Jest kogo czcić i naśladować

gustaw logoW tekście zatytułowanym „Kogo powinni honorować młodzi endecy?” p. Tomasz Miszczuk odniósł się do artykułu mojego autorstwa „Obóz narodowy w bunkrze” („Myśl Polska” nr 1-2/2012). Miszczuk pisze m.in.: „Otóż p. Motas udziela reprymendy młodym działaczom endeckim za to, że z szacunkiem odnoszą się do bohaterów NSZ, AK, NZW, żołnierzy wyklętych, uczestników narodowego powstania antykomunistycznego, które trwało przez lata po II wojnie światowej, wymierzonego w instalujący się w Polsce sowiecki aparat władzy (…) Kogo zatem mają honorować młodzi endecy, jeśli nie swoich starszych kolegów, reprezentantów formacji wojskowej będącej emanacją ruchu narodowego, którzy przelewali krew za ojczyznę zwłaszcza, jeśli ta krew była krwią żołnierzy okupanta i żołnierzy, którzy tego okupanta wspierali. To zasługą żołnierzy wyklętych i ich oporu, ich napadów na ubeckie więzienia, na wojskowe zbrojownie, partyjne komitety, posterunki MO było to, że władza sowiecka nie potrafiła do końca zainstalować swej administracji w Polsce, że nasz kraj zachował wiele względnej wolności w porównaniu do pozostałych państw bloku sowieckiego. W porównaniu z nimi w tym aspekcie Ci „endecy”, którzy podjęli współpracę z władzą sowiecką nie osiągnęli kompletnie nic. Ponawiam więc pytanie: Kogo, jeśli nie żołnierzy wyklętych, mieliby honorować młodzi endecy?”.

Rozwijany powyżej przez p. Miszczuka passus o zwiększonej sferze wolności w powojennej Polsce dzięki antykomunistycznemu podziemiu zbrojnemu pozwalam sobie pozostawić bez komentarza, ograniczając się tu jedynie do konstatacji, że działalność zbrojnego podziemia w oczywisty sposób nasilała represje ze strony nowej władzy, a nie je łagodziła, ba – była jej nawet na rękę, bo kompromitowała w oczach zmęczonego wojną społeczeństwa tzw. reakcyjne siły i dawała jej atuty do ręki. Także w ocenie władz cywilnych SN podziemie kompromitowało obóz narodowy występując samozwańczo pod jego szyldem (vide raporty W. Jaworskiego i J. Bełcha).

Jednak ad rem. Przyzwyczaiłem się już do ataków na moje teksty, które formułowane są najczęściej z pozycji mesjanistyczno-insurekcyjnych, także w łonie środowisk narodowych. Endecki frazes łączy się w tych polemikach z pierwszej wody romantyzmem politycznym, poziom zaś niezrozumienia idei obozu narodowego pozwala mi na sformułowanie tezy, że w podobnych przypadkach mamy przeważnie do czynienia z piłsudczykowską dywersją w obrębie obozu narodowego. Truizmem wydaje się w tym miejscu przytoczenie dowolnego niemal cytatu z pism Dmowskiego, należy jednak uznać, że ten, kto nie zapoznał się (to znaczy nie przeczytał i nie zrozumiał) z klasyczną trylogią Dmowskiego: „Myślami nowoczesnego Polaka”, „Polityką polską i odbudowaniem państwa” oraz pracą „Kościół, Naród i Państwo”, nie powinien na temat ideologii obozu narodowego w ogóle się wypowiadać. W drugiej z wymienionych prac Roman Dmowski m.in. pisał: „Tradycja naszych powstań i polityki powstańczej nie sprzyjała dojrzewaniu politycznemu ludzi i ci, co na tej tradycji kształcili swe pojęcia, nie mogli rozumieć polityki jako czynności celowej, czynności, która sobie stawia jasny, konkretny cel i wybiera do niego odpowiednie drogi. W ich pojęciach polityka polska polegała na uroczystym deklarowaniu tego, czego się chce i na protestowaniu czynnym lub słownym przeciw temu, czego się nie chce”.

W innym zaś miejscu Dmowski mówi o czci i szacunku, jaki należy się uczestnikom walk o niepodległość, zupełnie czym innym jest jednak ocena ich działań w sferze politycznej. Te ostatnie są godne szacunku i naśladowania tylko wtedy, gdy prowadziły do zamierzonego z góry celu. Należy przy tym ważyć także ewentualne koszty działań, odpowiedzialny polityk nie wysyła bowiem nigdy swojego narodu na rzeź. Czcić zatem trzeba i powstańców listopadowych, i styczniowych, i sierpniowych, i tych z „powstania antykomunistycznego”, aby posłużyć się nomenklaturą mojego adwersarza, ale nie można już dokonywać apologetyki ich działań w sferze politycznej (niedawno pisałem o tym w odniesieniu do rocznicy powstania listopadowego w tekście „Gorączka listopadowej nocy”). Trochę tak, jak w powiedzeniu „pamięć ojca szanuj, ale przykładu nie bierz”.
Poza tym czcić należy oczywiście tych, którzy na to zasługują. W mojej ocenie, w odniesieniu do wydarzeń ostatniej wojny byli nimi z całą pewnością wszyscy ci, którzy walczyli z Niemcami. W odniesieniu zaś do samego NSZ-u, to obecnych jest w historii tej formacji kilka co najmniej dwuznacznych epizodów. O jednym z nich pisze m.in. w swojej ostatniej pracy zatytułowanej „«Taniec na linie, nad przepaścią». Organizacja Polska na wychodźstwie i jej łączność z krajem w latach 1945-1955” (Warszawa 2011) prof. Jan Żaryn. Jest tam mowa o grupie żołnierzy NSZ, którzy w ostatniej fazie wojny i tuż po jej zakończeniu podjęli współpracę z Niemcami (przejęcie kontroli nad Brygadą  Świętokrzyską przez SD i Abwehrę). Tych na przykład nie uważam za godnych uczczenia, mamy jednak demokrację, jak słusznie zauważył p. Miszczuk, i każdy może myśleć, co mu się podoba. Wolno nawet wznosić toasty za „obrońców cywilizacji europejskiej”, walczących w ruinach III Rzeszy z „bolszewickimi hordami”…

Wracając jednak do postawionego powyżej pytania: „Kogo czcić?”, odpowiedź wydaje się dla mnie prosta i nie myślę bynajmniej o Michniku i Wolińskiej, co zdaje się sugerować mój adwersarz, ale na przykład o oddziałach NOW (m.in. baon „Gustaw”) w Powstaniu Warszawskim (500 zabitych), czy organizacji pomorskiej i poznańskiej Związku Jaszczurczego (350 zabitych przez Niemców). Ale także o Bolesławie Świderskim, którego setna rocznica urodzin minęła kilka dni temu, Wiktorze Trościance, Władysławie Janie Grabskim, Jędrzeju Giertychu i wielu innych, którzy w powojennym półwieczu nie poświęcili interesów narodowych w imię walki z komuną, tym bardziej, gdy o wynikach tej walki zdecydował kto inny i kiedy indziej, bez żadnego naszego w tym udziału. Z całą pewnością też wolałbym, aby „narodowa młodzież” poznawała i analizowała bogatą spuściznę PAX-u, odwoływała się do londyńskiej „Myśli Polskiej” i paryskich „Horyzontów”, a nie organizowała kolejną konferencję o Brygadzie Świętokrzyskiej i wieczornice o „Burym” i „Ogniu”, za clou działalności obozu narodowego uznając powojenne podziemie antykomunistyczne. Niech więc kol. Miszczuk nie szantażuje dramatycznym pytaniem – a kogo mamy czcić? Tak jakby wyboru nie było.

Rozumiem jednak, że mój adwersarz należy do tej grupy narodowców, którzy podobnie jak obecny prezes Młodzieży Wszechpolskiej Robert Winnicki, za naczelny błąd Romana Giertycha i LPR-u uważają „tworzenie kultu Jędrzeja Giertycha”, o którym sam Winnicki mówi: „Przecież to był człowiek, który poparł wprowadzenie stanu wojennego” („Newsweek”, 2-8. 01. 2012). Ja zaś pozostanę jednak wierny takiemu rozumieniu metody politycznej i idei Narodowej Demokracji, który nie czyni z postaw straceńczych, z góry skazanych na klęskę, kwintesencji ruchu narodowego. Problem zaś, na ile podobne postawy i sposób myślenia przeniknęły do współczesnych środowisk narodowych, to już temat na odrębną dyskusję.

Maciej Motas

Już nie można komentować tego artykułu.