Kryzys etyczny-prawdziwe źródło kryzysu gospodarczego w Europie
I oto nastąpił złowieszczo zapowiadany rok 2012. Już wkrótce mamy się przekonać czy przyniesie on rozpad, bądź początek rozpadu, strefy euro, lub też całej UE. A może Europa postawiona pod ścianą, wykrzesa z siebie oczekiwaną mądrość i zawstydzi pozostałą część świata roztropnym działaniem, które wyprowadzi ją na prostą drogę do rozwiązania zadłużeniowej pętli. W tym drugim ma pomóc: duńska prezydencja UE, która zastąpiła polską, oraz Europejski Bank Centralny (ECB), na którego interwencję od dawna liczą rynki finansowe oraz większość europejskich rządów.
Przy okazji zmiany prezydencji ponowiono (najgłośniej we Włoszech) krytykę, że pracami Rady Europy, zwłaszcza w dobie kryzysu zadłużenia, kierują rządy państw nie będących członkami Unii monetarnej (Dania podobnie jak Polska, posiada swoją walutę). Tych krytycznych wypowiedzi nie była wstanie powstrzymać nawet zdecydowana deklaracja premier Danii, Pani Helle Thorning-Schmidt, która prezentując priorytety swojego przewodnictwa w Radzie Europy, zapewniła, że jej podstawowym celem jest wyprowadzenie starego kontynentu z kryzysu gospodarczego. Ale takie wypowiedzi, co raz częściej, są odbierane przez rynki finansowe, jako pustosłowie. Można by rzec, że wraz z rosnącym temperamentem wypowiedzi europejskich dygnitarzy, maleje przekonanie rynków, o jakiejkolwiek sile sprawczej tych wystąpień. Środowisko biznesu komentuje to (nieoficjalnie) jako zwykłe ble, ble, ble. Za to za konkret uważa się działania ECB. A ten dokonał ostatnio dosyć skromnych, (jeśli idzie o skalę) zakupów obligacji państwowych, na kwotę 462 milionów euro, po tym jak tydzień wcześniej kwota zakupu wyniosła jedynie 19 milionów euro. Dla porównania, 16 grudnia ub.r. ECB dokonał zakupów za znacznie wyższą kwotę tj. 3,4 mld euro.
Trzecia i czwarta gospodarka Europy, a więc Włochy i Hiszpania, są obecnie najbardziej zagrożone niewypłacalnością. Wynika to zarówno z prawdopodobieństwa dalszego wzrostu rentowności obligacji rządowych (skala kosztów finansowych obsługi długu przekroczy możliwości jego obsługi) jak i nie znalezienia inwestorów chętnych do zakupienia w tym roku, rolowanego długu (z uwagi na ryzyko bankructwa emitenta). Dlatego mocno lobbują na rzecz zwiększenia skali interwencji ze strony ECB. Ten ostatni obecnie koncentruje się na stopniowym cotygodniowym wykupywaniu obligacji wyemitowanych przez rządy wspomnianych wyżej dwóch krajów. Odbywa się to w ramach programu ECB „Securities Market Programme” polegającemu na zapewnieniu dysfunkcjonalnym segmentom rynku finansowego, odpowiedniej płynności, poprzez zakup papierów wartościowych nominowanych w walucie euro, powodując tym samym – w krótkim (psychologicznie) i średnim okresie czasu – stabilizację cen, co wpływa na zwiększenie bezpieczeństwa tychże papierów.
Jednak szef europejskiego banku centralnego, Mario Draghi, konsekwentnie sprzeciwia się, aby rządy zadłużonych państw wyręczały się interwencjami ECB (bądź, co bądź osłabiającymi walutę euro poprzez zwiększanie presji inflacyjnej i obniżającymi potencjał kapitałowy centralnego banku, niezbędny do ochrony wspólnej waluty w przyszłych okresach) i radzi, aby skupiały się raczej na podejmowaniu trudnych decyzji politycznych, mających na celu cięcie deficytów budżetowych oraz zwiększanie wzrostu gospodarczego.
Nie można mu odmówić racji. Bowiem klasie politycznej w Europie trudno jest odwrócić sposób myślenia zakorzeniony – niestety od dziesiątków lat – w ten sposób, żeby zapomnieć o dewizie, iż do władzy dochodzi się po to, aby rozdawać i obiecywać następne rozdawnictwa. Zawsze przychodziło jej to łatwo. Ba, tzw. obiecanki, były (i jeszcze są) warunkiem koniecznym, aby otrzymywać od wyborców mandat do ich reprezentowania.
Wkrótce to się jednak może zmienić. I to diametralnie. Tym szybciej im wyborcy wreszcie sobie zdadzą sprawę, że właśnie takie nieodpowiedzialne oczekiwania, (aby rządzący uprawiali politykę efektywnego i efektownego(!) rozdawnictwa, prawie wyłącznie na kredyt, i to nie na swój, lecz wyborców rachunek) prowadzą do kryzysu, a nawet bankructwa (jak w przypadku grożącym Grecji) całego państwa.
To bardzo ciekawe, czy zwłaszcza zdeklarowani komuniści, socjaliści i tzw. liberałowie o socjalnym nastawieniu, ale też i politycy o bardziej prawicowych poglądach, wszyscy zdemoralizowani rozdawniczym sposobem uprawiania polityki na rzecz społeczeństwa (czytaj: na rzecz zwiększenia zadłużenia państwa, eufemistycznie nazywanego zwiększaniem długu publicznego) będą zdolni, i w jakim stopniu, do zmiany politycznej mentalności? Jeśli dojdzie do pogłębienia kryzysu i zaskutkuje to bankructwem poszczególnych państw lub/oraz, nawet rozpadem UE, to podejrzewam, że w głowach europejskich wyborców dokona się głęboka mentalna przemiana, co do oczekiwań, kto i jak, powinien politycznie reprezentować moje interesy. Efektem takiej przemiany może być upadek prawie całej dotychczasowej klasy politycznej, odpowiedzialnej za stopniowe, wieloletnie doprowadzanie do kryzysu. Wyborcy zamienią swoje podstawowe kryterium wyboru z dotychczasowego pt. „oddam głos na tego, który mi najwięcej oferuje”, na rzecz „oddam głos na tego, który mówi mi prawdę, nawet bolesną”. Wśród elektoratu zacznie się poszukiwanie prawdziwych autorytetów, a nie szyldów.
Znamienny, mądry i rozszerzający (powyższą prognozę ewentualnej zmiany mentalności europejskiego wyborcy) głos w sprawie m.in. obecnej sytuacji gospodarczej w Europie, zabrał w przemówieniu do kardynałów z Kurii Rzymskiej, Ojciec Święty Benedykt XVI. Powiedział on, że „obecny kryzys ekonomiczny i finansowy w Europie jest rezultatem kryzysu etycznego, który zagraża Staremu Kontynentowi. (…) Brakuje często siły motywującej, zdolnej do nakłonienia jednostki i wielkich grup społecznych do rezygnacji i wyrzeczeń. (…) Wiedza i dobra wola niekoniecznie idą w parze. Wola, która broni osobistych interesów zaciemnia wiedzę, a wiedza osłabiona nie jest w stanie pokrzepić woli”.
Nic dodać, nic ująć. Ponieważ stare porzekadło mówi „jak trwoga to do Boga”, więc jest wielce prawdopodobne, że w przypadku ziszczenia się katastrofalnego scenariusza (bankructwo poszczególnych krajów UE i/lub całej UE, w tym euro-strefy) związanego z zadłużeniowym kryzysem, nastąpi renesans wartości, na których zbudowano Europę, a których mocne wyrugowanie, zarówno z życia codziennego, ale przede wszystkim z polityki, doprowadziło do uprawiania, zgubnej w skutkach, polityki rozdawnictwa.
Najlepiej by było, jakby Europa nie została jeszcze silniej doświadczona kryzysem gospodarczym i zdołała się obronić. Jeśli Włochy z zadłużeniem sięgającym ok. 1,9 biliona euro!!! unikną bankructwa, lub też próba obrony przed bankructwem tego kraju, nie pogrąży w finansowej katastrofie całej UE, to kryzys w Europie może zostać wreszcie przyhamowany (niewypłacalność jakiegoś kolejnego państwa prawdopodobnie wywoła już pełny bankowy i gospodarczy kryzys). Jednocześnie, oby zmiana dokonująca się powoli w mentalności europejskich wyborców, zdołała wynieść do władzy nową klasę polityczną, bardziej od obecnej, ceniącą i reprezentującą prawdziwie europejskie wartości. Niech to pozostanie moim życzeniem na A.D. 2012.
Robert Kowalczyk



In English
по русском языке




