Cameron ukradł przedstawienie

Już wiadomo, że nie będzie zmian w traktatach ustanawiających Unię Europejską. Na tę propozycję nie zgodził się premier Wlk. Brytanii oraz liderzy Szwecji, Czech i Węgier. Zamiast spektaklu pod tytułem „Niemcy ratują Europę” dostaliśmy lekcję realnej polityki w klasycznym, anglosaskim wydaniu. Bohaterem szczytu UE miała być kanclerz Angela Merkel. Temu służyła wielomiesięczna akcja budująca napięcie wokół rzekomo nadciągającej nad Europę katastrofy. Ale w centrum uwagi znalazł się David Cameron, który przekłuł nadmuchany balon eurodemagogii. Uczynił to przypomnieniem kilku oczywistych prawd.

Po pierwsze, że podstawą polityki są interesy narodowe. Po drugie, że Europa dwóch prędkości już istnieje i to od czasu powstania wspólnej waluty. I po trzecie, że wolność nierozerwalnie wiąże się z odpowiedzialnością. Umowy kredytowe to problem przede wszystkim tych, którzy pieniądze pożyczyli i tych którzy je wzięli.  cameron1-300x222

Cameron przedstawił w Brukseli brytyjską rację stanu. Polega ona z jednej strony na unikaniu brania odpowiedzialności politycznej, a zwłaszcza finansowej za to co się dzieje na kontynencie. A z drugiej na sprzeciwianiu się pełnej politycznej integracji. Zjednoczona Europa stanowi zagrożenie dla brytyjskich interesów. Tak było np. za Napoleona i za Hitlera. Nie wchodzenie do strefy euro nie było przypadkową decyzją. Nie ma więc żadnych powodów, aby teraz oddawać część swojej suwerenności dla ratowania czegoś co z punktu widzenia Londynu nie ma większej wartości. Jeśli Niemcy chcą utrzymać swoją strefę wpływów w postaci wspólnej waluty to ich sprawa. Mają z tego tytułu określone korzyści polityczne i gospodarcze, a za to trzeba płacić.

Strefa euro to także problem pozostałych państw do niej należących oraz tych które chciałyby się tam znaleźć. Wiadomo, że nie należą do nich Szwecja, Czechy i Węgry. A pozostali będą musieli dołożyć z własnych budżetów sporą gotówkę na udzielenie pomocy o wiele bogatszym Włochom czy Hiszpanom. Przykład Słowacji, która płacze, ale płaci na rzecz Grecji, jest wielce pouczający.  My też będziemy musieli dać parę miliardów euro, co w praktyce oznacza np. rezygnację z takich projektów prorozwojowych jak koleje dużych prędkości czy duże międzynarodowe lotnisko. Polska już wcześniej zadeklarowała przystąpienie do Paktu Euro Plus i na szczycie UE potwierdziła pełne dostosowanie się do polityki niemieckiej. A nawet na przykładzie głośnego wystąpienia min. Radosława Sikorskiego w Berlinie widać, że chce odgrywać aktywną rolę pomocniczą. Pod pewnymi względami w gorliwości i determinacji przebijając głównego zainteresowanego. Wydaje się, że istotny wpływ na takie zachowanie polskiej dyplomacji mają z jednej strony osobiste ambicje premiera Donalda Tuska objęcia jakiegoś kluczowego stanowiska w UE (mówi się o przewodniczącym Komisji Europejskiej), czego bez poparcia Niemiec nie jest w stanie osiągnąć, a z drugiej wyjątkowy brak talentów dyplomatycznych min. Sikorskiego, który zachowuje się jak słoń w składzie porcelany. Ale są też przyczyny bardziej fundamentalne. Polska gospodarka jest tak naprawdę podwykonawcą dla wiodących przedsiębiorstw niemieckich. Ponad połowa naszego eksportu i importu dokonuje się ze strefą euro. To ma swoje konsekwencje polityczne.

Jak więc należy oceniać nasze położenie? Nie jest ono ani szczególnie korzystne, ani też nie jest katastrofalne. Wiele zależy od tego co będziemy robić w najbliższym czasie. Nasze racje podpowiadają, aby nie być tylko prostym przedłużeniem polityki anglosaskiej w Europie Środkowej. Ale też nie dać się przytroczyć do niemieckiego rydwanu. A polityka, którą symbolizuje obecny szef MSZ oznacza miotanie się od jednej skrajności do drugiej. Widać, że polska racja stanu nie jest jeszcze czymś dojrzałym i ugruntowanym w aparacie państwowym. Pod tym względem mamy czego Brytyjczykom zazdrościć i czego się uczyć.

 

Bogusław Kowalski

Już nie można komentować tego artykułu.