Nauka z życia dla każdego endeka
Co zrobić w sytuacji, kiedy na zachmurzonym firmamencie endeckiego światka wciąż nie widać słońca niekwestionowanego autorytetu? Gorzej – co robić w sytuacji, kiedy każda bielsza chmurka lub skrawek błękitu skłonne są o sobie mniemać, że właśnie one są słońcem! Czy wszystko zależy tutaj od ludzi?
Polemiczne spory, wielowątkowość pseudo-endeckiego, post-endeckiego i neo-endeckiego myślenia, orientowanie się na tę lub inną postać w rozbitym, rozczłonkowanym i wewnętrznie podzielonym po II Wojnie Światowej ruchu narodowym; waśnie i animozje, koterie i kanapy, i ciągła, niekończąca się jałowość skutecznego zwalczania się ludzi wewnątrz wszystkich ideowych odcieni narodowego myślenia… Bogactwo myśli to jest w ramach szkoły, czy ubóstwo wiodącego w niej nurtu? Błogosławieństwo rozbudzonych umysłów zdolnych do samodzielnego analizowania bogatej i złożonej rzeczywistości społecznej, czy przekleństwo jałowych waśni i sporów na drugo- i trzeciorzędne tematy? Zastanawia to, czasem zatrważa, a czasem mierzi wielu, którzy w jakikolwiek sposób chcieliby nawiązywać do dziedzictwa endeckiej szkoły politycznego myślenia. Wiele jednak zależy od ludzi….
Nie każdy przecież będzie drugim (trzecim, a może czwartym?) Dmowskim! Nie każdy będzie odznaczał się taką samą precyzją myślenia w ramach szkoły i rozszyfrowywania zgodnie z jej przesłankami otaczającej nas rzeczywistości politycznej. Nie każdy odczyta najlepiej wskazania dawnych nauczycieli zastosowane przecież w sytuacjach – było nie było – już historycznych. Nie każdy wreszcie najlepiej i w sposób najbardziej adekwatny analogicznie wyciągnie najwłaściwsze nauki ze zjawisk i zdarzeń minionych, z którymi szkoła miała kiedyś do czynienia… Każdy jednak w duchu pychy może pomyśleć o sobie: mnie powyższy passus zastrzeżeń nie dotyczy – jestem przecież najlepszy w odczytywaniu przesłania dawnych mistrzów; nie jestem „talmudystą” – „talmudystami” są inni epigoni… I kółko (zaklęty krąg) niemożności znowu się zamyka!
Osobiście miałem okazję wielokrotnie doświadczyć owych niekończących się sporów i polemik. Osobiście pisałem nawet kiedyś program i plan organizacyjny zjednoczenia wszystkich nurtów narodowych ponad podziałami i osobiście (z niemałym zażenowaniem, później z przerażeniem, a na koniec z rozbawieniem) doświadczyłem, jak wielu z różnych nurtów uważa, iż powinni wieść prym w zjednoczonym i zlanym w jedno większe koryto strumieniu endeckiej myśli i organizacji politycznej… Nikt nie myśli tutaj o innych jak o równych sobie…
Rozumowałem tedy hipotetycznie-pragmatycznie, że jeśli trafiłby się narodowo myślący filantrop z dużą kasą (ktoś na podobieństwo człowieka, jakim był u początków nowoczesnego ruchu narodowego Tomasz Teodor Jeż), to ktoś taki szybko „zjednoczyłby” współczesne mu nurty narodowe, wyznaczając każdemu właściwe (według najlepszego swego rozeznania popartego mamoną) miejsce w mozaice całego obozu za odpowiednią (aktualną oraz przewidywaną po potencjalnym zwycięstwie wyborczym) gażę. Strzępki ewentualnych niepokornych, których byłoby trochę i którzy twardo obstawaliby przy swoim, że ich „nie da się kupić” za żadne pieniądze, nawet jeśli w dobrej sprawie, ale choćby tylko odrobinę odczytywanej inaczej niż oni to sobie wyobrażają – strzępki takie szybko obróciłyby się w niebyt… Nikogo jednak takiego (narodowego filantropa z wielką kasą) nie widać i nie wiadomo, czy kiedykolwiek ktoś taki będzie, więc nadal wszystko zależy od ludzi, którzy przyznają się do szkoły, a wielką kasą nie grzeszą…
Cóż zatem wszystkim, przyznającym się do dziedzictwa narodowego myślenia w polityce, poczynając od Ligi Polskiej, następnie Ligi Narodowej, a następnie Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego, a potem Związku Ludowo-Narodowego, Obozu Wielkiej Polski i wreszcie – Stronnictwa Narodowego, a na koniec poszczególnych grup i pojedynczych działaczy w kraju i na emigracji – cóż wszystkim nam mógłbym poradzić w sytuacji chronicznej słabości i powszechnego skarłowacenie? Kiedy się nad tym zacząłem zastanawiać, niewiele mi przyszło do głowy, bo tak naprawdę niewiele (a zarazem wszystko – o paradoksie!) zależy od człowieka…
Po pierwsze – miejmy przynajmniej więcej wzajemnego szacunku dla siebie. Jest on przecież naszym narodowym i chrześcijańskim obowiązkiem! Czy to aż tak wiele? A jednak! W sporach ideowych, przy nałożeniu się na to podejrzliwości, osobistych urazów, animozji, niechęci i źle pojmowanej dumy oraz miłości własnej, przesiąkniętej pychą rozumu, obowiązuje często niepotrzebna zasada: „wszystko albo nic”. Tymczasem z praktyki, nauki i pism starej endeckiej szkoły wynika, że najważniejsze są pewne stałe, niezmienne przez wieki, najogólniejsze fundamenty, na których koniecznie trzeba się opierać myśląc, pisząc, pracując i działając dla Polski… Polski zaś nie można widzieć li tylko w kategoriach jakiegoś oderwanego, abstrakcyjnego bytu społecznego, lecz poprzez konkretnych ludzi żyjących tu i teraz. Tymi zaś konkretnymi ludźmi dla każdego narodowca powinni być także inni narodowcy. Jakże możemy przekonać pozostałych przedstawicieli społeczności narodowej (inne grupy, środowiska i warstwy społeczne), że potrafimy w duchu dojrzałej troski zadbać o ich niezbywalne prawa i potrzeby, gdy nie będziemy umieli w duchu chrześcijańskiej miłości i odpowiedzialności odnosić się do siebie nawzajem, do ludzi wyrastających przecież z tego samego ideowego pnia (świadomie pomniejszam wagę odgałęzień).
Po drugie – jeśli to takie trudne (a jest trudne i będzie trudne, gdy tylko będzie się poprzestawać na ludzkich siłach) – uczmy się więc od samego Dmowskiego nie tylko z pism, jakie pozostawił, ale przede wszystkim z jego całego życia, a właściwie z końcówki jego życia. Koniec bowiem księgi życia każdego człowieka jest tego życia testamentem – w dużej mierze można uznać go za testament. Otóż Roman Dmowski przeszedł gruntowną i głęboką przemianę wewnętrzną. Od racjonalisty, pozytywisty i agnostyka do człowieka głęboko wierzącego i poważnie traktującego przeżywanie swojej wiary, a zarazem wiary religijnej swego narodu. Czy przestał dzięki temu być racjonalistą trzymającym się trzeźwo realiów otaczającej go rzeczywistości społecznej? Żadną miarą. Naturalne cechy i predyspozycje ludzkiej umysłowości i osobowości nigdy nie zostaną usunięte i zmienione przez pełniejsze otwarcie się człowieka na Boga i Sacrum, związane z prawdziwym Bóstwem – cechy naturalne zyskują wtedy należną im głębię i zostają uszlachetnione, wysubtelnione i uzupełnione o inne zalety umysłu, a przede wszystkim charakteru…
Nie wszystko bowiem zależy od człowieka… Warto człowiekowi pomóc, czyli warto pomóc sobie samemu przez zwrócenie się do stwórcy naszych dusz, bo On najlepiej wie, jak człowiekowi pomóc, by człowiek mógł skutecznie pomagać sobie i innym w wymiarze osobowym jak i zbiorowym… Zatem, nauka z życia dla każdego endeka niech będzie nauką płynącą z życia samego Dmowskiego… Zaczynajmy w punkcie, w którym on zakończył swoją pielgrzymkę przez ziemię, a nie w punkcie, w którym zaczynał. Będziemy przez to bogatsi o jedno życie. Jeśli jednak ktoś w tym wymiarze pracy u podstaw nad swoją osobowością potrzebuje bardziej wyrazistych i nam współczesnych przykładów – niech spojrzy na życie Karola Wojtyły. Karol Wojtyła, późniejszy papież Jan Paweł II i współczesny nam błogosławiony, był uczniem szkoły Dmowskiego z okresu wytyczonego przez broszurę „Kościół, Naród i Państwo”.
Sedno bowiem prawicowości (w tym przypadku nie będzie nawet nadużyciem sformułowanie: sedno prawości) w wymiarze osobowym – sedno, które diametralnie różni prawicę od wszelkiej maści lewactwa (wyczytamy to także z pism Dmowskiego) – sedno owo polega na tym, że w prawicowym (prawym) wychowaniu i samowychowaniu człowieka podkreśla się, iż zalety dobrze ukształtowanego charakteru są dalece cenniejsze niż zalety jedynie wykształconego umysłu. Wszelkiej maści lewactwo dokonało bowiem w drugiej połowie XX w. owego przekrętu, kiedy to w społecznościach zachodnich promuje się i ukazuje ludziom jednowymiarowych idoli (jednostki mające na ogół spaprane życie osobiste, lecz brylujące w świecie za pomocą jakiegoś jednego, intelektualnego lub artystycznego talentu) – przedstawia się ich współczesnemu światu, a światu zachodniemu w szczególności, jako wzorce do naśladowania… Czy aby tego przekrętu nadmiernie nie kupujemy i nie aplikujemy do własnego życia? Niech każdy sam w ciszy swego umysłu przeprowadzi uczciwy rachunek sumienia… I bierzmy przykład od naprawdę wielkich Polaków. Takimi bowiem byli – pod względem charakteru i umysł – Roman Dmowski i Karol Wojtyła.
Antoni K. Chrzonstowski
L.A.S.



In English
по русском языке




