Zamienić jastrzębie na gołębie

A jednak sprawdziły się te opinie, które mówiły o spodziewanym po wakacjach odbiciu się z dna amerykańskiego dolara. Wieszczono o tym coraz głośniej, proporcjonalnie do rosnących obaw o przyszłość euro, jako waluty oraz jako projektu polityczno-gospodarczego. Zdecydowanie bardziej politycznego aniżeli gospodarczego. Spadek eurodolara – nie ulega wątpliwości – to czysta spekulacja i poszukiwanie bezpiecznej przystani dla międzynarodowej finansjery. Frank szwajcarski wydaje się już być w tej mierze wykorzystany maksymalnie. Jego niebotyczny wzrost, szczególnie w ostatnich miesiącach to efekt ogólnej paniki posiadaczy kapitału, którzy z obawy o utratę realnej wartości swoich płynnych aktywów postanowili zainwestować w te, które wydają się im najbardziej bezpieczne. A więc głównie w złoto, srebro i we wspomnianego szwajcarskiego franka. W czasie zawirowań na światowych rynkach o sile poszczególnych walut, w znacznie mniejszym stopniu niż zwykle, decydują (w krótkim okresie czasu) nie tyle mniej czy bardziej fundamentalne analizy na temat gospodarek emitujących pieniądz, lecz nerwowe, szybkie, a czasami wręcz intuicyjne posunięcia inwestorów. Takie postępowanie tylko wzmaga nerwowość rynków i potęguje panikę.
W Polsce smutnym beneficjentem tej sytuacji są kredytobiorcy, którzy postanowili zawierzyć bankierom, „jastrzębim” ekonomistom, socjal-liberalnym mediom i politykom, od lat uspakajających, czasami prawie hipnotyzujących Polaków: jaka to Polska zieloną wyspą jest, i jak to nie może się zdarzyć żeby naszą złotówką cokolwiek wstrząsnęło.
W dobrej, więc wierze, z poczuciem bezpieczeństwa oraz z zacieraniem rąk (na oznakę zrobienia dobrego biznesu), duża część odradzającej się na nowo w Polsce tzw. klasy średniej, gremialnie poszła do banków, aby zaciągnąć kredyt na zakup domu. Najczęściej wybierali ten denominowany w obcej walucie, głównie we franku szwajcarskim. Bo jak powszechnie uważano był najtańszy. Ten dobry biznes miał się brać z niższego (w stosunku do kredytu zaciąganego w rodzimej złotówce) oprocentowania, ponieważ oprocentowanie franka oparte jest na tzw. stawce referencyjnej Libor (London Interbank Offered Rate – stopa procentowa kredytów oferowanych na rynku międzybankowym w Londynie), a różnica między Liborem a Wiborem (stawka referencyjna dla złotówki – Warsaw Interbank Offered Rate) to średnio 2-4%.
Skutkiem tego owczego pędu jest teraz wielka niewiadoma, co do przyszłości dla prawie dwóch milionów gospodarstw domowych w Polsce, które zaciągnęły ów frankowy kredyt. Są wśród tej grupy – niestety – takie osoby (wraz ze swoimi gospodarstwami domowymi), wobec których już zakończono postępowanie windykacyjne (czytaj: egzekucyjne). Nie dali bowiem rady z obsługą ciągle rosnących rat kapitałowo-odsetkowych. Powodem tego było osłabienie się (dewaluacja) złotówki o ca. 40%, w stosunku do franka szwajcarskiego. Odebrano im nieruchomości, które zakupili za środki pochodzące z frankowego kredytu. Nieruchomości stanowiące jednocześnie zabezpieczenie tegoż kredytu… Jeśli dewaluacja złotego będzie dalej postępowała to należy się spodziewać znacznie czarniejszego scenariusza, jeśli idzie o skalę takich życiowych tragedii. Panika nie jest jednak wskazana, ale warto by rozważać możliwe scenariusze pomocy państwa dla wspomnianych kredytobiorców (na Węgrzech tak zrobiono, a w Polsce premier Donald Tusk powiedział, mniej więcej tyle, że ta grupa społeczna wraz ze swoim obecnie największym problemem nie powinna liczyć na pomoc jego rządu).
Prawie nikt nie zwrócił uwagi na inną przyczynę niedawno dopiero powstrzymanego (od strony podażowej) bardzo dużego popytu na niebezpieczne kredyty we franku. To bowiem, uderzało by w opiniotwórcze i popierane przez zdecydowaną większość mediów środowiska, które od początku przemian politycznych miały decydujący wpływ na prowadzenie polityki monetarnej w Polsce. Otóż chodzi o kwestię stóp referencyjnych NBP dla polskiego złotego, ustalanych przez Radę Polityki Pieniężnej. Mogły być niższe niż były. Postulowali to niektórzy, będący w mniejszości, członkowie rady, tacy jak choćby prof. Mirosław Pietrewicz (zaproponowany do składu RPP przez PSL). Gdyby owe nieliczne „gołębie” miały większość w Radzie, to Polacy znacznie częściej wybieraliby kredyty złotowe. A tak „jastrzębie” nie dość, że skutecznie utrzymywały stopy procentowe na dość wysokim poziomie (kiedy tzw. świat, jak choćby USA, robił z reguły coś zupełnie przeciwnego), odstraszając kredytobiorców od złotówki, to jeszcze nie uzyskali zamierzonego rezultatu, a więc stabilizacji wartości naszej waluty względem głównych światowych walut, oraz dalszego obniżenia poziomu inflacji. Dodatkowym negatywnym pokłosiem utrzymywania relatywnie wysokich stóp procentowych było niewykorzystanie możliwości zwiększenia polskiego eksportu poprzez kontrolowane obniżanie wartości złotego. Większość naszych rodzimych monetarystów nabrała obecnie wody w usta i nie wywołuje w ogóle tego tematu, przyglądając się tylko ze zdziwieniem, co robią ich zachodni guru z USA (mowa o polityce osłabiania ich narodowej waluty poprzez cięcie stóp procentowych). Nasi rodzimi ekonomiści-decydenci jeszcze nie bardzo wiedzą, kiedy zaostrzać a kiedy luzować politykę monetarną. Pewnie będą wiedzieć jak kryzys się w końcu kiedyś skończy.
Przykład dolara, który mimo prawie zerowych stóp procentowych ostatnio się wzmocnił, wskazuje, że dotychczasowe teorie monetarne w obecnej sytuacji ogólnoświatowego kryzysu, w ogóle się nie sprawdzają. Wiadomo powszechnie, że Stany Zjednoczone posiadają całe zastępy pełnokrwistych finansistów (zarówno teoretyków jak i praktyków). W Polsce mamy z tym problem. Od roku 1989 nie minęło wystarczająco dużo czasu, aby wykształcić na nowo elitę ekonomistów, w tym finansistów. Zwłaszcza tych z propatriotyczną orientacją. Jest ich, co prawda coraz więcej i to napawa optymizmem. Takim przykładem niech będą wspomniany wyżej prof. M. Pietrewicz, ale również prof. Zyta Gilowska oraz przedstawiciel młodszego pokolenia naukowców prof. Krzysztof Rybinski.
Obecny kryzys uczy świat nauki pokory. Nikt póki, co nie znalazł antidotum na pogłębiającą się recesję oraz towarzyszący jej problem rosnącego długu poszczególnych państw. Inaczej walczą z kryzysem amerykanie (maksymalne luzowanie polityki monetarnej w celu optymalnego pobudzania gospodarki), inaczej Unia Gospodarczo-Walutowa (utrzymywanie stóp procentowych na znacznie wyższym poziomie niż w przypadku amerykańskiego dolara, restrykcje podatkowe dla krajów przekraczających dopuszczalne deficyty budżetowe, wzrost wysokości podatków, w tym od nieruchomości, itp.), a jeszcze inaczej kraje takie jak Polska, będące członkami UE, ale posiadające własną walutę i dzięki temu mogące realizować własną politykę monetarną (nasz kraj obecnie nie wykorzystuje tego istotnego narzędzia, które wraz z właściwą i aktywną polityką fiskalną pozwoliłoby na większe niż dotychczas wykorzystanie potencjału Polski i Polaków; aktualnym przykładem dla nas w tym zakresie mogą być Węgry.
Czy to, że rządy krajów ogarniętych światowym kryzysem w tak różny sposób prowadzą walkę z tymże kryzysem oznacza, że rządy te nie posiadają w swoich gremiach kompetentnych ekonomistów i specjalistów? Czasami wygląda to tak, jakby w obliczu światowej grypy zachodnie rządy oraz ich agendy działały raczej intuicyjne, chaotycznie, reprezentując postawy „od ściany do ściany”, niż w oparciu o bardzo bogate, wieloletnie doświadczenia i praktyki postępowania na wypadek kryzysu.
Odpowiedź moim zdaniem brzmi, nie. Różnice antykryzysowych strategii poszczególnych gospodarek – moim zdaniem – wynikają z prostego a zarazem bardzo ważnego powodu. Otóż każda z gospodarek dotkniętych obecnym kryzysem rządzi się swoją specyfiką i – do pewnego stopnia – niepowtarzalnością. Dlatego najbardziej dedykowani do walki z kryzysem są rodzimi ekonomiści i politycy. Bowiem oni najlepiej znają potrzeby i niuanse swojej gospodarki. Lekarz, który lepiej zna pacjenta, historię jego wcześniejszych chorób, jego reakcje na stosowanie poszczególnych lekarstw, jego psychologię itp., ma znacznie większe szanse na zastosowanie poprawnego i skutecznego leczenia.
Wracając na nasze podwórko, nie należy bezkrytycznie importować obcych rozwiązań i poglądów, bo nikt lepiej od nas nie będzie wiedział, czego nam trzeba. Poza tym nie można mieć pewności, czy dany doradca podpowiadając nam jakieś rozwiązanie, na pewno ma na myśli nasz interes narodowy i pragnie naszego dobra. Co do tego drugiego to warto zachować pewien realizm i sceptycyzm zarazem. Nie oznacza to zamykania się na – płynące szerokim strumieniem głównie z UE – różne porady, sugestie, podpowiedzi; mające ustrzec Polskę przed popadnięciem w poważniejsze tarapaty. Świeże spojrzenie z góry czy z zewnątrz zawsze w cenie. Wszak należy korzystać z tego tak samo jak podchodzą do porad z zewnątrz właśnie ci, którzy nam próbują doradzać. A jak widać Unia Europejska i Stany Zjednoczone, mimo, iż żyją w tej samej globalnej wiosce, przyjęli zgoła różne strategie na walkę z kryzysem. Bierzmy z tego przykład i również bądźmy niezależni w wytyczaniu polskiej strategii gospodarczej.
Wracając na koniec do kwestii realizowania wyznaczonej przez RPP aktualnej strategii monetarnej, to trzeba by ją ściślej powiązać z polityką fiskalną rządu (niezależnie, kto by rządził, bo chodzi o zasadę). Może wreszcie nadszedł czas na odejście od doktrynalnej polityki „jastrzębi”, z których obecny kryzys zadrwił i już nie powinni się czuć tak zarozumiali i pyszni. Złotówka, wbrew temu, co utrzymywali w swoich wypowiedziach ich główni przedstawiciele, jak profesor Dariusz Filar, osłabiła się istotnie, inflacja wzrosła, a Polska coraz wyraźniej odczuwa światowy kryzys. Sam popyt wewnętrzny nie wystarczy na zwiększenie dochodów państwa, aby móc rozpocząć niezbędny i oczekiwany (dla dobra naszego państwa) – oby jak najmniej bolesny dla Polaków – proces zmniejszania deficytu budżetowego oraz zadłużenia państwa. Bo w skali makro wzięcie się za bary (jak lubi mawiać poseł Joachim Brudzinski z PiS) z tymi dwoma problemami to najważniejszy cel gospodarczy. Brak rzeczywistych i skutecznych działań w tym zakresie, z każdym rokiem, będzie zwiększał ryzyko bankructwa naszego kraju. A, że bankructwa państw są obecnie realnym zagrożeniem to – w obliczu kłopotów wielu zachodnich gospodarek (z Grecją na czele) – nie podlega (niestety) już dyskusji. Oby jednak pozostało to w obszarze dyskusji akademickich…
Robert Kowalczyk

Już nie można komentować tego artykułu.