Pakt Piłsudski-Dzierżyński

denikin 3Czy możliwe było pokonanie bolszewizmu u jego zarania? Tak, i to w jego wczesnej fazie, bo w 1919 r. – zdecydowanie odpowiada Jan Engelgard w swojej ostatniej książce „Klątwa generała Denikina”. Jak już wskazuje tytuł, książka ma charakter beletrystyczny, co stanowi novum w jego twórczości. Red. Engelgarda znamy bowiem z jego publicystyki politycznej i historycznej na łamach „Myśli Polskiej” i periodyków emigracyjnych oraz książek i zbiorów artykułów na te tematy.

Spokojnej, rzeczowej, z reguły zimnej, ale zdecydowanej w poglądach. W kwestiach wewnątrzkrajowych od kilku lat Engelgard zajmuje się również tematem niewdzięcznym, albowiem zwalcza z pasją rusofobię szerzoną  prawie przez wszystkie środowiska polityczne i media wszelkich odcieni. Toteż niejedną łatkę mu przypięto „na łamach”, w eterze i na wizji. W jego publicystyce historycznej dominują dzieje Ruchu Narodowego, ostatnio opartej na nieznanych dotąd dokumentach.

Ale Jan Engelgard jako autor powieści historycznej, kiedy trzeba nie tylko znajomości historii, ale i okazać emocje, zarysować sylwetkę psychiczną, opisać niekiedy przyrodę, dać wątek miłosny? – tego nie potrafiłem sobie wyobrazić. A jednak!  Książka dotyczy sprawy współdziałania wojsk polskich z białą armią gen. Antona Iwanowicza Denikina, i związanych z nią wydarzeń. W ówczesnej sytuacji militarnej, gdy wojska bolszewickie miały od południa i  wschodu Denikina, od wschodu armię polską a na południu wojska Petlury, ich klęska – w razie współdziałania Polaków i białych Rosjan – byłaby przesądzona. Byłaby … Przyznawali to potem publicznie przywódcy sowieccy.

Powieść

zaczyna się i kończy tragicznie, bo w jednym z miejsc naznaczonych polskim męczeństwem – Starobielsku. Sowieci więzili tam także generałów: Leona Billewicza, Stanisława Hallera, Aleksandra Kowalewskiego, Kazimierza Orlik-Łukomskiego, Konstantego Przecławskiego, Franciszka Sikorskiego, Leonarda Skierskiego, Piotra Skuratowicza. Część z nich dwadzieścia lat temu dążyła do współdziałania z Denikinem w pokonaniu czerwonych, inni opowiadali się za Józefem Piłsudskim, który chciał zwycięstwa czerwonych nad białymi. Autor przypisuje im, jakże prawdopodobną w ich sytuacji, rozmowę między generałami Przecławskim a St. Hallerem. Pierwszy chciał w 1919 r. wspólnego uderzenia, drugi, już po zerwaniu z Piłsudskim, bronił jeszcze decyzji głównodowodzącego. „Czy w świetle tego, co przeżywamy dzisiaj, co przeżywa nasz ojczyzna – nadal uważa pan, że w 1919 mieliśmy rację wstrzymując ofensywę?” – pyta Przecławski. Haller już nie był pewny swego przedwojennego poglądu: „… wtedy wszystko wskazywało na coś innego, bo było  logiczne i naturalne. Nie mogliśmy przewidzieć tego, co się wydarzy potem. Wie pan, teraz nie jestem w stanie tego wszystkiego ogarnąć, ale jedno już wiem – wy którzy latami byliście w Rosji, którzy widzieliście to na własne oczy, mieliście więcej racji”. Dwa dni potem obaj rozmówcy, pozostali generałowie i oficerowie więzieni w Starobielsku zostali  zamordowani przez Sowietów w lochach charkowskiego NKWD.

W „Klątwie generała Denikina” przewijają się dwa wątki; sensacyjny – związany z działalnością wywiadów (głównie w nurcie fikcyjnym) i historyczny (przeważnie – w ogóle nieznany), a i ten nosi znamiona sensacji. Pierwszy reprezentuje

para białych emisariuszy,

którymi są: płk Piotr Grigoriewicz Goremkin i Maria Białozierska. Maria jest żoną polskiego dygnitarza Pawła Sobolewskiego. Służyła w wywiadzie armii rosyjskiej w czasie wojny z Niemcami, a następnie dyskretnie działa na rzecz polskiej pomocy dla Sił Zbrojnych Południa Rosji w ich walce z bolszewikami (o obu jej rolach mąż nic nie wie). Jest dobrze zorientowana w ówczesnych polskich realiach i doskonale zdaje sobie sprawę z trudności swojej misji. O wiele bardziej optymistycznie podchodzi do tego zadania Goremkin, który przybywa z polecenia Denikina do Warszawy w tym samym celu jako rosyjski kupiec z Odessy – Andriej Markow. Piotra i Marię łączyło ongiś głębokie uczucie, ale los nie pozwolił im na małżeństwo. Autor kreśli tę kwestię bardzo  delikatną kreską. Goremkin lubi i ceni Polaków i wszelkimi siłami dąży do wspólnej walki obu narodów z bolszewickim barbarzyństwem.
O jego nastawieniu zadecydowały dwa czynniki. Pierwszy – w armii carskiej, a następnie w wojskach białych służyło wielu polskich oficerów i to niejednokrotnie wysokiej rangi, których Rosjanie cenili za odwagę, zdolności i kompetencje wojskowe. Drugi – rozmowa z Denikinem,  pół-Polakiem, gdyż jego matką była Elżbieta Wrzesińska, a przyszły generał spędził sporą część swojego życia w kraju nad Wisłą. On też cenił i lubił Polaków. Oboje toczą rozmowy z polskimi dowódcami – m.in. z gen Józefem Dowbor-Muśnickim – którzy nie mogą pojąć czemu Naczelnik Państwa, a jednocześnie Wódz Naczelny nie współdziała z Denikinem, skoro sytuacja staje się tak sprzyjająca. Pytają nawet czemu oficerowie ci, jak również Narodowa Demokracja, która tworzy największy obóz polityczny w Polsce, nie próbują obalić Piłsudskiego. Pamiętajmy, że są to zupełnie inne czasy, gdy honor przysięgi wojskowej, lojalność wobec dowódcy, a wreszcie odpowiedzialność za konsekwencje ewentualnego puczu stanowiły część etosu oficerskiego. Maria dociera nawet do Dmowskiego w Paryżu, wykładając mu racje białych. Rozmowa wcale nie przebiegała łatwo, gdyż przywódca obozu narodowego stawiał zupełnie wyraźnie kwestię wschodnich granic nowej, a właściwie dopiero co powstającej Polski.
Los propolskiego Goremkina kończy się równie tragicznie, co jego misja – śledzony przez piłsudczykowski kontrwywiad zostaje zamordowany przez pepesowskich bojówkarzy. Maria nie podzieliła jego losu. Engelgard zarysowuje też sytuację wewnętrzną Polski stanowiącą

paradoks polityczny.

Największą siłę reprezentowała endecja, ale faktyczna władza spoczywała w rękach Piłsudskiego, którą sprawował przy pomocy bezwzględnie oddanych mu pretorianów. Rząd, ministrowie nie pochodzący z obozu Piłsudskiego, nie mają żadnej mocy sprawczej. Naczelnik Państwa znajduje się pod silnym naciskiem Anglików i Francuzów, aby współdziałał z białymi. Musi się on liczyć z Ententą, ale nie składa wiążących obietnic. Wszystko, co uzyskali dyplomaci zachodni, to niejasna obietnica wysłania misji do Taganrogu (kwatera główna wojsk Południa). Po wielomiesięcznej zwłoce z misją taką przybywa gen. Aleksander Karnicki, ongiś służący w armii rosyjskiej i cieszący się dużym poważaniem Rosjan. Ale … nie ma on żadnych upoważnień do podjęcia decyzji odnośnie wspólnego uderzenia. Piłsudski dodał mu „przyzwoitkę” polityczną w postaci mjra Władysława Dobrowolskiego, nienawidzącego Rosji. To on posiadał realne uprawnienia.
Okazuje się, że misja ma charakter wyłącznie informacyjny. Najtrudniejszy problem dla obu stron stanowiło uzgodnienie wzajemnych granic przyszłej białej Rosji i Polski. Polacy żądali granic pokrywających z grubsza z terenami dotąd zajętymi przez wojska polskie. Denikin twierdził, że określenie granicy polsko-rosyjskiej może nastąpić tylko na mocy porozumienia prawowitego rządu Rosji z Polską, natomiast przyjmował do wiadomości „okupację”, jak to określał, tych ziem przez Polskę. Zwracał też uwagę, że i on ma opozycję proniemiecką, która jego zgodę na żądania polskie natychmiast wykorzysta, by porozumieć się z Niemcami. Engelgard wydaje się podzielać stanowisko Denikina.

Autor kreśli też inny aspekt polskiego paradoksu – postawę krajowej Endecji, która przecież rozumiała potrzebę właściwego ułożenia stosunków z Rosją, a nade wszystko zdawała sobie sprawę z zagrożenia bolszewickiego, już nie tylko dla Polski, lecz i dla cywilizacji  łacińsko-chrześcijańskiej. Szefostwo Klubu Związku Ludowo-Narodowego sprawował wówczas Stanisław Grabski, ongiś w PPS-ie. Otóż ani on, ani ZLN wcale nie wywierali nacisku na Naczelnika Państwa, by pomógł białym. Odwrotnie, Grabski i niemała część polityków Endecji zdawała się podzielać stanowisko Piłsudskiego, by  Rosjanie nawzajem się wytłukli. Dmowski wściekał się na Grabskiego, pisał w tej sprawie listy do kraju, ale odnosiły one mierny skutek. Wiadomo jednak było, że przy jego autorytecie, wzmocnionym dodatkowo sukcesem w Wersalu, potrafiłby wymóc zmianę stanowiska swojej partii. Jednak zmagania o Polskę wyczerpały jego zdrowie i lekarze zalecili mu dłuższy odpoczynek. Czy tylko brak sił zadecydował o jego wyjeździe do Algierii, czy też rolę grały i inne względy? Tego Engelgard nam w omawianej książce nie przedstawia. A szkoda, bo sprawa tak ważka wymagałaby wyjaśnienia do  końca. Być może brak jednak dokumentów czy choćby wyraźnych przesłanek, by taką diagnozę postawić.
Wręcz sensacyjną, jak pisałem wyżej, część książki stanowią

gra i konszachty Piłsudskiego

z przywódcami sowieckimi. Zanim doszło do tajnych rokowań z bolszewikami Piłsudski wstrzymał ofensywę przeciw Armii Czerwonej, co pozwoliło Trockiemu na zdjęcie części wojsk z frontu polskiego i skierowanie doborowych oddziałów do walki z Armią Ochotniczą Denikina. Łącznikiem Piłsudskiego z Feliksem Dzierżyńskim, Julianem Marchlewskim i Feliksem Konem był Mieczysław Birnbaum, zaufany Piłsudskiego. Arcyciekawie jest opisana w książce rozmowa, jaką ww. trójka polskich bolszewików (Kon był Żydem polskim) toczy w sprawie rozmów z Piłsudskim i sytuacji w Polsce, który to fragment zresztą drukowała „MP”.

Co ciekawe, wszyscy oni lepiej  lub gorzej znali Piłsudskiego. Na rozkaz Lenina mieli pójść na wszystkie ustępstwa, byle tylko doprowadzić do zawieszenia broni. O ile wspólne działania wojsk polskich i Denikina doprowadziłoby do upadku władzy sowieckiej, o tyle Armia Ochotnicza, która wprawdzie prowadziła udaną ofensywę w kierunku  Moskwy  nie miała sił, by ostatecznie pokonać czerwonych. Zdawali sobie z tego sprawę tak przywódcy komunistów rosyjskich, jak i Piłsudski. Bez ogródek i cynicznie pisał o tym stanie rzeczy gen. Stanisław Haller: „Zbyt szybka likwidacja Denikina nie odpowiadała naszym interesom. Wolelibyśmy, aby jego opór trwał dłużej, aby przez czas jakiś wiązał jeszcze siły sowieckie. Meldowałem o tej  sytuacji Wodzowi  Naczelnemu. Oczywiście nie chodziło o rzeczywistą pomoc Denikinowi, a jedynie o  przedłużenie jego  agonii”.

Z tego arcyszczerego zapisu wynika jednoznacznie, że żadne warunki, w tym graniczne, nie odgrywały najmniejszej roli. Ten uchodzący w opinii przeciętnego Polaka „pogromca” bolszewików w rzeczywistości grał na zwycięstwo Armii Czerwonej. Z kolei w nocie werbalnej skierowanej do Sowietów przez Piłsudskiego za pośrednictwem kpt. Boernera czytamy: „Pomoc Denikinowi w jego walce z bolszewikami nie odpowiada polskim interesom państwowym. Uderzenie na bolszewików w kierunku Mozyrza niewątpliwie pomogłoby Denikinowi i stać się nawet mogłoby momentem decydującym jego zwycięstwa. Na froncie poleskim Polska miała i ma siły wystarczające, aby zrealizować to uderzenie. A czy zrealizowała? Czyż okoliczność ta nie powinna była otworzyć bolszewikom oczu?”.
Oczywiście otworzyła. W dwu turach piłsudczycy i bolszewicy doszli do porozumienia. Wstępne rokowania odbyły się w Białowieży, a ostatecznie tajny rozejm zawarto w Mikaszewiczach, gdy delegacja sowiecka została wyposażona we wszelkie pełnomocnictwa Włodzimierza Lenina. Zgodnie z wolą Piłsudskiego zawartą w drugiej nocie werbalnej: „U podstaw polityki Naczelnika Państwa tkwi fakt, iż pragnie on nie dopuścić do tego, aby w Rosji reakcja rosyjska zatriumfowała. Dlatego w tej materii będzie on robić wszystko co możliwe, nawet gdyby było to w rozbieżności z pojmowaniem spraw przez władzę radziecką”. W świetle tych dokumentów – powtórzmy raz jeszcze – pertraktacje z Denikinem i stawianie takich czy innych warunków, to wyłącznie mydlenie oczu białym. Rację miał Karol Radek (Sobelsohn), gdy twierdził latem 1920 r.: „Jacy ci biało-Polacy głupi – mogli nas czerwonych, rozgnieść jeszcze osiem miesięcy wcześniej, gdyby tylko  pomogli białym Rosjanom; teraz sami leżą u naszych stóp”. Podobne zdanie wyraził Michaił Tuchaczewski w książce „Pochód za Wisłę”.

Co interesujące, ani Rząd Polski, ani Sejm, nie wiedziały nic o rozejmie. Piłsudski miał w… powiedzmy nosie, legalne władze Państwa Polskiego. Sprawa wyszła na jaw dopiero w dwa lata po śmierci Piłsudskiego. W rezultacie polityki Piłsudskiego nastąpiło

śmiertelne zagrożenie bytu Polski.

Czerwoni, pokonawszy Denikina, runęli na nasz kraj, obracając w pył kijowski „triumf”. Gdy już  podchodzili pod Warszawę, Piłsudski złożył 12 sierpnia 1920 r. rezygnację z funkcji Naczelnego Wodza na ręce premiera Wincentego Witosa i wyjechał z Warszawy. Gdyby nie gen. Tadeusz Rozwadowski i inni zdolni dowódcy, w tym gen. Władysław Sikorski, Włodzimierz Zagórski i wielu innych, padlibyśmy pod ciosami Armii Czerwonej, a Polską Republiką Rad rządziliby rozmówcy z Mikaszewicz, tworzący tzw. Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski. O ile endecy wahali się dokonać zamachu, ze względu na możliwość zagrożenia interesu Państwa, to samozwańczy marszałek takich zahamowań nie miał.  Po trupach  Polaków zdobył niekontrolowaną władzę i wówczas rozprawił się z prawdziwymi zwycięzcami w wojnie polsko-sowieckiej. Zostali oni potem bądź skrytobójczo zamordowani, bądź usunięci z wojska, a on sam ogłosił się jedynym autorem polskiego zwycięstwa. Potem był Brześć i Bereza Kartuska.

A przecież nie były to jedyne konsekwencje traktatu w Mikaszewiczach, który powinien zostać nazwany Pakt Piłsudski-Dzierżyński. To uratowani przez Piłsudskiego bolszewicy zawarli Pakt Ribbentrop- Mołotow (a właściwie Pakt Hitler-Stalin), to oni wymordowali polską elitę w Katyniu, Miednoje, Charkowie i innych miejscach kaźni.
Pewnym zwieńczeniem powieści jest zamieszczenie w niej in extenso broszury byłego dowódcy Armii Ochotniczej, która stanowi swego rodzaju

klątwę generała Denikina.

Nosi ona tytuł „Kto uratował władzę sowiecką przed zagładą” i stanowi akt oskarżenia przeciw Piłsudskiemu, w którym powołuje się częstokroć na dokumenty i wspomnienia gen. Tadeusza Kutrzeby i cytowanego już gen. St. Hallera. Jak groźne memento czytamy w broszurze: „Nie jest również wykluczona taka możliwość, że „strategia marszałka Piłsudskiego” obróci się drugim końcem, że w decydującym momencie Hitler wykorzysta ją wobec Polski, tak, jak Piłsudski stosował ją kiedyś wobec Rosji”. A pisał to Denikin na dwa lata przed wybuchem II Wojny Światowej. Nic więc dziwnego, że autor zmieścił scenę, w której sędziwemu już gen. Dowbor-Muśnickiemu córka Janina czyta wspomnianą pracę rosyjskiego generała, już emigranta, a w niej: „W nadzwyczaj złożonej i alarmującej koniunkturze swojej sytuacji wewnętrznej i międzynarodowej Polska, z woli losu i na skutek swojej polityki znalazła się między młotem a kowadłem. I być może jeszcze nie raz, niewinny naród polski będzie musiał gorzko żałować tego, że w roku 1919 jego przywódcy zdradzili Rosję”. I wtedy Muśnicki powiedział: „To brzmi niczym klątwa, klątwa generała Denikina, (…) Zapłacimy ciężko za błędy sprzed lat, to jest klątwa… Oby dobry Pan Bóg miał nas w opiece”.

Książkę charakteryzuje

ścisłość faktograficzna, połączona z wartką fabułą oraz dobry styl, dzięki któremu pozycję tę czyta się łatwo. Czytelnik znający prawdę historyczną znajdzie w niej mnóstwo szczegółów oraz nieźle zarysowany koloryt epoki. Dla czytelnika poszukującego prawdy dziejowej rzecz ta będzie niewątpliwie odkrywcza. A wyznawcy piłsudczyzny? Cóż, ich zachwyci, jak to „wielki marszałek” oszukał „Ruskich”. Bez najmniejszych wahań polecam tę powieść, tym bardziej że nie wiadomo, kiedy warunkach narastającej cenzury takie prace nie zostaną zakazane. Natomiast Autorowi zalecam by kontynuował tego rodzaju pisarstwo.

Zbigniew Lipiński

J. Engelgard, „Klątwa generała Denikina”, Biblioteczka Myśli Polskiej, Warszawa 2011, ss. 344.

Nr 3-4 (15-22.01.2012)

Już nie można komentować tego artykułu.