Kogo powinni honorować młodzi endecy?

Przyznam, że coraz mniej rozumiem punkt widzenia niektórych publicystów – nawet tych, którzy przyznają się do przynależności do ruchu narodowego. Oczywiście każdy ma prawo do własnego rozumienia, interpretacji i sposobu urzeczywistniania idei narodowej, nawet w najdziwaczniejszy z mojego punktu widzenia sposób, ostatecznie, żyjemy przecież w demokratycznym (przynajmniej fasadowo) społeczeństwie. Jednak rzeczy, o których czytam w publicystyce niektórych autorów uważających się za endeków muszą wydać kuriozalne. Otóż na łamach naszego portalu myslpolska.pl przeczytałem ostatnio artykuł Macieja Motasa pt. Obóz narodowy w bunkrze. 

Przyzwyczaiłem się już trochę do dziwactw tego nurtu w ruchu narodowym, którego reprezentantem jest autor. Nurt ten znany był do tej pory z tego, że w sposób dosyć karkołomny próbował połączenia wybiórczo traktowanych elementów idei narodowej z rożnego rodzaju determinantami i rozmaitymi postulatami natury geopolitycznej czy ustrojowej. 

Ja oczywiście przyznaję ludziom prawo do posiadania dowolnych poglądów i cieszę się również, że znajdują się w niej nawiązania do myśli narodowej (zawsze mnie cieszy, że ktoś do tego dorobku nawiązuje nawet w sposób fragmentaryczny). brygada36~0

Rozumiem nawet (choć nie podzielam tego punktu widzenia) próby łączenia myśli narodowej z orientacją na Rosję w polityce zagranicznej i panslawizmem. To oczywista nadinterpretacja doktryny endeckiej, ale niech tam – skoro Sikorski może widzieć przyszłość Polski pod zwierzchnictwem Niemiec w federalnym państwie europejskim to, dlaczego odmawiać tej grupie prawa do snucia wizji poprawy losu i świetlanej przyszłości Polaków wewnątrz wielkiej Rosji albo w sojuszu z nią. 

Potrafię wytłumaczyć sobie (choć uważam te poglądy za skrajnie niesłuszne) sympatię do rozwiązań autorytarnych nawet, jeśli ujawnia się ona w postaci apologii komunistycznego generała dokonującego zamachu stanu, którego skutki są opłakane dla narodu, powodując cywilizacyjną zapaść w rozwoju cywilizacyjnym o całą epokę.

Potrafię jeszcze zrozumieć postawę propaństwową, która może mnie nieco zaskakuje u osób deklarujących poglądy narodowe dla których to naród i jego rozwój, a nie państwo powinny być centralnym kryterium politycznym. 

Zestawienie tych wszystkich postulatów jest z mojego punktu widzenia dziwaczne i osobliwe, ale jeszcze jakoś do wytłumaczenia, natomiast przedmiotowy artykuł p. Motasa jest już zdecydowanym przekroczeniem rubikonu absurdu i groteski. 

Otóż p. Motas udziela reprymendy młodym działaczom endeckim za to, że z szacunkiem odnoszą się do bohaterów NSZ, AK, NZW, żołnierzy wyklętych, uczestników narodowego powstania antykomunistycznego, które trwało przez lata po II wojnie światowej, wymierzonego w instalujący się w Polsce sowiecki aparat władzy. Przeciwstawia taką „zamkniętą w bunkrze” postawę brylowaniu na salonach europejskich dając przykład Dmowskiego. Po pierwsze zgodnie z relacjami Dmowski w przeciwieństwie do Piłsudskiego lwem salonowym nigdy nie był, jeśli bywał na europejskich salonach to dlatego, że tam trwała walka o Polskę, bo miejsce endeka jest zawsze tam gdzie trwa walka o polskie sprawy, czy to na salonach, czy to w bunkrze. Po roku 1945 walka o polskie sprawy nie trwała już na europejskich czy światowych salonach, wówczas walka o Polskie sprawy trwała w lesie i bunkrach o to, ile swobody będzie miała Polska w po-jałtańskim ładzie.

Kogo zatem mają honorować młodzi endecy, jeśli nie swoich starszych kolegów, reprezentantów formacji wojskowej będącej emanacją ruchu narodowego, którzy przelewali krew za ojczyznę zwłaszcza, jeśli ta krew była krwią żołnierzy okupanta i żołnierzy, którzy tego okupanta wspierali. To zasługą żołnierzy wyklętych i ich oporu, ich napadów na ubeckie więzienia, na wojskowe zbrojownie, partyjne komitety, posterunki MO było to, że władza sowiecka nie potrafiła do końca zainstalować swej administracji w Polsce, że nasz kraj zachował wiele względnej wolności w porównaniu do pozostałych państw bloku sowieckiego. W porównaniu z nimi w tym aspekcie Ci „endecy”, którzy podjęli współpracę z władzą sowiecką nie osiągnęli kompletnie nic. Ponawiam więc pytanie: Kogo, jeśli nie żołnierzy wyklętych, mieliby honorować młodzi endecy? „Chłopaków” z KBW, tych od gen. Sierowa, funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i innych służb komunistycznych, żołnierzy ludowego wojska, towarzysza Radkiewicza, Stefana Michnika, Helenę Wolińską, a może tych, którzy zamiast krew wroga przelewali wraz z nim wódkę do gardeł?

Tomasz Miszczuk

L.A.S.

Komentarze: (2)

 

  1. chart pisze:

    “To zasługą żołnierzy wyklętych i ich oporu, ich napadów na ubeckie więzienia, na wojskowe zbrojownie, partyjne komitety, posterunki MO było to, że władza sowiecka nie potrafiła do końca zainstalować swej administracji w Polsce, że nasz kraj zachował wiele względnej wolności w porównaniu do pozostałych państw bloku sowieckiego.” Teza tyleż śmiała, co głęboko nieprawdziwa. Chętnie poznałbym rozwinięcie tej myśli i wskazanie ciągu przyczynowo-skutkowego. Czy autor uważa, że stalinizm zatrzymał się w Polsce ze strachu przed “leśnymi”? Przecież ani się zatrzymał, ani też te rozpaczliwe działania NZW, NSZ czy WiN w niczym mu nie mogły zagrozić. Co się tyczy meritum: można szanować żołnierzy wyklętych, ale należy ROZUMIEĆ ich położenie. Oto błędne jest uznawania, że siedzenie w lesie było prawidłowym wyborem drogi politycznej. Dla niektórych była to tragiczna koniecznośc, spowodowana obawą o życie, czy wolnośc. Dla innych – po prostu błąd wynikający z nieuzasadnionej wiary w wybuch trzeciej wojny i nietrwałość systemu sowieckiego. Należy też widzieć jeszcze jeden aspekt: trwanie “leśnych”, a także fakt, że np. powstaniu organizacji NIE towarzyszył slynny rozkaz nawołujący do inwigilacji armii i aparatu bezpieczeństwa powodowały, że bezpieka i władza nie ufały nikomu, kto przewinął sie przez niekomunistyczną konspirację, a z czasem wywoływało i potrzymywało represje. Takie są fakty: te tysiące siedzących niewinnie w więzieniach to także proste następstwo siedzenia przez ich kolegów w lasach!

  2. TM pisze:

    stalinizm może się nie przestraszył leśnych, ale w wielu miejscach skutecznie miał utrudnione działanie i był ograniczony w skutkach – zwłaszcza na prowincji, czasami w sposób bezpośredni- przez ataki, zamachy czy sabotaż, ale również w pośredni przez pokazanie, że społeczeństwo ciągle zdolne jest do oporu, przecież wiesz że w polityce rządzi realna siła a nie sentymenty. Władza ludowa słusznie nie ufała ludziom, którzy przewineli się przez konspirację bo oni byli jej rzeczywistymi wrogami. Represje byłyby tak czy siak, bo spadały one na ludzi, którzy byli tylko podejrzani o bycie wrogiem lub posiadanie nieodpowiednich stanowiąc potencjalne zagrożenie a nie wyłącznie na tych, którzy dokonali rzeczywistych aktów agresji wobec systemu. Innnymi słowy jak ktoś nie byłby w lesie to i tak pewnie jako wróg klasowy conajmniej siedziałby w więzieniu, o ile nie zostałby rozstrzelany.