Dokąd zmierzasz zadłużeniowy maratonie?
Czy to się komuś podoba czy nie, fakty mówią same za siebie. Kryzys, co raz głębiej dotyka Europę. Można tego nie zauważać? Tak, o ile posiadamy odpowiednie zasoby kapitału, na co najmniej kilka lat, oraz nie liczymy się z losem innych ludzi. Pewnie jest grupa, którą łechce perspektywa powszechnej pauperyzacji narodów Europy. Lecz mam nadzieję, że to nie oni zadecydują o przyszłości kontynentu. Jest to może założenie nieco sprzeczne z bardzo łatwo ostatnio formułowanymi oskarżeniami, że za całym obecnym kryzysem stoi najzamożniejsza grupa międzynarodowej finansjery, która za cel obrała sobie wywołanie kryzysu, a następnie wykorzystanie go do pomnożenia majątku i dalszego skupienia władzy. Jeśli tak by było to oznaczałoby, że jesteśmy świadkami globalnego spisku. Na to jednak nie ma żadnych dostatecznych, a tym bardziej jednoznacznych dowodów.
Stoję raczej na stanowisku, że w Europie jest kilka ośrodków władzy i kapitału, które wzajemnie się pilnują, równoważą, i oczywiście ze sobą rywalizują (nie rzadko współpracując w różnych projektach, które akurat są im „po drodze”). Mogą mieć one różny udział i związek w wywołaniu kryzysu w Europie. Nie sądzę jednak, żeby jakieś europejskie państwo, sukcesywnie prowadziło świadomą politykę, zgodnie z zasadą, im gorzej tym lepiej. Nie sądzę, że w dobie demokracji, któryś z europejskich rządów prowadziłby politykę wprost godzącą w swoich wyborców. Takie rządy – nawet uzbrojone w potężne medialne bufory – w wyniku wyborów zostałyby szybko obalone. Do kryzysu doszło w wyniku podjęcia przez zarówno całą UE, jak i poszczególnych jej krajów, szeregu niewłaściwych decyzji politycznych i gospodarczych, które negatywnie wpłynęły na kondycję finansową, praktycznie już wszystkich państw euro landu. Również Niemiec (choć w najmniejszym stopniu). Oczywiście winę za obecny kryzys zadłużenia ponoszą też nieroztropne banki, które bez opamiętania i świadomości jakiegokolwiek ryzyka, na ogromną skalę, kupowały obligacje i papiery skarbowe emitowane przez poszczególne kraje UE. Często zaniedbując finansowanie przedsięwzięć gospodarczych prywatnych przedsiębiorstw. Uzasadniano to znacznie wyższym poziomem ryzyka, nie uznając kontrargumentów o potrzebie dywersyfikacji ryzyka. Bo przecież wówczas uważano, że papiery wartościowe państwa nie noszą żadnych realnych znamion ryzyka. Państwo nie może zbankrutować.
Zachodzi tu analogia z amerykańskimi instytucjami finansowymi, które również uważano za superbezpieczne ponieważ „są za duże by upaść” (z ang. too big to fail). Jak widać w ciągu kilku lat upadły dwa finansowe zaklęcia. Konsekwencją jest m.in. dzisiejszy kryzys zadłużenia strefy euro.
Im kryzys bardziej się pogłębia tym ogólnoeuropejska, ba ogólnoświatowa dyskusja nad wyborem strategii walki z nadmiernym zadłużeniem, przybiera, co raz bardziej nerwową, deklaratywną, ale też i konstruktywną formę. Na koniec polskiej prezydencji nastąpił również wysyp polskich pomysłów, autorstwa przedstawicieli naszego rządu oraz rodzimych urzędów.
Można by przyjąć żartobliwy ton komentarza, do zbyt późno formułowanych pomysłów społeczności europejskiej, służących znalezieniu antidotum na kryzys. Tylko po co? Skoro mówimy o rzeczywistym zagrożeniu pauperyzacją, zwłaszcza mniej zamożnych warstw społecznych, we wszystkich, bez wyjątku, państwach Europy.
Dlatego poważnie pochylmy się, i przedstawmy, w miarę obiektywnie (uważam tzw. dziennikarski obiektywizm za pusty i propagandowy slogan, wykorzystywany nazbyt często do pozyskania zaufania naiwnego czytelnika) i w zarysie, polityczną aktywność, dotyczącą wyboru optymalnej, antykryzysowej strategii dla Europy.
Pierwsza dekada grudnia br. przyniosła kolejną rundę politycznych konsultacji w sprawie zmagań z kryzysem zadłużenia. I tak, 5 grudnia br. odbyło się kolejne spotkanie (jak zwykle – od miesięcy – ostatniej szansy) kanclerz Niemiec, Angeli Merkel i prezydenta Francji, Nicholasa Sarkozy. Spotkanie poprzedziła mini euforia na giełdach, która wybuchła na wieść o możliwym zacieśnieniu integracji unii monetarnej, której kluczowym elementem miałoby być wzmocnienie restrykcyjności w zakresie przestrzegania przez kraje członkowskie polityki fiskalnej, przede wszystkim w zakresie przepisów regulujących sankcje za przekroczenie dopuszczalnych limitów budżetowych. Przyjęcie takich przepisów przybliżyło by oczekiwaną przez rynki interwencję Europejskiego Banku Centralnego (ECB – European Central Bank). Erik Nielsen, główny ekonomista banku UniCredit SpA podobnie jak wielu jego kolegów z branży uważa, że ECB powinien być znacznie bardziej agresywny przy zakupie obligacji, co by pozwoliło na przywrócenie właściwej atmosfery rozsądku na rynkach. Nie wiadomo jednak jak interpretować tą wypowiedź. Jednak do końca nie należy wierzyć w szczerość tej retoryki, bowiem na wykupie obligacji zależy najbardziej bankom, które zainwestowały, w uważane jeszcze niedawno, jako super bezpieczne, ale jak się okazało, jednak w toksyczne, państwowe papiery wartościowe.
Przywódców Niemiec i Francji różnią takie kwestie jak rola ECB i sankcje dla tych krajów strefy euro, które naruszą budżetowe limity deficytów. Są jednak zgodni, co do potrzeby dalszej integracji krajów unii i zaostrzenia przepisów budżetowych, w celu przeciwdziałania kryzysowi zadłużenia. Jednak francuzi – głosem Henriego Guaino, który pisze dla prezydenta N. Sarkozy przemówienia – uważają za niewyobrażalne ażeby Europejski Trybunał Sprawiedliwości posiadał kompetencje do unieważniania budżetu uchwalonego przez dane państwo UE. Póki, co kraje zagrożone dalszym wzrostem oprocentowania swoich obligacji, nie czekając na przyjęcie ogólnoeuropejskiego konsensusu, w największym pospiechu przygotowują przyszłoroczne, mocno okrojone budżety. Rynek jakby docenił te starania, ponieważ zmalała premia za ryzyko (o 36 punktów bazowych, do poziomu 4,29%, na dzień 05-12-2011) między oprocentowaniem włoskich i niemieckich (referencyjnych) obligacji, a euro wzrosło względem dolara – w tym samym czasie – o 0,4%, do poziomu 1,3446.
Podczas posiedzenia niemieckiego parlamentu w dniu 2 grudnia br., kanclerz A. Merkel mówiąc o kryzysie odwołała się do analogii z maratonem. Uznała za niezbędne, aby szybko wprowadzić w życie jej propozycje usankcjonowania większej dyscypliny budżetowej wśród państw UE, poprzez zmiany traktatu wspólnoty, aby odpowiedzialność za emisje euro obligacji, spadała na całą wspólnotę, lub takie umocowanie ECB, aby mógł on realizować funkcję ostatecznego pożyczkodawcy.
Prezes ECB, Mario Draghi oświadczył, że bank centralny zwiększy swoje zaangażowanie o ile rządy krajów euro landu posuną się w kierunku ściślejszej unii fiskalnej. Najpierw nowy układ fiskalny, a wówczas nastąpią oczekiwane działania EBC. Jednak już teraz bank centralny pożycza bankom tyle pieniędzy o ile wnioskują, aby stymulować akcje kredytową na rzecz gospodarstw domowych oraz biznesu. Celem zakupów obligacji od banków nie może być kreacja nowego pieniądza ani dotowanie poszczególnych rządów. W listopadzie br. ECB obniżył podstawową stopę procentową o 0,25%, do poziomu 1,25%, a miesiąc później, 8 grudnia br., zgodnie z oczekiwaniem rynku, obniżył o dalsze 0,25% do poziomu 1,0%. Dał w ten sposób do zrozumienia, że jest za pobudzaniem rynku.
Data sygnału nie była przypadkowa, ponieważ 8 grudnia br. rozpoczął się wyjątkowo ważny szczyt UE, a zdaniem wielu marzycieli, nawet miał być decydujący, w kwestii wyboru kierunku, w jakim podąży Europa. To nie był jedyny tego dnia sygnał ECB. Jego szef, wspomniany M. Draghi, wylał kubeł zimnej wody na tych wszystkich, którzy marzyli o masowym wykupie obligacji. Widocznie wiedząc bardzo dobrze „co w trawie piszczy”, przewidział, co się stanie na szczycie 8 grudnia br. A co się stało? Nie osiągnięto konsensusu w Brukseli w gronie ani 17, ani 27 państw, w sprawie zmiany traktatu UE. Obok Wielkiej Brytanii, również Szwecja, Węgry i Czechy były przeciwne przyjęciu europejskiego porozumienia fiskalnego. Co prawda liderzy pozostałych 23 krajów zadeklarowali chęć uczestniczenia w tym porozumieniu. W wyniku całonocnych rozmów w Brukseli, ogłoszono, że 17 krajów unii monetarnej (euro landu, z ang. euro-zone) plus 6 pozostałych krajów UE (Polska, Dania, Łotwa, Litwa, Bułgaria i Rumunia) deklaruje chęć przystąpienia do nowego międzyrządowego traktatu dotyczącego wprowadzenia dyscypliny w obszarze fiskalnym. Szczyt zakończył się przyjęciem, głosami większości liderów UE, planu polegającego na tym, że kraje Unii pożyczą Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu 200 mld euro, kwoty niezbędnej, żeby MFW (Międzynarodowy Fundusz Walutowy) mógł skutecznie pomagać zadłużonym krajom. Przywódcy Czech i Słowacji opowiedzieli się przeciw temu planowi. Trzeba dodać, że partycypantami tego wsparcia, będą głównie kraje strefy euro, lecz kraje spoza tej strefy, również poproszono o pomoc. To wywołało w tych krajach wielkie niezadowolenie. Bułgaria, Rumunia i Węgry zapowiedziały, że nie wpłacą swojej części, ponieważ same borykają się z problemem zadłużenia. Z kolei inne kraje, w tym Polska zadeklarowały udostępnienie rezerw swoich banków centralnych.
Prawdopodobnie premier D. Tusk spodziewał się, że taka jednoznaczna i bezkrytyczna, pro unijna postawa oczaruje inwestorów, a jednak stało się zupełnie inaczej. Na wieść o tym, iż polski bank centralny uszczupliłby swoje rezerwy na ratowanie złotówki, rozpoczęli huśtanie naszej waluty, które już doprowadziły do dalszego jej spadku. Oby tylko chwilowego, choć nic nie świadczy, że w najbliższym czasie miałoby nastąpić odwrócenie deprecjacyjnego trendu złotówki. Wydaje się, że polski rząd przyjął 4 letnią strategię wejścia do strefy euro, i ryzykując naprawdę bardzo wiele, zamierza, nie bacząc na skutki uboczne, tą drogą podążać. Natomiast czy leży to w interesie Polaków? Jeśli tak, co nie jest w ogóle pewne, to, w jakim horyzoncie czasu obywatele naszego kraju poczują się pozytywnymi beneficjentami zamiany złotówki na euro? Cztery lata to długo i nie długo. Długo, bo wielu Polaków może nie przetrwać okresu turbulencji walutowych, mowa głównie o posiadaczach kredytów we franku szwajcarskim (ostatnio, ironicznie, ale jakże trafnie, nazywanym frankesteinem). Oby wówczas nie przytaczano złowrogo brzmiącego powiedzenia „operacja się udała (mamy euro), ale pacjent nie przeżył”. Szok, jaki może towarzyszyć temu dochodzeniu do euro może być podobny do tego, jaki znamy z czasów tzw. planu Balcerowicza, w wyniku, którego nieodwracalnie straciło i najwięcej, polskie rolnictwo. Analogia wydaje się być dobra, ponieważ tzw. Reforma Balcerowicza przyniosła ustabilizowanie a następnie umocnienie złotówki. Tym sukcesem tłumaczono koszty (zaniżane przez dominujące media do granic absurdu) tej reformy. Jednak po 20 latach okazało się, że nic nie trwa wiecznie i złotówka ponownie może dramatycznie stracić na wartości. Widząc taką perspektywę, rząd nie stara się wzmacniać naszej waluty takimi instrumentami, jak m.in. zwiększanie rezerw NBP, lecz postanowił uczestniczyć w bardzo ryzykownej grze na zamianę złotówki na euro (nie będę się wdawał w analizę za i przeciw przyjęciu euro, ponieważ ten artykuł jest poświęcony ogólnemu przybliżeniu aktualnej sytuacji związanej z trwającym kryzysem zadłużenia).
Ryzyko bierze się stąd, że po pierwsze, nie wiadomo czy strefa euro w ogóle przetrwa. Po drugie, nie wiadomo czy Unia Monetarna zechce jeszcze przyjmować nowych członków, zwłaszcza tak mało zamożnych (wręcz, na dorobku) jak Polska. Po trzecie, nie jest pewne, że spełnimy, jako kraj obligatoryjne kryteria fiskalne i monetarne. Po czwarte, jeśli nawet dojdzie do politycznej decyzji w sprawie porzucenia złotówki na rzecz euro, to kluczową sprawą pozostaje kurs wymiany złotówki na euro. Powinien być sprawiedliwy i przynajmniej w miarę korzystny dla Polaków. Nie można jednak zakładać, że kurs wymiany będzie oderwany od kursu PLN/Euro notowanego w okresie bezpośrednio poprzedzającym decyzję o przyjęciu euro. A widząc jak aktualnie, oderwany od siły nabywczej złotówki, jest jej kurs do euro, dolara i franka szwajcarskiego (szacuje się, że nasza waluta jest niedoszacowana na poziomie c.a. 25-35%), można domniemywać, że Polacy w tej ważnej chwili będą na łasce spekulantów. Trzeba dodać spekulantów, którzy będą działać raczej na rękę krajów przyjmujących Polskę do strefy euro. Na marginesie, głównym graczem na międzynarodowym rynku walutowym jest Deutsche Bank.
Wracając do brukselskiego szczytu, to nie przyniósł on żadnego oczekiwanego i wypatrywanego, zarówno przez państwa jak i przez rynki, poważnego rozwiązania bądź przynajmniej wyznaczenia jednolitej strategii walki z zadłużeniowym kryzysem. Raczej ponownie obnażył, a nawet można powiedzieć, pogłębił, różnice między interesami poszczególnych krajów. Najbardziej miarodajnym dowodem fiaska szczytu, było zachowanie się rynków po jego zakończeniu, a więc dalsze spadki na giełdach oraz obniżenie kursu eurodolara. Nic dodać, nic ująć.
Co w tej sytuacji może się zdarzyć w najbliższym czasie? Na pewno inwestorzy będą przyglądać się europejskim liderom w kwestii wypracowania kompromisu, na który zgodziłyby się wszystkie, przynajmniej te kluczowe, europejskie państwa, a więc wraz z Wielką Brytanią, tak łatwo ostatnio oskarżaną o egoizm i prowadzenie real-polityki, polegającej na załatwianiu dla swojego kraju interesów, a nie na sentymentach i iluzji dobrobytu, który jakoby miałaby przynieść dalsza federalizacja Europy. Generalnie wśród obserwatorów w Europie i na świecie, dominuje pogląd, że gospodarczy kryzys, który zamienia się również w polityczny kryzys, szybko nie zostanie zażegnany. Nicolas Spiro, dyrektor zarządzający firmy konsultingowej Spiro Sovereign Strategy, twierdzi, że skoro Niemcy są głównym rozgrywającym na polu walki z kryzysem, to jest wysoce prawdopodobne, że nie należy spodziewać się jakiegoś nagłego „big bang” w rodzaju uchwalenia rezolucji w sprawie kryzysu. Postrzega on europejski konflikt, jako batalię między uczestnikami rynków finansowych, którzy pragną znalezienia rychłego rozwiązania problemu zadłużenia rządów, a Berlinem, który włączy się w pomoc, ale pod warunkiem przyjęcia przez Unię porozumienia fiskalnego. Konkluzja z tego taka, że należy się przygotować na powolny i bolesny proces dochodzenia do konsensusu. Według N. Spiro oraz Dominica White’a (ekonomista europejskiego Absolute Strategy Research), strefa euro jednak się obroni. Nie wszyscy specjaliści podzielają ten pogląd. Część z nich uważa, że w przyszłym roku EMU (Unię Monetarną i Gospodarczą) opuści Grecja, a 2013, opuszczą ją kolejne kraje.
Widać gołym okiem, że Niemcy chcą ugrać dla siebie jak najwięcej. Nie boją się kryzysu, przynajmniej nie w takiej mierze jak inne państwa. Mogą sobie nawet pozwolić na komfort bezczynnego przyglądania się na nerwowe poczynania krajów, które z każdym dniem, co raz trudniej radzą sobie ze swoim zadłużeniem. Można powiedzieć, im głębszy kryzys tym silniejsze Niemcy, bo na kryzysie bogaty zarabia najwięcej. Jeśli więc Berlin wyciągnie do Europy swoją pomocną dłoń, to można być pewnym, że korzyści przewyższą koszty. W zasadzie Niemcy podobnie realizują swoją real-politykę, jak czyni to Wielka Brytania, i też można by im zarzucić pewien egoizm, który wyraził się w nieprzejednanym dążeniu do swoich celów (bezwzględne zmuszenie wszystkich uczestników szczytu brukselskiego do przyjęcia paktu fiskalnego, według formuły zaproponowanej przez oś Paryż-Berlin). Tyle, że interesy mają zgoła odmienne. Przynajmniej na tą chwilę.
Zresztą nie podpisanie się pod brukselskim porozumieniem fiskalnym przez Wielką Brytanię – jak przyznaje wielu komentatorów – nie musi być odbierane, jako swoiste, egoistyczne liberum veto, inspirowane przez londyńskie finansowe City, lecz próba honorowej obrony, przed nazbyt agresywnym liderowaniem na arenie Europy duetu Merkel-Sarkozy. Przyznał to nawet francuski socjalistyczny kandydat na prezydenta w majowych wyborach, Francois Hollande, wyrażając krytykę pod adresem urzędującego prezydenta Francji, że nie postarał się o kompromis w sprawie porozumienia fiskalnego, z Wielką Brytanią.
Na koniec, jeszcze krótko zastanówmy się jak wypadła na koniec – na tle burzliwych wydarzeń w Europie – polska prezydencja, która rzutem na taśmę, bezwarunkowo poparła potrzebę wzmocnienia obecnej formuły EU, w kierunku przyjęcia zdecydowanie bardziej federacyjnej?
Otóż wbrew temu, co donoszą od kilku tygodni rodzime media, prawie żadnym echem nie odbiło się bezprecedensowe w najnowszej historii polski, nieuzgodnione z parlamentem, ani nawet dostatecznie, z prezydentem B. Komorowskim, wystąpienie ministra spraw zagranicznych R. Sikorskiego. Wyszliśmy, jako kraj, przed szereg i można niestety powiedzieć, że wyglądało to na nadgorliwość, odebraną przez komentatorów, zarówno w krajach sąsiadujących (Węgry, Czechy, Słowacja) jak i w Wielkiej Brytanii, jako podlizywanie się Niemcom. W dodatku bez żadnych gwarancji, że nasz zachodni sąsiad kiedykolwiek do doceni. Jak bardzo nieobiektywne, jednostronne i prorządowe są polskie media, można się przekonać czytając i oglądając, ogólnie dostępne przekazy mediów zagranicznych. Przeciwieństwie do polskich, nie ma często nawet wzmianki o zakończeniu polskie prezydencji ani o spektakularnym (wydawałoby się na podstawie tego, co przekazują rodzime media) wystąpieniu ministra R. Sikorskiego.
A może to dobrze, że niedodające Polsce chwały, wystąpienie szefa MSZ, i najwyraźniej niedostrzegalna (oczywiście za granicą, bo nie w Polsce) aktywność polskiej prezydencji, zostały za granicą praktycznie zignorowane. W tym wypadku większa cisza to… mniejszy wstyd.
Robert Kowalczyk



In English
по русском языке




