Nie wstydźmy się historii – rozmowa z Mariuszem Kozikiem, malarzem i grafikiem komputerowym
Rzymskie legiony, średniowieczne rycerstwo, polska husaria, wojska epoki napoleońskiej, dwudziestowieczne sceny batalistyczne od pierwszej wojny światowej po konflikty współczesne – oto tematyka pańskich grafik. Mówiąc krótko, tematyka nieodpowiadająca współczesnym modom, trendom i kierunkom. Skąd u Pana takie zainteresowanie historią?
- Mody i trendy to biznes lub polityka. Specjaliści z różnych branż pracują nad tym, by przekonać do swojego produktu jak największą część społeczeństwa. Czasem produktem jest gadżet elektroniczny, a czasem jedynie słuszny pogląd polityczny. Trudno dziś nie ulec płynącej z mediów presji, która narzuca nam sposób myślenia lub listę zakupów. Warto jednak się opierać, walczyć o własne zdanie, o zachowanie zdrowego rozsądku, i pozostać sobą.
Historia jest w tym trudzie naszym naturalnym sojusznikiem. Wszystko już bowiem było, w takiej czy innej formie. Wiedza o przeszłości umożliwia przewidywanie przyszłości i, choć życie potrafi zaskoczyć, warto czerpać z doświadczeń poprzednich pokoleń. Do poznawania historii zachęcił mnie wuj, żołnierz AK, ogromny patriota, mądry człowiek i świetny gawędziarz. A reszta to kwestia wrażliwości, trudno o bardziej romantyczną i inspirującą artystę dziedzinę wiedzy.
Patrząc na inne nacje, na ich celebrowanie pamięci przodków, ogarnia mnie przygnębienie, że my jako naród nie potrafimy odpowiednio upamiętnić bohaterów naszej niezwykłej historii, nie dbamy o chwałę polskiego oręża. Na tle Anglosasów, Rosjan etc. wypadamy fatalnie! W filmie „Gladiator” Ridleya Scotta pada takie zdanie: „Wszystko, co robimy za życia, odzwierciedla się w wieczności”. Powinniśmy zadbać, by pamięć o naszej tysiącletniej walce o niepodległość trwała na wieki, by była powodem do narodowej dumy i budziła powszechny szacunek w zjednoczonej dziś Europie.
A więc, krótko mówiąc, historia magistra vitae est, tylko panujący w Polsce klimat nie sprzyja jej pielęgnowaniu. Rozróby środowisk lewackich i anarchistycznych z Polski, ale także i Niemiec, towarzyszące Marszowi Niepodległości, wydają się to potwierdzać. Gdzie, Pana zdaniem, leżą przyczyny takiego fatalnego dla Polski stanu?
- Nie dramatyzowałbym. Nie tylko w Polsce głośne są środowiska lewicowe i anarchistyczne. Niemal cała Europa przechodziła kryzys tożsamości i świadomości narodowej. Lewica „odnosiła sukcesy” i cieszyła się oczywiście ogromną popularnością dzięki swojej socjalnej polityce i populizmowi. Efektem tego jest obecne zadłużenie publiczne większości krajów starego kontynentu. Obserwując ostatnie wydarzenia widać wyraźnie, że Europa zdecydowanie skręca w prawą stronę, a środowiska lewackie i anarchistyczne pogrążają się w niepewności, gdyż kończy się ich czas, czas życia kosztem innych. Mam obawy, że nadchodzi najtrudniejszy okres po II wojnie światowej. Tradycyjnie więc za odbudowę ekonomicznej stabilności i kultury łacińskiej odpowiedzialna będzie prawica. Środowiskiem anarchistycznym i lewackim bym się nie przejmował. W demokracji skrajności są często najbardziej widoczne. Tego rodzaju zachowania, jak na Święcie Niepodległości są jedynie oznaką słabości i zapowiedzią nadchodzącej agonii tych ugrupowań. Próbą zwrócenia na siebie uwagi. Efektem jednak jest wyłącznie niesmak i zażenowanie.
Tytuł albumu z Pana grafikami batalistycznymi, który ukazał się 23 listopada, brzmi Chwała bohaterom. Tymczasem bohaterami Pana prac są zarówno średniowieczni krzyżowcy, japońscy samuraje, żołnierze rosyjscy, francuscy czy polscy z XVIII-XIX wieku, jak i żołnierze niemieccy i angielscy z I wojny światowej, niemieccy spadochroniarze i wojska pancerne z II wojny światowej czy żołnierze amerykańscy i polscy z trwających obecnie konfliktów. Jakimi kryteriami kieruje się Pan przy wyborze tematu dzieł?
- Bohaterów szanuje się w każdej kulturze, każdy naród czci pamięć niezwykłych ludzi i ich czynów. Myślę, że liczba i swoista jakość bohaterów świadczą o narodzie. Polacy walczyli w każdej niemal wojnie, na wszystkich kontynentach i choć nie zawsze pod biało-czerwonymi sztandarami, to zapisali się na kartach historii w sposób szczególny. Tak więc na wielu ilustracjach, które znalazły się w albumie, dostrzegam bohaterskich rodaków, począwszy od wypraw krzyżowych, a na licznych frontach II wojny światowej skończywszy.
Ilustracje te powstawały przez lata, wiele z nich na zlecenie Osprey Publishing, bodaj największego wydawcy książek historycznych na świecie. Wydawca ten stworzył serię „Raid”, w której publikowane są książki o najbardziej szalonych, najtrudniejszych i często zakończonych sukcesem akcjach militarnych. Te ilustracje idealnie pasowały do albumu.
Gdy wybierałem prace do Chwały bohaterów, z dużym zdumieniem odkryłem, dla jak wielu firm tworzyłem i jak ogromnym materiałem dziś dysponuję. Każda z grafik ma swoją historię, którą trudno byłoby w tej chwili opowiadać. Wybór nie był łatwy i do końca trwały roszady. Mam nadzieję, że wybrany materiał będzie się podobał.
Doprecyzuję pytanie: poza robiącymi na każdym kochającym swój kraj Polaku olbrzymie wrażenie grafikami przykładowo z husarią są i takie, które budzą raczej złe skojarzenia – czołgi czy spadochroniarze Wehrmachtu. Czy Pana zdaniem Niemcy mają prawo do postrzegania swoich żołnierzy z frontów II wojny światowej jako bohaterów?
- Tytuł albumu przede wszystkim odnosi się do naszych bohaterów, ale trzeba przyznać, że każdy naród ma prawo do pamięci. Niemcy również. Erwin Rommel stał się legendą jeszcze za życia i budził wielki szacunek wśród aliantów. Jest on swego rodzaju niemieckim bohaterem. Moimi bohaterami są wszyscy ludzie poddani sytuacjom krańcowym, o ile nie są to zbrodnie. Mam nadzieję, że prace z Niemcami nie odstają warsztatowo od innych.
Pana pseudonimem „Lacedemon” nawiązuje Pan do antycznej Sparty. Jakie cnoty, jakie wartości spartańskie przesądziły o wyborze takiego pseudonimu?
- Lacedemon władał Spartą, którą jestem zafascynowany, jak i całą zresztą starożytnością. Agoge to sposób kształtowania dyscypliny wśród młodych Spartiatów. W zawodzie, jaki uprawiam, tylko zachowanie żelaznej dyscypliny rokuje nadzieje na progres… Zająłem się malarstwem cyfrowym bardzo wcześnie, wiele musiałem się nauczyć, wiedzę analogową zsynchronizować z narzędziami komputerowymi. Choć nie wiązałem z tą dziedziną artystyczną wielkich nadziei, okazało się, że potrafi być fascynująca i sprawiać ogromną satysfakcję. Nie porzucam jednak pędzli i płótna.
Dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych publikacji
Rozmawiał: Michał Soska
Nr 1-2 (1-8.01.2012)



In English
по русском языке




