Filmy pod choinkę

barbarossa Martinelli„Braveheart” dla ubogich

Co jakiś czas kupuję w Media Markt nowe filmy na DVD, których nie ujrzymy w telewizji, bo ta w 98 procentach nadaje wyłącznie produkcję made in USA. Można trafić na prawdziwe „perełki”, ale i na gnioty. Tak było i tym razem. Kupiłem cztery filmy, dwa o historii dawniejszej i dwa o II wojnie światowej (włoski, niemiecki, norweski i rosyjski). Obejrzałem do tej pory pierwsze dwa. Wynik 1:1 – jeden gniot, jeden dobry. Gniotem okazał się włoski film pod obiecującym tytułem „Barbarossa – klątwa przepowiedni”. Rzecz dzieje się w XII wieku za panowania cesarza Fryderyka Barbarossy (1125-1190). Cesarz (niezła rola jedynej gwiazdy w filmie – Rutgera Hauera) postanawia podbić Włochy i odbudować Cesarstwo Karola Wielkiego. Przeciwko niemu występuje wódz Mediolańczyków Alberto da Giussano. Fabuła raczej prosta, dające wszakże spore możliwości dla twórców filmu. Cóż z tego, kiedy zamiast dobrego obrazu mamy do czynienia z „Braveheart” dla ubogich. Te same chwyty, te same ujęcia (a raczej próby ujęć), szczególnie w końcówce filmu.

Naśladownictwo dobrych produkcji nie zawsze wchodzi na dobre, bo co jakiś czas człowiek wybucha śmiechem, tak jak wybuchał przed laty oglądając spaghetti westerny. Uboga scenografia, aktorstwo na poziomie filmów dla młodzieży, prymitywne komputerowe tricki – to kładzie ten film. Owszem – jest w nim widoczne przesłanie ideowe – Niemcy to wróg, tak i jak i teraz w Unii Europejskiej. Tyle, że zamiast Barbarossy jest teraz Merkel. Pachnie to na odległość tanim patriotyzmem w stylu słynnych powiedzonek Silvio Berlusconiego. Jednak nie mogłem zachować powagi, nawet kiedy pokazywano scenę ataku na Mediolan niemieckich machin oblężniczych, do których przywiązano schwytanych Włochów – niczym pod Głogowem w roku 1109.

„Barbarossa – klątwa przepowiedni”, Martinelli Film Company Internalional, rez. Renzo Martinelli (Włochy, 2011) – czas trwania: 139 minut.

henryk IVHenryk IV po bawarsku

Drugi film obejrzałem za to z uwagą i zainteresowaniem. To „Henryk IV – król Nawarry”. Nakręcił go Jo Baier, twórca m.in. „Stauffenberga”. Ponad połowa filmu toczy się w dramatycznym okresie początku lat 70. XVI wieku, a kluczowym wydarzeniem jest rzeź w nocy św. Bartłomieja (24 sierpnia 1572 roku). Na ten temat powstało już mnóstwo filmów ze słynną „Królową Margot” na czele. Tym razem wydarzenia te widzimy oczami króla Henryka, późniejszego Henryka IV Wielkiego (1533-1610), króla Francji. Mocną stroną filmu jest aktorstwo (świetna rola główna Juliena Boisellera), zdjęcia i dramaturgia.

Film powstał na motywach powieści Heinricha Manna „Młodość króla Henryka IV (1935, wyd. polskie 1936) i „Lata dojrzałe króla Henryka IV” (1937, wyd. polskie 1959). To wpłynęło znacząco na przesłanie ideowe filmu. Normą jest przedstawianie tego okresu jednowymiarowo – źli katolicy i dobrzy protestanci. Tak jest i w tym filmie, choć nie tak tendencyjnie  jak np. w „Królowej Margot”. W filmie Baiera przywódca hugenotów, admirał Coligny, niemal „święty” liberalnej Europy – nie jest postacią jednowymiarową. Ale i tak film nie odbiega od przyjętej normy – kardynałowie katoliccy to nadęte, tłuste indywidua, pozbawiane uczuć ludzkich. Jedynie legat papieski, choć cyniczny, jest pokazany jako w miarę normalny człowiek.

Henryk IV jest za to postacią pełnokrwistą – trochę birbant, kobieciarz na potęgę, trochę lekkoduch, ale jednocześnie człowiek, który widzi do czego prowadzi wojna domowa. Jest jedna scena w tym filmie, której pewnie reżyserzy francuscy by nie pokazali – Henryk oblega katolicki Paryż. Mimo głodu i udręki – miasto nie chce wpuścić heretyka. Przez otwartą bramę wybiegają na chwilę obrońcy z gminu i rzucają się na trawę, zjadając wszystko co się nadaje do spożycia. Wtedy Henryk dochodzi do wniosku, że nie może zdobyć tego miasta siłą – musi powrócić na łono Kościoła katolickiego – i tak dochodzi do godności króla Francji. Jest letni religijnie, nikt nie wierzy, że stał się na nowo gorliwym katolikiem, ale zapewnia stabilizację państwa. Jakie jest przesłanie filmu? Pochwała letniości, indyferentyzmu? Tak to wygląda na pierwszy rzut oka, ale obraz broni się tym, że nie jest nachalny i w sumie zbytnio nie zafałszowuje historii.

„Henryk IV – król Nawarry”, Bavaria Film International, reż. Jo Baier (Niemcy, 2010) – czas trwania: 148 minut.

Jan Engelgard

na zdjęciu: kadr z filmu “Henryk IV – król Nawarry”

Fot. film web.pl

Już nie można komentować tego artykułu.