Powrót na Dolny Śląsk (4)
Będąc po raz trzeci tego roku w Kotlinie Kłodzkiej postanowiłem tym razem ją opuścić i pojechać w inny rejon Dolnego Śląska – do Świdnicy i Krzyżowej. Dlaczego do Świdnicy? Z kilku względów. Po pierwsze, nigdy tam nie byłem. Po drugie – to miasto wyjątkowe przez wzgląd na swoją bogatą historię i świetność, która towarzyszyła mu przez wieki.
Z Polanicy Zdroju, gdzie tradycyjnie kwateruję, można pojechać do Świdnicy albo przez Kłodzko na Dzierżoniów i Nową Rudę, albo przez Kudowę Zdrój. Wybieram te drugą trasę, bo po drodze wpadam do Muzeum Papiernictwa w Dusznikach Zdroju. To muzeum mieści się tuż przy trasie nr 8, w starym XVII-wiecznym młynie powstałym w 1605 roku. Ruchliwą drogę wiodącą do Czech oddziela od muzeum wijąca się w bardzo głębokim wykopie rzeczka Bystrzyca Dusznicka, która jednak podczas obfitych opadów potrafi wznieść się o kilka metrów i zagrozić wylaniem. Główną atrakcją muzeum jest wytwórnia czerpanego papieru, oblegana przez wycieczki szkolne. Dzieci mogą czynnie uczestniczyć w produkcji tego papieru, co sam widziałem oprowadzany po pomieszczeniach przez pracownika muzeum Jana Bałachana.
Przeprawa przez góry
Tego dnia nie trafiłem z pogodą – od rana leje, jest chłodno i ponuro. Jechać jednak trzeba, najpierw do Kudowy Zdrój a potem przez Góry Stołowe drogą wojewódzką nr 387 na Radków. Mimo wszystko nie widziałem co mnie czeka, okazało się, że to słynna droga 100 zakrętów. Owszem, malownicza i piękna, tyle że w dobrą pogodę, a nie przy mgle i deszczu. Z tyłu naciskała mnie od samej Kudowy mała ciężarówka. Na prostej jej uciekałem, ale dochodził mnie na zakrętach, które pewnie dobrze znał. Zatrzymać się nigdzie nie było można, poza parkingiem na samym szczycie Gór Stołowych, gdzie jest taras widokowy. Po co jednak tu stawać, kiedy i tak widoczność jest ledwie 100 metrów? W pewnym momencie zauważam, że w moim telefonie komórkowym skończył się zasięg Plus GSM a na kilkanaście minut pojawiła się jakaś sieć czeska.
Po jakieś pół godzinie jazdy nagle się rozwidniło i zacząłem zjeżdżać w dół – i od razu wyjrzało słońce. Goniąca mnie ciężarówka gdzieś skręciła. Moim oczom ukazała się piękna dolina wiodąca w kierunku Nowej Rudy. Ta nazwa wskazuje na to, że tym rejonie są kopalnie. To już prawie Zagłębie Wałbrzyskie. W Nowej Rudzie były kopalnie węgla kamiennego, ale w okolicy są także inne kopaliny – w jednej z mijanych wsi na jezdni zalegała woda w rdzawym kolorze. W samej Nowej Rudzie trudno zorientować się gdzie jechać, ale udaje mi się wydostać i czeka mnie następna przeprawa – Góry Sowie. Dopiero za nimi zaczyna się nizina, na której leży Świdnica. Tym razem przejazd nie jest aż tak niebezpieczny. Przed Dzierżoniowem skręcam w lewo i jadę już prosto do Świdnicy. Na długo przed nią na horyzoncie pojawia się wieża kościoła – katedry św. Stanisława i św. Wacława. Ma 103 metry wysokości i wskazuje przyjezdnym, gdzie kierować się, żeby dotrzeć do miasta.
Piastowskie korzenie Świdnicy
Przed przyjazdem tutaj zajrzałem do książki Władysława Jana Grabskiego „200 miast wraca do Polski” i przeczytałem: „Starodawna osada słowiańska o ciekawej nazwie, może pochodzącej od słowa: świd, świdny, świdowaty, co znaczy dziś niedojrzałość i wczesność, a także coś ciemnego, śniadego, a w botanice — dereń, może też od słowiańskiego imienia Swida, założyciela osady, nigdy jednak od świni, jak usiłują wytłumaczyć Niemcy trudną do wymówienia Świdnicę, którą przerobili na Schweidnitz — czyli coś w rodzaju Świnowica.
Skądby Słowianie prostszą nazwę Świnka mieli komplikować dodaniem spółgłoski „d” w środek wyrazu i przekręcić go bezcelowo na trudniejszy? Nazwy zazwyczaj upraszczają się i skracają z biegiem lat i zapomnieniem ich pierwotnej treści, ale nie odwrotnie. Niemieccy kronikarze do swego tłumaczenia nazwy naszego miasta dodali i legendę, jakoby w miejscu założenia „fundamentów” osady znaleziono dużo dzikich świń, czyli po polsku dzików, tak jakby ich mogło braknąć w lasach karczowanych w X wieku,, a może i dawniej, gdy powstawała osada Świdnica. Nazwano by wówczas osadę Dzikowem, Warchłowem, Odyńcem, ale nie Świdnicę.
Herb miasta przedstawiający na ćwierciach tarczy: gryfa, dzika i dwie korony, jest o tyle późniejszy, że w żadnym, razie nie może służyć do tłumaczenia nazwy Świdnica, a dowodzi tylko, że burmistrzowie, wójtowie czy ławnicy — koloniści niemieccy taki herb układając, już wtedy nie wiedzieli co znaczy nazwa miasta, do którego ściągnęli ich polscy książęta”.
Oblicze miasta
Miasto wyobrażałem sobie jako dosyć małe, tymczasem liczy ono 60.000 mieszkańców i jest bardzo ruchliwe. Sporo się napociłem szukając dobrego miejsca na zaparkowanie. Okazało się, że centrum jest strefą płatną, poza tym przez prawie centrum miasta przechodzi tor kolejowy z przejazdem zamykanym szlabanem. Mam mało czasu, więc od razu idę na rynek, który robi ogromne wrażenie – jest bardzo duży, pięknie rewitalizowany, kamienice wokół niego lśnią nowymi elewacjami, zdobią go liczne posągi, fontanny i kwiaty. Roboty jeszcze trwają, część obiektów jest nadal ogrodzona. Na budynku starego ratusza dostrzegam liczne tablice pamiątkowe. Pierwsza poświęcona jest saperom polskim i została tu wmurowana w 1965 roku. Oto jej treść: „W XX rocznicę wyzwolenia Ziemi Świdnickiej. Pamięci bohaterskich saperów i tym, którzy przyczynili się do jej zagospodarowania – Społeczeństwo”. Tablice pamiątkowe są ważnym wskaźnikiem polityki historycznej, jaką prowadzi się w danej miejscowości. Szukam więc innych. Jest! Tym razem poświęcona Józefowi Wybickiemu: „W 200. rocznicę powstania Mazurka Dąbrowskiego (1797-1997). W 1803 r. przebywał w Świdnicy Józef Wybicki – autor Hymnu Narodowego – 11 listopada 1997 r.”. Nie jest źle – dwie tablice w centrum i obie poświecone polskim akcentom w historii miasta.
To ważne, bo miasto straciło kontakt z Polską w wieku XIV. Ważne jest jednak także to, że Księstwo Świdnickie, rządzone przez Bolka II Świdnickiego (zm. w 1368 r.) – jako ostatnie zachowywało niezależność od Pragi i szukało kontaktu z Polską. To dlatego Władysław Jan Grabski właśnie Świdnicę wybrał na miejsce swojej powieści „Rapsodia Świdnicka”. To potężne dzieło, nad którym autor pracował kilka ładnych lat. Zafascynowany średniowieczem, czytający po łacinie i niemiecku – w latach stalinowskich znalazł sobie azyl i miejsce pracy właśnie tutaj. Czytał stare księgi, penetrował archiwa kościelne i państwowe. Szukał śladów polskości i słowiańskości. Powieść, nagrodzona w 1957 roku paxowską Nagrodą im. W. Pietrzaka, jest trudna, ale to jedno z największych dzieł tego pisarza, świadczące o jego fascynacji dziejami Śląska. Pewnie dzisiaj w samej Świdnicy mało kto wie, że taka powieść istnieje – ale takie czasy. Pisarz starał się odtworzyć tamtą epokę, kiedy Księstwo Świdnickie było samodzielną jednostką polityczną i gospodarczą skutecznie stawiającą opór samemu Janowi Luksemburskiemu, który miał w ręku już cały Śląsk, prócz Świdnicy. Bolko II w ocenie Grabskiego był wybitnym władcą, choć za jego czasów do miasta napłynęli osadnicy niemieccy i żydowscy, którzy wyparli rodzimych mieszkańców poza mury. Ciekawa rzecz, potem, w wieku XV – mieszczanie niemieccy urządzili Żydom kilka pogromów, a ich resztki uciekły do Polski. To gwoli dyskusji na temat odwiecznego „polskiego antysemityzmu”.
Miasto burzliwej historii
Jak piszą autorzy monumentalnego dzieła pt. „Dolny Śląsk” (Poznań-Wrocław 1948, cz. II): „Wśród mieszczan świdnickich, związanych od XIV po XVI w. silnymi węzłami gospodarczymi z Polską (piwo świdnickie pito przecież nie tylko we Wrocławiu, ale i w piwnicy ratuszowej w Krakowie), spotykamy często Polaków. W Lipsku studiują Świdniczanie o takich nazwiskach: Mikołaj s. Polaka (1422 r.), Jan Mieloch (1422 r.), Jan Koppocz (1433 r.), Piotr Plusko (1446 r.), Adam Ponic (1446 r.), Aleksy Swidenicz (1453 r.), Wacław Ponic (1460 r.), Maciej Polan (1539 r.)- W latach 1431-1581 studiowało na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie około 120 Świdniczan, którzy w ten sposób, pod bezpośrednimi wpływami polskiej uczelni umacniali w sobie swą polską kulturę. Do najznakomitszych uczniów Akademii Krakowskiej pochodzących ze Świdnickiego należeli; Wincenty Viaw ze Świdnicy, doktor medycyny, po 1400 r. profesor uniwersytetu krakowskiego, Jan Henckel, od 1533 r. proboszcz w Świdnicy, Kasper Ursinus Velius, zapisany w 1505 r. na wszechnicę krakowską, poeta, historyk i jeden z pierwszych na Śląsku humanistów, Franciszek Faber, pisarz miejski od 1542 r., Jerzy Logau, poeta i humanista śląski, a obok nich wymienić można wielu innych.
Świdnica kształciła więc w Krakowie swych proboszczów i pisarzy miejskich, którzy siłą rzeczy nasiąkali tym samym kulturą polską i formy tej kultury przenosili na grunt czy to szkoły świdnickiej, czy kościoła czy też rady miejskiej. Talent zaś największych śląskich humanistów rozwinął się dzięki studiom, odbytym w wielkim centrum kultury umysłowej, jakim był piętnasto – i szesnastowieczny Kraków”. Można więc mówić o fenomenie „polskiej Świdnicy”, mimo że miasto nabierało szybko charakteru niemieckiego. W sensie narodowościowym rzecz jasna, bo politycznie należało do Czech i Austrii, a do Prus dopiero od 1741 roku.
W księgarni w centrum miasta szukam wydawnictw na temat historii miasta – nie ma niczego! Jest zdecydowanie gorzej niż w Kłodzku. Są tylko dwa tomy wydawanego przez Towarzystwo Regionalne Ziemi Świdnickiej „Rocznika Świdnickiego” (z 2007 i 2008 roku). W pierwszym dominują artykuły o twierdzy świdnickiej, w tym o oblężeniu miasta przez wojska napoleońskie w 1807 roku. W drugim sporo materiałów z życia polskiej społeczności miasta po 1945 roku. Generalnie – pismo wydawane jest na bardzo wysokim poziomie naukowym. Jest też kroniką życia miasta. Z tego co wiem, następne tomy (37 za 2009) ukazały się z dużym opóźnieniem. Niewiele więcej kupiłem w księgarni przy katedrze św. Stanisława i św. Wacława – prawie same wydawnictwa czysto religijne, nie ma nic na temat np. historii świątyni. Pozostaje mi zwiedzanie od zewnątrz. Wieża robi ogromne wrażenie – ma – jako się rzekło – 103 metry. Na planie, który wisi przy tablicy informacyjnej, możemy prześledzić, jak katedra pięła się do góry. Wysokość 66 metrów osiągnęła w połowie XVI wieku, 87 metrów w 1565 roku, a dopiero w 1613 wysokość obecną, czyli 103 metry. Na słynnej rycinie z XVII wieku, którą zamieścił w książce „200 miasta wraca do Polski” Grabski – wieża ma już ostateczną wysokość.
Świdnica jest obecnie siedzibą diecezji Kościoła Rzymsko-Katolickiego. 24 lutego 2004 Ojciec Święty Jan Paweł II po konsultacjach nuncjatury apostolskiej w Polsce dokonał wyboru Świdnicy (spośród Nysy, Wałbrzycha i Kłodzka) na stolicę nowej diecezji na Dolnym Śląsku. Zrealizował w ten sposób założenia bulli „Totus Tuus Poloniae Populus”. Nowa diecezja powstała z połączenia 13 dekanatów archidiecezji wrocławskiej i 8 dekanatów diecezji legnickiej. Trzeba przyznać, że Świdnica jest godnym miejscem na siedzibę diecezji. Przechadzając się wokół katedry trafiam i na kuriozum. Na tablicy przy katedrze kwitnie twórczość parafian. Przypięta kartka „Boże błogosław Ojczyznę”. Pod nią wiersz Kazimierza Wierzyńskiego „Strofa o wolności” a obok zdjęcie Józefa Piłsudskiego idącego na moście Poniatowskiego w dniu 12 maja 1926 roku naprzeciw prezydentowi Stanisławowi Wojciechowskiemu. To początek zamachu majowego – zaiste świetna ilustracja wiersza o wolności.
Wracając powoli do samochodu – oglądam ulice miasta poza centrum. Obok zadbanych i schludnych kamienic – są i takie, których lepiej nie pokazywać. Obdrapane mury, zarośnięte podwórka, obskurne bramy. Świdnica B albo C. Ale nazwy ulic typowo piastowskie – Bolesława Chrobrego, Księcia Bolka Świdnickiego, Mieszka I, Pionierów Ziemi Świdnickiej. Jest Aleja Niepodległości, Ofiar Oświęcimskich, Westerplatte i Kopernika. Jest Osiedle Słowiańskie i Osiedle Piastów. Nie docieram do innych miejsc związanych z miastem. Po 1945 stacjonował tu duży garnizon wojsk radzieckich, a od 1984 nawet Dowództwo Grupy Północnej. Miało to duży wpływ na oblicze miasta w tym czasie. Jest też i inny ślad, od roku 1901 mieszkał tu z rodzicami Manfred von Richthofen (1892-1918). W tym miejscu jest w tej chwili coś na kształt pomnika. „Czerwony baron” to legenda niemieckiego lotnictwa myśliwskiego w czasie I wojny światowej. Szerszej publiczności znany jest z filmu „Czerwony baron” z 2008 roku. W tym miejscu ciekawostka. 12 czerwca 2008 roku w Świdnicy gościła Gabriele von Altrock z Haraledem Hennem. Von Altrock przed wojną mieszkała w domu Rihchthofenów przy obecnej ulicy Władysława Sikorskiego. Podczas wizyty spotkała się z Jerzym Gaszyńskim, twórca miejsca pamięci poświęconego Manfredowi von Richthofen. Ale bardziej znaczące ślady historii niemieckiej są pod Świdnicą – przy drodze na Dzierżoniów – w Krzyżowej.
von Moltke i Kuroń
Wsi pod tą samą nazwą (Kreisau) jest na samym Dolnym Śląsku trzy, ale ta pod Świdnicą jest najważniejsza. To tutaj zbierali się w czasie II wojny światowej ludzie będący w opozycji do Adolfa Hitlera. Na początek krótki rys encyklopedyczny: „Własność rodziny von Moltke, kiedy to Helmuth Karl Bernhard von Moltke – dowódca z okresu „niemieckich wojen zjednoczeniowych” – nabywa majątek Krzyżowa. Majątek wraz z pałacem po śmierci feldmarszałka w 1891 r. odziedziczył jego bratanek Wilhelm von Moltke, dziadek Helmutha Jamesa von Moltke. Już w XVI wieku istniał tu zapewne jakiś dwór, który został zniszczony w 1633 r. w związku z trwającą wtedy wojną trzydziestoletnią. Dzisiejszy pałac zbudowano na skarpie, nad dawnym korytem rzeki Piławy, z inicjatywy Sigismunda von Zedlitz und Lepie około 1720 roku. Projekt ziemiańskiej siedziby wykonał być może Felix Anton Hammerschmidt ze Świdnicy. W czasie II wojny światowej pałac był miejscem tajnych spotkań niemieckiej antynazistowskiej grupy „Kręgu z Krzyżowej”, założonej m.in. przez właściciela – hrabiego Helmuth James von Moltke. W wyniku zdemaskowania organizacji po nieudanym zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu, jej członkowie wraz z właścicielem pałacu hrabią Helmutem von Moltke zostali straceni. W 1945 dotychczasowi mieszkańcy musieli opuścić swoje domy”.
Miejscowość jest rzeczywiście pięknie położona – już po wyjeździe ze Świdnicy po prawej stronie majaczą Góry Sowie i Sudety. Skręt w prawo i po 1,5 kilometra wjeżdżamy na teren odrestaurowanej posiadłości. Ogromny parking jest prawie w całości zajęty. W tym miejscu bowiem znajduje się potężne centrum konferencyjne – sale, hotel, restauracje i kawiarnie. Dzisiaj trafiłem na… konferencję producentów zabawek. Wszystkie dawne budynki posiadłości von Moltków, a potem PGR-u, są obecnie pięknie odnowione. Pośrodku terenu wielki plac-trawnik, a wokół rzędy budynków, z których właściwy pałac wcale nie jest największy. Pomimo późnej pory (ok. 16.00) można do niego wejść, ale zamknięta jest już mała księgarenka, nie ma też obsługi. Jest za to wycieczka z Niemiec, która w skupieniu słucha przewodnika. Na pierwszym piętrze (właściwie podwyższony parter) w dwóch salach można obejrzeć wystawę planszową o „Kręgu z Krzyżowej”. Zdjęcia uczestników spotkań, a także członków Białej Róży. Zdjęcia Jamesa von Moltke i jego zony Freyi. A w następnej sali niespodzianka – Jacek Kuroń i KOR. Cóż za zestawienie! Cóż za niezręczność! Niby chodzi tu o tzw. walkę z totalitaryzmem – o wspólnotę ideową między tymi z Krzyżowej i tymi z KOR. A jednak odczuwam niesmak – nie tylko dlatego, że losu obu tych grup nie można tak łatwo zestawiać (ci z Krzyżowej zginęli na szafocie), ale i zestawianie III Rzeszy z PRL zręczne chyba nie jest. Autorem tej „koncepcji” z naszej strony jest Ośrodek Karta, promujący od lat wizję historii a la Unia Wolności. Wolałbym jednak, żeby w tym miejscu była ekspozycja wyłącznie na temat „Kręgu z Krzyżowej”, i wolałbym nie oglądać tutaj Jacka Kuronia.
Lipinsky maluje chwałę Prus
Wchodząc na piętro, gdzie są sale konferencyjne, od razu rzucają się w oczy dwa ogromnych rozmiarów freski na półpiętrze. Na jednym widzimy jedno z miast pruskich zdobytych przez wojska napoleońskie w 1806 roku – widzimy rozpasane francuskie żołdactwo grabiące i gwałcące i widzimy przerażonych mieszkańców kryjących się po zakamarkach. A pod drugiej stronie – Paryż 1870 rok. W tle Łuk Triumfalny, do którego zbliżają się żołnierze pruscy. Patrzą na nich mieszkańcy Paryża, jedni wygrażają pięściami, gawrosze krzyczą coś na żołnierzy w pikielhaubach. Dwa kluczowe momenty w historii Prus – klęska pod Jeną i triumf Bismarcka w 1870 zakończony zdobyciem Paryża. Wpatruję się w malowidło i odczytuję nazwisko malarza – „Lipinsky”. Polak? Po powrocie do domu szperam i znajduję odpowiedź na pytanie o autora jednego z najbardziej pruskich obrazów. Okazuje się, że malarzem tym jest pochodzący z Grudziądza Sigmund Lipiński (Lipinsky) żyjący w latach 1873-1940. Studiował w Berlinie. W 1899 roku zaprojektowany dla Pałacu von Moltków w Krzyżowej fresk, przedstawiający „Wkroczenie wojsk francuskich do Lubeki w 1806 roku”. Otrzymał za to nagrodę. Fresk powstał w 1900 roku. Tak oto Polak namalował jedno z najbardziej nacjonalistycznych dzieł przedstawiających historię pruskiego militaryzmu.
Na tym koniec zwiedzania – jeszcze tablica upamiętniająca słynną Mszę pojednania w Krzyżowej z 12 listopada 1989 roku ( z udziałem Helmuta Kohla i Tadeusza Mazowieckiego) oraz fragment Muru Berlińskiego. Wracam do Polanicy – tym razem nie przez góry, lecz przez Dzierżoniów, w kierunku Kłodzka.
Jan Engelgard
CDN
Nr 49-50 (4-11.12.2011)



In English
по русском языке




