książek na temat historii miasta. Wybór jest wcale duży. Wymienię tylko popularny zarys pt. „Twierdza i inne atrakcje Kłodzka” Marka Perzyńskiego. Potem, w Muzeum Ziemi Kłodzkiej, nabędę jeszcze dwa znakomite wydawnictwa: informator wystawy „Kłodzko w Średniowieczu” oraz piękne wydanie album „Kłodzko w dawnej karcie pocztowej”. Muzeum położone jest w budynku dawnego konwiktu jezuickiego, ma piękny, renesansowy dziedziniec oraz wspaniałe, tajemnicze podziemia. Panie z Muzeum wprowadziły mnie tam. Mimo ogromnego upału na zewnątrz, w tych piwnicach było niewiele ponad 18 stopni. Atrakcją było urządzenie, które uruchamiało światło. Trzeba było tylko głośno wydzierać się, ale z odpowiednią częstotliwością. Jeśli turysta tego nie potrafił – w piwnicach panowały ciemności. Mi się też nie udało, ale przewodniczka przeprowadziła mnie przez ten labirynt. W salach wyżej dwie stałe wystawy – o starych zegarach i szkle artystycznym. Dawniej Ziemia Kłodzka słynęła z produkcji zegarów i licznych tutaj hut szkła. Zegarów nie robi się od dawna, huty szkła, które przetrwały okres PRL – nie przeżyły reformy Balcerowicza.
Jeszcze tylko przechadzka pięknymi ulicami starego miasta, pełnymi turystów z kraju i zagranicy (prawie wyłącznie Niemcy) – i pora na odjazd. Już w domu sięgam po legendarną książkę Władysława Jana Grabskiego „200 miast wraca do Polski” (Poznań 1947). Mistrz pisał: „Miasto jest bardzo pięknie położone na rzeką Nisą, która tu tworzy rozwidleniem wyspę, na niej starożytne budowle, na górze prastary zamek, dokoła mury obronne; okolica urodzajna, pełna sadów i ogrodów”. Pełna sielanka. Tak pisarz widział Kłodzko na rycinie z 1650 roku. Po dziś dzień zachowało wiele z tego dawnego uroku.
Jan Engelgard
PS. Na razie kończę pierwszą część cyklu reportaży o Dolnym Śląsku. We wrześniu wybieram się tam ponownie, więc dalszy ciąg nastąpi.
Nr 33-34 (14-21.08.2011)







In English
по русском языке




